Ty draniu i bandziorze! Zostaw te tablice! ;)

Ty draniu i bandziorze!

Na szlakach górskich można spotkać dziwne rzeczy… Szczególnie jeżeli są to teksty pisane. I jeżeli jest to Beskid Mały. Wtedy na tablicach z informacjami o szlakach pojawiają dziwactwa… Takie jak znakowe oznaczenie przełęczy czy szczytów (iksiki i nawiasiki). Można się też przestraszyć gdy się dowiemy kto po górach chodzi i co tam robi:

Tylko dranie i bandziory niszczą i zabierają tablice.

Na szczęście następny znak może nas podratować. Dowiemy sie, że wcale złymi ludźmi nie jesteśmy i nie zabierzemy tej tablicy, bo:

Znaki szlaków w Beskidzie Małym

Ojciec Święty patrzy….

Jakby nie patrzył to oczywiście by wylądowała w placaku. Co nie? Ale co On ma ze znakami turystycznymi wspólnego? Chociaż… Pewnie więcej niż sponsor tablic – firma Emalkent. Na każdej takiej metalowej emaliowanej tablicy jest jej nazwa. Brakuje tylko numeru telefonu i adresu www…

Nie wiem czemu, ale o wiele bardziej lubię tablice drewniane. Drzewa ich „nie zjada” no i złomiarzy nie kusi… Ale PTTK z Wadowic robi jak uważa… Dziwnie uważa. Ciekawe czy to złomiarzy powstrzymuje. Zdjęcia wykonane 3 tygodnie w Beskidzie Małym – parę innych „ciekawych” znaków tam znajdziecie 😉

Muzeum browaru w Żywcu – prawie jak muzeum ;)

Wejście do Muzeum

Równo tydzień temu udało mi wraz ze znajomymi ze studiów zwiedzić Muzeum Browaru jak i sam browar w Żywcu. Muzeum zostało otwarte na początku września 2006 czyli bardzo niedawno – pewnie niewiele osób jeszcze o tym wie. Nowość widać na pierwszy rzut oka.

To nie jest zwykłe muzeum – tu można wszystkiego dotknąć, obejść czy wejść, pobiegać pograć w kręgle, napić się… 😉

XIX-wieczna uliczka w muzeum

Ale od początku… Żywiecki Browar znajduje się przy głównej drodze z Żywca w stronę Zwardonia – 20 minut piechotą od dworca w Żywcu. Muzeum znajduje się w Browarze – a dokładniej to pod nim – w dawnych leżakowniach piwa. Zwiedzanie kosztuje 12 lub 15 zł (to droższe o 3zł obejmuje wejście do części produkcyjnej). Cena obejmuje zwiedzanie z przewodnikiem, 0,3l piwa (lub soczek dla niepełnoletnich i uwiązanych pojazdami silnikowymi) oraz kufel. Drogo? Wydawało nam się, że tak. Ale tylko do wejścia.

Knajpa...

Nie wiem ile pieniędzy browar wydał na stworzenie tego muzeum, ale w takim jeszcze nie byłem – kilkadziesiąt (bliżej setki) płaskich ekranów, kilka projektorów, głośniki z nagranymi wypowiedziami różnych ludzi (także odgrywane przez aktorów scenki historyczne – np. rozmowy w XIX wiecznej karczmie…).

Kadź w muzeum

Przy wejściu trochę długie sprzedawanie biletów. 2 osobom sprawdzili też z dowody pełnoletności – (jedną koleżankę i… mnie). Zawsze wiedziałem, że jestem piękny, młody i nie wyglądam na swoje dwie dwójki… 🙂 Nasze wielkie plecaki (bo zwiedzanie mieliśmy w trakcie drogi do Zwardnonia) udało się przechować w pomieszczeniu dla pracowników (są także schowki – nasze się tam nie mieściły…).

Przewodniczka opowiadała nam dużo… Ale ciekawie. I miło. Pierwsze wrażenie – otwarte usta – ale to wygląda… Co tu robią jakieś fontanty… Ale to fajne…

Lata dwudzieste...

Najpierw informacje z czego robi się piwo, gdzie jakie budynki stoją, jak to wyglądało dawniej. Trochę historii… No i… wehikułem czasu (dzieci będą miały niezłą radochę) przenieśliśmy się na XIX-wieczna uliczkę w Żywcu. Taką bardzo prawdziwą… Gdy się weszło w zaułek to pies atakował… Pies na fotokomórkę 🙂 Uliczkę widać na zdjeciach – w każdym budynku był ktoś coś robiący dla browaru (drukarz, gościu od beczek – nie wiem jak mu szło ;). Byli też sprzedawcy – nawet targowali się o cenę piwa. Kawałek dalej weszliśmy do gwarnej knajpy… z „prawie” prawdziwymi koścmi na talerzach… I widokiem za okno… W kuflach jednak było sucho.

Kadzie w browarze.

Następnie były przedstawione dawne urządzenia i przyrządy do produkcji piwa. Czas szybko płynął. Tak szybko że pojawiliśmy sie w restauracji z lat 20 XX. wieku. Baa… nawet tam kręgielnia była. Przewodniczka miała stalowe nerwy – mogliśmy pograć parę chwil… Polać nikt nam tam jeszcze nie chciał. Potem bombardowanie w 1939 – patrzyliśmy w sufit. Znaczy w niebo z niemieckimi samolotami.

Błądziliśmy w lustrzanym labiryncie, przeszliśmy drogę, którą każda butelka przechodzi aby dojść do baru gdzie nam polano w końcu to 0,3 Żywca. Tam też dostaliśmy czas na wypicie (chyba za mało jednak – przewodniczka za drugim podejściem nas wyciągła stamtąd). No i zastanawialiśmy się co zrobimy kuflami w górkich plecakach. Na szczęście wszystkie przeżyły.

Tanki z piwem

Kolejną częścią były hale produkcyjne – czyli warzelnia (pracownik odpowiedzialny za sterowanie w wolnym czasie na jednym z 8 komputerów przeglądał aukcje allegro). Także stara warzelnia, gdzie można było do kadzi zajrzeć. Potem jeszcze puszkownia (60 000 puszek na godzinę – uwierzycie?) i butelkownia (potworny hałas). Nas interesowany odrzuty z taśmy (czyli puszki, które sobie „wyskoczyły”). Nie udostępniono nam ich jednak. Szkoda…

Puszkownia

Całe zwiedzanie muzeum i browaru zajęło nam prawie 3 godziny. Warto było. Jeżeli kogoś zacheciłem to się cieszę. Po zwiedzeniu można sobie posiedziedzieć przy piwie w restauracji przy browarze. Bo chodzenie z wielkimi plecakami po całym zakładzie moze być męczące. Tanie piwo to plus tej knajpy 🙂

p.s. fajne koszulki tam mają… Kupi mi ktoś? 😉

Adaś i Mała Fatra – długa relacja

Chmura spod Chaty pod Suchym

Pod koniec sierpnia udało mi się w góry pojechać jeszcze. A udało dlatego, że wcześniejszy wyjazd w Tatry nie wypalił. Dlatego chciałem mordować 😉 Wyjazd w Małą Fatrę na Słowację zaproponowano mi w sobotę wieczorem – wyjazd w poniedziałek o 5:37 z Tarnowskich Gór pociągiem.

Jeżeli to kogoś zainteresuje to na Małą Fatrę (albo do Żyliny) z Katowic pociągiem najłatwiej dostać się następująco (tak my zrobiliśmy):

Schody w Żylinie
  • Bilet PKP kupić do Zwardonia – studencki z Tarnowskich Gór kosztuje 11,65 zł (z katowic będzie pewnie 2 zł taniej)
  • Wsiąść do pociągu byle jakiego… znaczy do Zakopanego przez Bielsko (czyli Ornaka) – parę minut po 7 rano.
  • W Bielsku przesiadka na pociąg z Krakowa do Żyliny – po 9 rano. Następnie w pociągu przed granicą należy kupić bilet-przejazdówkę przez granicę (za 4,80 zł). Przez granicę przejechaliśmy autobusem, który czekał na to aż wszyscy kupią przejazdówki w kasie. A autobusem dlatego, że remont torów był na granicy.
  • Po stronie słowackiej trzeba kupić u konduktora (lub w kasie) bilet do Żyliny (my wybraliśmy od razu miejscowość Streczno kilkanaście km dalej – tam zaczyna się główny szlak przez Małą Fatrę). Bilet kosztował nas 56 Sk. Ale kupiliśmy go w Cadcy (przejazd do niej mieliśmy gratis – nie wpadliśmy na to, że pociągu nie będzie w Skalitym – nie wysiedliśmy tam 😉

W sumie koszt dojazdu wyniósł nas ponad 20 zł. A po co takie kombinowanie? Aby nie płacić za taki sam przejazd ponad 50-60 zł (tyle kosztował bilet w polskiej kasie PKP). I jeszcze jedno spostrzeżenie – Słowacka kolej marnuje papier – każda osoba miała swój bilet – w polsce można mieć kilka osób na jednym. Wkurzające to jest gdy w kasie jest jedna drukarka drukująca te bilety przez 2 minuty…

Zamek w Strecznie

W Żylinie zrobiliśmy szybkie przejście przez przepiękne centrum (nadrobione dłuższym w drodze powrotnej). Po całym tym kombinowaniu z biletami (i szukaniu prawidłowej osobówki – Rychlik o nazwie „Streczno” nie zatrzymuje się w Strecznie) dojechaliśmy około 14 do miejscowości Streczno. Znajduje się tam zamek. Ceny 50/30 Sk za zwiedzanie – pani przewodnik nadawała jak nakręcona (niewiele z tego co mówiła zrozumiałem). A z taką „przyjemnością” nas oprowadzała, że miałem ochotę z wieży skoczyć. Ale zamek ładny. I widok na Dolinę Wagu… 🙂

Bałagan w Schronisku pod Suchym

Pierwszy szlak to 3 godziny na Chatę pod Suchym przez Stary Hrad. Schroniskę czyste, względnie tanie (150 Sk za nocleg z własnym śpiworem w pokoju, chyba 210 z pościelą). Ale ma parę wad – prąd z agragatu (o 22 wyłączane), brak prysznica (ale kto by się tam mył…), nie wolno swojego jedzenia jeść w stołówc i brak wrzątku. Tak. BRAK WRZĄTKU! Aby sobie zupkę zjeść to trzeba mieć własny gaz, albo kupić za 15 Sk herbatę. Torebkę można zachować na pamiątkę a wrzątkiem zalać to co chcemy…

W schronisku spotkaliśmy grupę poznaniaków, która dojechała na Fatrę jakimiś dziwnymi połączeniami kolejowymi (stwierdzili, że dworzec w Bielsku mają gdzieś…). Był tam także Dziadek z Krakowa… A właśnie – na szlaku do schroniska dziwiły nas różne części garderowy (koszule, trampki, sweterek czerwonego kapturka…) zostawione w różnych miejscach. Nasze domysły przeznaczenia tych rzeczy były różne („Horska służba to rozwiesza, aby turyści nie zmarzli…”). W schronisku okazało się, że dziadek zabrał za dużo rzeczy i nie był w stanie ich wszystkich wnieść na górę. Podejście do schroniska było ostre i monotonne. No i sie dziadek zmęczył. Ale to nie byle jaki dziadek („od 25 lat się wspinam, od ponad 40 chodzę po górach…”). No i był rozgadany strasznie.

My oraz Dziadek na Białych Skałach

Wieczorem Pyry (czyli inaczej poznaniacy) nastraszyli nas, że nie przejdziemy przez Białe Skałki za Suchym z dużymi plecakami. Nie wystraszyliśmy się i przeszliśmy to następnego dnia (czyli we wtorek). Strasznie nie było. Na skałkach dogonił nas Dziadek – zaczął rozprawiać o współżyciu małżeńskim i innych ważnych dla nas rzeczach. Trzeba było szybko ruszać dalej.

Gdzieś w drodze na Wielki Krywań

Przed Małym Krywaniem dogoniły nas Pyry. Całą grupą weszliśmy na Mały Krywań – gdzie był chleb z dżemem, troche piwa, wspólne zdjęcie… No i Dziadek. Pogoda poprawiła się za Suchym (chmury się podniosły) aby zepsuć się przed Wielkim Krywaniem (zaczeło kropić). Na Wielkim Krywaniu Pyry zdecydowały iść do Stefanowej (jak się później okazało doszli tam po 21). Dziadek szedł z nimi. Uff… Moja grupa chciała wejść na Chleb i z drugiej strony zejść do Chaty pod Chlebem, ale coraz mocniej padający deszcz przeszkodził w tym.

I już o 16 byliśmy w schronisku. Nocleg miał kosztować 150 Sk a kosztował 60 (jakaś promocja?). Na takim strasznie zakurzonym strychu. Tam spotkaliśmy grupę wrocławiaków z ksiedzem wyglądającym podobno jak jeden lekarz z „Na dobre i na złe”. Po obiedzie (też nie mają wrzątku) msza polowa z widokiem na Chleb. A potem śpiewy przy gitarze. Dobrze, że piwa były tanie. Nie wiem czy taką tajemnicę mogę zdradzić, ale jeden z wrocławiaków na szczycie Wielkiego Rozsutca oświadczył się jednej wrocławiance. Piękne miejsce wybrał. Tak o 22 trzeba było się na tym strychu ulokować. Ale tam kurzu było… Psik…

Któreś to moje nogi

Kolejny dzień przywitał nas ulewą i chmurami. Wejście na Chleb nie miało większego sensu (widok bielszy nie będzie) dlatego udaliśmy się z zamiarem przejścia przez Steny, Południowy Groń oraz Stoh (Stóg) do Stefanowej. Schodzenie po błotnistych i kamienistych ścieżkach to było nic z „10-minutowym” podejściem do rozwidlenia szlaków pod Stohem. Po pół godzinie stwierdziliśmy, że ominiemy go żółtym szlakiem. Tam nie było o wiele lepiej. W połowie tego szlaku wyprzedziła nas grupka starszych Niemców – mają zamiar przejść głównym europejskim szlakiem z Santiago de Compostella (to w Hiszpanii) na Krym (to na Ukrainie). Nie wiem czy całym szlakiem, czy tylko wybrane kawałki.

Krowa pod Wielkim Rozsucem

Gdy ich dogoniliśmy okazało się, że jeden się przewrócił i coś zrobił z głową. Ale szedł dalej (plecak niósł mu inny Niemiec). Podobną przygodę mieli poznaniacy dzień wcześniej – jeden z nich przekoziołkował przy schodzenia do Vratnej – plecak 20 kg niósł mu potem Dziadek (i nie chciał oddać). O tym zdarzeniu dowiedzieliśmy się następnego dnia.

Grupa z Wrocławia poinformowała nas o tanim noclegu w Stefanowej u Babci z kozą za 80 Sk. Udało nam się tam trafić ale była tylko koza. Mieliśmy dostęp do prysznica (ale kto by się tam mył…), pieca gazowego no i do łóżek. W jednej z knajp zjedliśmy obiad (vyprażany syr jest pyszny…).

Podejście na Wielki Rozsutec

W czwartek pogoda był piękna i zdobyliśmy 2 Rozsutce – najpierw Wielki a potem Mały. Na szczycie Wielkiego była nalepka Ubuntowa 😉 Tam też rozpościerały się przepiekne widoki na Małą i Wielką Fatrę, Niżne Tatry (Chopok jest bardzo charakterystyczny). Udało nam się też na horyzoncie wyróżnić Babią oraz Pilsko. Podejście od przełęczy Międzyholie jest ciekawe i miejscami trudne. Dobrze, że szliśmy bez wielkich plecaków (tylko były 2 z jedzeniem, kurtkami i piciem). Z zejściem wiąże się przygoda – mieliśmy darmowy masaż wykonany przez kosodrzewinę – ścieżka się skończyła na jednym wierzchołku a nie chciało nam się wracać to zeszliśmy prosto do innej ścieżki.

Na przełęczy Medzirozsutce usłyszałem znajome dźwięki. Tak… To Bono krzyczy:

Łan… Łan…

Ale to nie szedł Bono z U2 tylko grupa strasznie uśmiechniętych Czechów z głośnym radiem i flaszką wódki. Z ich słów można było się dowiedzieć, że chcą wejść na Wielkiego Rozsutca – powodzenia chłopaki….

Mały Rozsutec

Podejście na Małego Rozsutca w jednym miejscu było bardzo ciężkie – prawie pionowo kilkadziesiąt metrów. Zejście z tymi 2 plecakami było jeszcze lepsze 😉 Na szczycie złapałem na komórcę Idee 🙂 Innych sieci nie było. Na Wielkim nikt nie sprawdzał.

Po zejściu z Rozsutca przeszliśmy jeszcze Górne i Nowe Diery (czyli Dziury). Pełno wodospadów, śliskich kamieni, drabinek, kładek… I tam padły mi baterie w aparacie.

Horne Diery

Po poprocie do Stefanowej i zjedzeniu obiadu, postanowiliśmy szukać Pyrów. O tym, że tu są wiedzieliśmy od Dziadka, którego rano Łukasz spotkał na przystanku. Dostał tam od niego kijek – bo drugi już wcześniej oddał jednej dziewczynie z Poznania, więc dlaczego miałby wracać z jednym do domu.

Z namiotów poznaniaków nie wydostawał się żaden dźwięk – tak około 21 w górach to nie brzmiało miło. Szczególnie, że właściciel mówił, że jeszcze nie wrócili… Nie było ich także w żadnej knajpie w Stefanowej. Gdy mieliśmy zamiar już dzwonić do Horskiej Służby (no może przesadzam 😉 pojawili się – wrócili piechotą z Terchowej. Uzgodniliśmy pójście na piwo. Mieli tylko pójść do namiotów, zostawić zakupy i przyjść. Przyszli przed 22 – okazało się wtedy, że wszystko o tej godzinie jest zamknięte w tej wsi (podobno też w Terchowej). No to usiedliśmy na przystanku autobusowym…

Prawie na Wielkim Rozsutcu

Następnego dnia około 9 wyszliśmy spakowani w stronę Białego Potoku – przeszliśmy Dolnymi Dierami i drogą do Terchowej na autobus. Po drodze jednak udało nam sie złapać w piątke stopa, którym dojechaliśmy do Żyliny. W Żylinie przez 3 godziny obeszliśmy całe centrum. Potem pociąg do Zwardonia o 13:36. Po 20 minutach czekania w Zwardoniu był pociąg do Katowic. W Katowicach miała być szybka przesiadka o 19 na pociag do Tarnowskich Gór. Ale nic z tego. Przed Tychami okazało się, że w Katowicach na dworcu miała byc bomba – pociagi tam nie wjadą. No i pociąg z Tychów nie wyjechał. My nie wiele myśląc wysiedliśmy z pociągu i dojechaliśmy do Katowic autobusem (to był głupi pomysł). Na pociąg i tak nie zdążyliśmy. Pewnie wielu pasażerów pociągu i tyskiego autobusu linii 1 nas zapamięta z różnych powodów 😉 Część osób pojechała autobusem 820 o 20:50 a ja z Dominikiem pociągiem o 21:37. W domu byłem przed 11 ;). Ale było fajnie…

A może chcielibyście poogladać więcej zdjęć z tego wyjazdu? Jeżeli tak to zapraszam do galerii zdjęć 🙂

Elektrociepłownia zabytkowa

Liczniki ciśnienia w Elektrociepłowni

„Zabytkowa” Elektrociepłownia w Bytomiu Miechowicach na zdjęciach zrobionych przeze mnie. Interesuje to kogoś? 😉 Żałuję, że na Szombierkach nie miałem aparatu. Tam to dopiero pięknie jest…

Możliwe, że zdjęcia są czasami poruszone, nieostre, z ziarnem. Ale tak już będzie jak się ma do dyspozycji aparat z ISO 400 i nie mając do dyspozycji statywu. A opieranie o cokolwiek może się skończyć ubabraniem totalnym (pył jest wszędzie).

Nawet nie sądziłem, że potrafię zrobić z ręki zdjecie przy nastawie czasu naświetlania 1/15s 🙂

Z rowerka zrobiła mi się hulajnoga

Dzisiaj mój rower został naprawiony (przednia przekładnia została wyprostowana – no może nie do końca). I gdy go składałem to nie chciało mi się dokładnie przykręcać śrubki przy jednym pedale (nie znalazłem odpowiedniego klucza) i została ona przykręcona tak na słowo honoru (no ale się trzymała).

No i po odjechaniu od domu ponad 5 kilometrów pedał zaczął się ruszać, aż zleciał. Na szczeście siedziałem tyłkiem na siodełku, bo bym miał więcej przygód. No i śrubka się zgubiła – nie było jej w okolicy 200 metrów od miejsca zdarzenia. No i te 5 kilometrów trzeba było jakoś pokonać. Pedałować się nie dało, więc na części trasy przemianowałem rower na dwunożną hulajnogę. Ale tylko gdy było lekko z górki (a nie było często). Reszta piechotą…

Pamiętajcie! Przykręcajcie dokładnie śrubki w rowerach. 🙂

Na Śląsku nic nie żyje…

Jadę sobie dzisiaj autobusem 112 do Gliwic i jakieś 3 kilometry przed Gliwicami z okien tego pojazdu dojrzałem stado około 30 saren. Znajdowały się jakieś 200 – 300 metrów od drogi i się przemieszczały stadnie ;). Sarbny wcześniej widziałem, nieraz przed nimi hamowałem samochodem. Ale nigdy takiego stada nie widziałem.

A po jakichś 3 minutach jazdy obok autobusu zaczął lecieć ptak. Przez jakieś 10 sekund. Nie był to ani wróbel ani gołąb… tylko cos drapieżnego. Jakiś myszołów lub Sokół.

A wszytko to parę kilometrów od takiego wielkiego miasta na Śląsku. A podobno na Śląsku oprócz górników i hutników nic nie żyje 😉