mroOFFki w Katowicach na festiwalu ;)

Ucieszony przebywałem w ten weekend na off festivalu w Katowicach. A ucieszony z jakich powodów byłem?

  • Lenny Valentino – bo pamiętam jakie ciary miałem jak słuchałem płyty parę lat. I teraz też było nieźle… (brakowało mi tylko słów dzieci: „chcę cztery części ‚Odkryj świat'”, „Chcę balona”)
  • Tunng – bo mimo, że brzmią w sieci tak smętnie/cukierkowo to na koncercie mnie zachwycili energią. I ta tańcząca pod koniec publiczność pod sceną lesną.
  • Lali Puna – patrol medyczny mnie obudził („Nic się Panu nie stało? To dobrze.”) , gdy przespałem 20 minut na początku koncertu 🙂 I mimo, że nie zawsze elektronika mi pasuje, to ta grana przez Lali Punę akurat pasowała w sam raz. Dzięki ci Patrolu – bo inaczej bym przespał.
  • Art Brut – za te kilkadziesiąt (czterdzieści?) euro wydanych w Van Gogh Museum 😀 Oraz ogólnie za muzykę i kontakt z publicznością.
  • The Horrors – żałowałem, że tak długo na innym koncercie wytrzymałem (mimo, że powinienem być wyjść po 2 piosenkach – bo nuuuuudne były). A tak tylko końcówkę Horrorsów usłyszałem – a szkoda…
  • Mitch and Mitch – bo fajnie grali 😀
  • Radio Department – bo nie pozwolili zasnąć, gdy chciałem spać przytulony do słupka w namiocie offensywnym. I wstałem i słuchałem z uśmiechem.
  • O.S.T.R. – za ostrość wypowiedzi 😉
  • Zu – za 2 czy 3 ostatnie piosenki (bo znowu za późno przyszedłem :/ )
  • Lao Che – szkoda, że nie zdążyłem do końca. Podobnie Pustki – ale już w tym roku Basi patrzyłem w oczy dwa razy więc wytrzymałem, że tylko 20 minut tym razem 😉

Na co ponarzekam?

  • The Fall – jakie nudy…
  • Black Heart Procession – ło żesz jakie nudy
  • Wokalista Much, który ma słaby głos… jak krzyczy to jeszcze… jak ma śpiewać to głosu nie ma :/
  • Jakieś dwa zespoły na eksperymentalnej scenie – ja za mało eksperymentujący jednak jestem – nie wytrzymałem chyba nawet dwóch piosenek…
  • Pasek festiwalowy – że też pozwoliłem tak mocno go zapiąć na ręce :/ Dzisiaj jeszcze czuję się tak jakbym go miał… heh…

W sumie to jeszcze takie kwiatki mi się zapamiętały:

  • „Aganzys roses będzie?” – czyli teksty mrówek z książeczki festiwalowej 😉
  • „Ja pie….! Widzieliście?!” – tekst O.S.T.R-a na widok samolotu ciągnącego szybowiec przelatującego nad terenem festiwalu 😀
  • Samoloty i szybowce – słuchasz koncertu a tu co minutę czy dwie startuje kolejny samolot 😀 I to potem lata na niebie i robi beczki…
  • Leżaki!
  • Karimata z widokiem na scenę!
  • Kartki ESK Katowice 2016, które można było wysłać gratis.

A wy na offie byliście? 🙂

„Zawsze bardzo lubiłem rysować szlaczki!!” – Życie to surfing, Biografia Myslovitz

Pożyczono mi książkę w poniedziałek wieczorem. Do środy (dziś) połknąłem. Biografia Myslovitz „Życie to surfing” (autor Leszek Gnoiński).

Przy czytaniu zastanawiałem się, które piosenki mi najbardziej pasowały z całej dyskografii, dlaczego te a nie inne. Wyszło na to, że chyba jakoś teksty Powagi i Myszora chyba najbardziej lubię.

Jeszcze jakieś wrażenie przy czytaniu? Może wypiszę co mi najbardziej mi zostało w pamięci. Rozjaśnienie tego w jaki sposób powstawały płyty, który członek za co był odpowiedzialny (tekstowo, muzycznie). Dlaczego kariera zagraniczna nie wyszła (i jak na zagranicznych było). Na którym miejscu na tureckich listach przebojach były piosenki Myslovitz, dlaczego na pierwsze koncerty jeździli pociągami. Jak to było z „To nie był film”, czym jest „Sei Taing Kya”, co wokalista CKOD ma wspólnego z Myslovitz, jaka była 18-letnia Chylińska, dlaczego „Peggy Brown” to nie piosenka Myslovitz, czym jest Agencja Artystyczna LALA… Ogólnie wiele ciekawych informacji o muzyce, zespole, raczkującym polskim rynku muzycznym… Czyta się bardzo dobrze (nawet w kolejce do lekarza można 😀 )

Książka pięknie wydana (zdjęcia i oprawa graficzna!!). Do tego wydaje się szczera. Nie ma jakiegoś „lubimy się, fajnie jest, będzie dobrze, jesteśmy najlepsi”. Nie wiem nawet czy był tam opisany koncert, z którego zespół byłby choć trochę zadowolony. 😉 Chociaż chyba był…

Do tego jest czasami śmiesznie nawet np. mokra od piwa chusteczka na uszach dyrektora TVP1 lub:

– Czy wiesz, że oni grają takie same akordy jak my?!
– Coś ty?! Naprawdę?! – odpowiedział przyszły gitarzysta Myslovitz.
– Jak Boga kocham…
– To nie możliwe!
– Na scenie widziałem. Idź i sam zobacz.

Przepraszam, czy ktoś widział naszego wokalistę? (powtarzane kilkukrotnie na próbie).

Opisane jest także powstawanie solowych projektów muzyków Myslovitz (Lenny Valentino, Peany Lane). Cała dyskografia (z singlami, dodatkami, gościnnymi udziałami…) oraz kalendarium.
Niby każdy by chciał, aby był happy end, ale im bliżej końca, tym smutniej się jakoś robi. Taki cytat (Jaca) z końca książki:

„Teraz to firma, maszyna do grania piosenek, zarabiania pieniędzy. Co prawda to to bardzo mocne słowa, ale nie tylko ja tak sądzę. Już nie jesteśmy wielkimi przyjaciółmi.”

I co? Koniec? Teraz czekać na nową płytę? Na końcu jest lekko optymistyczne „Zaczęli też pracować nad nowymi piosenkami”.

Ps2 Tytuł wpisowi „nadał” gitarzysta Myslovitz. Kto przeczyta ten zrozumie… Chociaż… Mnie ciężko zrozumieć 😀

Ps2 Czy ktoś próbował rozczytać co jest skreślone u Myszora, przy „Największą radość sprawia mi…”? Czy dobrze myślę, że tam było pieprzenie głupot? 😀 (to obok truskawek”).

Nowy snapshot? Też… ;)

No dobra… Dziś nowe weekly Opery… Ale wpis nie o tym – poradzicie sobie sami? 😉

Wczoraj: scena – wielki pająk, stadion też w miarę duży… Ludzi pełno. Hihi… Koncert U2. Niesamowite wrażenie zrobił – a to fala na trybunach, a to mleczna droga z komórek, a to niesamowity dźwięk tupania… Flagi nie widziałem, bo widok mi zasłaniał czerwony brystol A3, chustki, szmatki, koszulki, polary i jeden Bono wie co jeszcze… No i muzyka 🙂 Ładnie, ładnie… Szczególnie, że miejsca mieliśmy przy nodze pająka – było w miarę blisko sceny.

A dziś… Kierunek wschód → tam musi być jakaś cywilizacja. A dokładniej – Katowice → Przemyśl → Medyka → Lwów → 25h w pociągu → Symferopol. Czyli Krym. Relacja będzie. Nie będzie zdjęć (przynajmniej moich nie będzie… :/ ) Ale i tak będzie fajnie 🙂

Jak to Lenny Kravitz Wianki rzucał…

W Krakowie w sobotę rzucały się do Wisły różnego rodzaju Wianki. Niejaki adaś też tam był. Ale do przybycia zachęciło go pojawienie się tam w tym samym terminie niejakiego Lennego Krawca. Jakimś wielkim jego fanem nie jestem, ale muzykę znałem i nawet mi się podoba. Czyli przypomnienie/pierwsze przesłuchanie jego muzyki nie było formą samoudręczenia. Wręcz przeciwnie.

No to jakie wrażenia z Wianków? Skład mej grupy – w sumie 8 osób (przedstawiciele magistrów/inżynierów, studentów politechniki śląskiej oraz UJotu, UŚia…). Czas akcji – od około połowy koncertu Vavamuffin do końca Wianków.

Najpierw przejście z okolic mostu Grunwaldzkiego wzdłuż Wisły i Wawelu. Deszcz z góry. Błoto na dole. Czasami kobieta z wiankiem. Na głowie. W okolicy Smoka Wawelskiego widok na scenę zasłaniały czarne płachty – pewnie dlatego aby było przejście.

Dziwiło nas też to, że nikogo z piwem nie było… No tak… Kulturalne miasto, a my tu chcemy pić piwo pod chmurką. Przepraszamy.

Specjalne pozdrowienia dla osób, które zapamiętałem:

  • dziewczyny w niebieskich gumiakach, żółtym ubraniu oraz wianku tańczącej pod Wawelem (koło Toy-Toy-ów)
  • dziewczyn tańczących na murku w samych skarpetkach
  • dla pozytywnej grupki osób śpiewających/tańczących piosenki Markowskiej przy murku naprzeciwko sceny (hehe 😀 )

Kolejne pozdrowienia dla tłumu dziwnie patrzących na nas ludzi. Znaczy musieliśmy dziwnie wyglądać śpiewając na Markowskiej. Potem śpiewając (tak się nam wydawało) w długiej przerwie różne piosenki: „Uśmiech się” i „Orkiestrę” Pogodna, „Idzie Wojna” Siekiery, kilka piosenek Kultu Kazika czy też „Jesteś Szalona” Boysów oraz „Barbie Girl” Aqua (serio 😀 ).

Pozdrowienia dla osób, które się włączyły do śpiewu (m. in. dla fana Kultu oraz fanek Aquy 😀 ). Oraz dla dziewczyny, która podeszła do nas i zapytała:

Czy moglibyście tak głośno krzyknąć „Krystian Janiak”? Bo mi się kolega zgubił.

No to troszkę pokrzyczeliśmy, ale ktoś nas poinformował, że to nie Krystian a Oliwier (prowadzący wianki). Gdyby nie nasz śpiew/krzyki to te kilkadziesiąt minut oczekiwania na Lennego byłoby strasznie nudne… Przynajmniej dla nas 😉

W czasie oczekiwania do Wisły spadły dziewice. Takie na paralotniach. Nieźle. Wreszcie pojawił się Kravitz. Jednym z pierwszych jego zdań było: „Shit. Ale wy jesteście daleko”. No… Scena była po drugiej stronie Wisły. Biegały tam jakieś małe punkciki – z tego powodu chyba było słabo czuć atmosferę. Także nagłośnienie chyba było słabe – bez problemu można było rozmawiać. Niby to zdrowe, ale mniejsze wrażenie robiła muzyka (taka cicha – przynajmniej w naszym rejonie).

Lenny grał na wielu gitarach, pianinie, keybordzie i pewnie jeszcze na czymś. Mimo odległości dawał radę utrzymywać kontakt z publicznością („Przypłyńcie do mnie”). Moje uszy zachwyciły się grą saksofonisty Ogólnie zagrał większość znanych piosenek. Tylko szkoda, że połowa tłumu stała jak na festiwalu piosenki żołnierskiej. I trzymała parasole w górze zasłaniając widok. Chociaż przy Fly Away już się większość rozkręciła.

Lenny pograł jakieś 90 minut (z bisami). Potem chyba bez pożegnania zniknął. I rozpoczęły się ognie sztuczne. Przyjemny widok: ognie z rzeki, z boku Wawel… I płynące Wianki ze świeczkami Wisłą. No i koniec.

Ogólnie miejsce w zakolu Wisły na koncerty się słabo nadaje (prędzej na widowiska na wodzie). Przeszkadzało błoto (szczególnie przy wychodzeniu z terenu koncertu). Muzyka nie przeszkadzała 🙂 Nawet była pożądana. Jak komuś śpiew nasz przeszkadzał to proszę o wybaczenie. Będziemy więcej ćwiczyć, aby mniej fałszować.

Cool Kids of Death – koncert w Katowicach

Niedziela wieczór, Cogitatur w Katowicach. Koncert Cool Kids of Death. Godzina 19:30, wszedłem. Usiadłem przy wejściu i przyglądałem się wchodzącym. Tyle różnych rodzajów trampków to ja w życiu nie widziałem 😉 No nieważne. Sam klub miał podobno zrobić dobre wrażenie. Chyba nie zrobił. Takie bez klimatu (niby gdzieś tam fortepian, jakieś starocie). Ale to nie to… U góry dużo miejsca na koncerty, imprezy. No i szatni brak… Ktoś nie pomyślał?

O 20 koncert rozpoczął jakiś zespół o nazwie Violence On TV. Trochę wokalisty nie było słychać. Może to i lepiej, bo jak się starałem wsłuchiwać w to co śpiewają to mi się odechciewało 😉 Gitarzysta miał jakiś dziwny nałóg dotykania gitarą wszystkiego co było w okolicy (stojaki, mikrofony). Muzycznie to mi odpowiadało jak zaczął leżeć na podłodze i coś strasznie psychodelicznie zagrał. Ale mu się jakiś kabelek poluzował i jego zagubiony wzrok… bezcenne. No i „Szejm, szejm on ju…” 😉 Nieważne… Skończyli po 40 minutach. I wbili się w tłum. Jeszcze o nich będzie 😉 Troszkę mnie zniesmaczyli tekstem (trzeba tak ostro?) o mikrofonie, który przytoczę lekko cenzurując:

– Czekaj, mikrofon mi się spsuł.
– No to kuśka z nim, ok?
– OK.

O 21 koncert rozpoczął Cool Kids of Death. Na podłodze mieli całą playlistę – więc mniej więcej kojarzyłem co będzie. 21 utworów (3-4 nie znałem – ooo…) – zagrali chyba wszystkie. Na początek – Mamo, mój komputer jest zepsuty. Koncertowo to brzmi trochę mniej elektronicznie – tak wolę. Chociaż myślałem, że nie dadzą rady tak ja na płycie. A wyszło im dobrze 🙂 Tłum też się ożywił – już przy pierwszej piosence. No i zaczął się przepływ ciepła do powietrza. Temperatura wzrastała. No i zamiast parować to wilgoć osadzała się na ludziach – ktoś o wykresie I-x zapomniał? 😉

Z nowej płyty pojawiło się jeszcze tytułowe Afterparty, Leżeć, TV panika, Bezstronny obserwator, Ciągle jestem sam i singlowe Nagle zapomnieć wszystko (nie w tej kolejności). Publiczność już teksty nowych znała, do tego reagowała pozytywnie. Wyszło, że to co mi się najbardziej podoba (Leżeć, Bal Sobowtórów, TV Panika) reszcie też pasuje. Może po koncercie brakowało mi Biec (nie było czy też jakoś minąłem?).

Nowe piosenki przeplatano starszymi (czyli Spaliny, Armia Zbawienia, Hej, Chłopcze, Butelki). Przy butelkach członkowie Violence On TV rzucili się na wokalistę. I zaczęli śpiewać. Teraz na nieszczęście było ich słychać… Jeden próbował nawet wokaliście spoconą koszulkę ściągnąć… Po cholerę… 😉 Pomińmy…

Piosenki CKOD nie są długie zazwyczaj. Ale aby na koncercie to jeszcze skrócić… 😉 Niby dużo się zmieściło, ale niedosyt pozostał. Ale pokrzyczeć sobie można było, część mogła sobie poskakać, część z tyłu się pobujała. Niektóre osiemnastki Pozdrowienia dla koleżanki z koszulką „idź i się zabij” za wbijanie mi łokcia w żebra 😉 Poszedłem… 😉 A może to nie ta mi wbijała łokieć?

Nagłośnienie przy kulkach, dobre, ale z czasem zaczynało się psuć. Albo to mój słuch już przytępiał. W nocy taki genialny szum miałem, a rano jakoś tak głucho mi…

Koncert skończył się o 22:20. Dzięki czemu zdążyłem na wcześniejszy autobus… Specjalnie pod dojeżdżających do TG to zrobili 😉 Jeszcze jedno wrażenie z autobusu 840, którym przyjechałem z Zabrza do Katowic. W autobusie jechali fani na koncert KAT-a (cali czarni). Obok siedziało jakichś 2 pijaczków i rozmawiało między sobą. Dobry humor poprawiali pasażerom. A na którymś przystanku do autobusu wsiadł gościu wyglądający następująco: brązowa czapka zimowa (ciepła chyba), ciemne okulary w różowych oprawkach. A na nogach buty. Zimowe, wysokie trapery. Przerobione na chodaki… Czyli obcięte to za piętą… aaaa… I tym humorystycznym akcentem zakończę wpis.

Wiersze prawie jak na wiki…

Jakiś czas temu informowałem o wierszach pisanych podstawie artykułów Wikipedii. Okazuje się, że podobny pomysł pojawił się w serwisie Multipoezja w portalu onet.pl. Tam na czacie pisze się wiersze. Każdy użytkownik ma swoją linijkę/wers – a moderator wybiera wersy i tworzy z nich całość.

I tak powstają wiersze. Lekko absurdalne. Może nawet nie lekko. Teksty z tych wierszy wykorzystał niejaki Czesław Mozil wydając płytę z piosenkami z tekstami tych wierszy (zobacz myspace). Ja ze swej strony mogę polecić i wierszyki, i płytkę 🙂 A poniżej jeden wierszyk:

Ucieczka z wesołego miasteczka

<~deep>
   
Uciekła ładna babeczka <~noi>
z dość wesołego miasteczka. <~qkuba>
Lecz jakie były powody, <~noi>
że mimo wielkiej urody <~karolkaaaaaaa>
nie miała tam powodzenia <~ola6>
i rzekła „Cześć, do widzenia”? <~Chez_Mollard>
To chyba nie sprawa ceny. <~kot_który_był_rudy>
Ani wątpliwej higieny. <~noi>
Z pewnością ktoś ją przestraszył, <~ANIUSIA>
peta jej zgasił w kaszy
albo ją zalał winem, <~halna>
czy innym jakimś płynem. <~Yabolos69>
Mógł też jej złamać paznokieć, <~kot_który_był_rudy>
wsadzić jej w oko łokieć,
pokazać swój interes <~hydra>
lub wyjąć skądś siekierę. <~kot_który_był_rudy>
„Chrzanić takie miasteczko” <~kasjopea>
rzekła wkurzona deczko. <~Yokes>
Zwinęła w ciup usteczka <~ANIUSIA>
i poszła precz z miasteczka.

ps Dawno temu, w Krakowie stałem przy ulicy Brackiej i patrzyłem na ścianę, na której ktoś wyświetlał jakieś wiersze. A teraz się dowiaduję, że to prawdopodobnie ta sama osoba, która stoi za wierszami z Multipoezji 😉 Niejaki Michał Zabłocki. Jaki ten świat mały…

Kombajn w Chorzowie – zbieranie kur

Poniższy tekst to „rękopis pisany w autobusach” znaleziony w zeszycie niedawno. Dotyczy koncertu w listopadzie zeszłego roku. Postanowiłem go upublicznić… Ku pamięci i radości tłumu czytelników.

15 listopada byłem w Chorzowie na koncercie Kombajnu zbierania kur po wioskach. Spisałem relację – tak dla pamięci. Koncert odbywał się w klubie Zanzibar w Chorzowie. Relacja nie dotyczy tylko koncertu Kombajnu ale także zespołu Phonebox oraz paru innych (niekoniecznie muzycznych) rzeczy.

Godzina 18 – autobus 820 z Tarnowskich Gór. Nowiutki Solaris (jeżdzący 2 dzień). Wsiadam i oglądam się czy jakiejś osoby wyglądającej na zmierzające na koncert są w autobusie. Nieważne, że nie wiem jak wyglądają słuchacze kombajnu. W każdym razie nikt kury nie wiózł ze swojej wioski. Gdzieś w okolicy Suchej Góry jakaś trójka osób wyglądała na takich z kurami w plecaku (jak się później okazało trafiłem 😉 ). A w nowym Solarisie woda kapała mi z sufitu na kolano. Mam nadzieję, że to para kondensowała a nie, że nowy sufit przeciekał…

Wysiadłem na estakadzie w Chorzowie, chwilę poczekałem na znajomą kombajnistkę i ruszyliśmy w kierunku Zanzibaru. Wchodzimy – schody w dół, bar i dziewczyna z zap… biletemi… Klub w piwnicach, zimno, każde krzesło inne, każdy stół inny – wygląda tak jakby właściciel poprosił swoich znajomych o meble. Ma to swój klimat, ale szkoda, że trafiliśmy na krzesła pod którymi rozjeżdżały się nogi. Lekkość naszego ducha uchroniła nas przed upadkiem. Osobnym punktem może być ubikacja: koleżanka weszła do męskiego, jakiś gościu (sugerując się kobietą) do damskiego. Nie oznaczone drzwi 😉 A ja gdy tworzyłem kolejkę do pisuaru usłyszałem taką rozmowę z tyłu:

– O… kolejka do pisauru.
– No jak zwykle.
– To co? lejemy razem
– Niee… Ja już z tobą nie leję…

No dobra. Gdzie koncert? A w takim małym pomieszczeniu, na małej i niskiej scenie. Przed kombajnem zagrał zespół Phonebox z Tarnowskich Gór (moje miasto). Zespół kojarzyłem z koncertu w Offensywie w Trójce jakiś czas wcześniej. Oraz tego, że załapali się na offensywną płytkę. Jeżeli na płycie ich piosenka „Second Station” średnio mnie przekonała to na koncercie już było lepiej 🙂 Po prostu fajnie grali – nie wiem do czego to porównać – może to dobrze o nich świadczyć (nie kopiują) albo źle o mnie (słabo się znam ;)). W razie, cytując wokalistę: „Zapamiętajcie: Phonebox, P H O N E B O X” 😉 Dopowiem jeszcze, że wszystkie piosenki śpiewali po angielsku a nagłośnienie w klubie było średnio złe. Było ich trudno zrozumienić – dopiero zrozumiałem jak śpiewali mnie więcej, że ma ją „popierniczone coś w głowach” 😉

Przy końcu koncertu zobaczyłem biegającą 10-letnią dziewczynkę, skaczącą po światłach na posadzce. Po pewnym czasie przyłączył się do niej „troszkę” starszy chłopiec z czapką na głowie i piwem w ręku. Piwo odłożył i zaczął skakać jak dziewczynka – gorzej mu szło. Okazało się, że to gitarzysta Kombajnu 🙂

Ktoś przyniósł krzesło, na którym usiadł Żagan (wokalista) i zaczął coś brzdękać na gitarze. Przed nim stała ta skacząca dziewczynka (a za nią ojciec – znajomi?) No i po cichutku zaczęli śpiewać kilka piosenek. W okolicy zaczęło się pojawiać coraz więcej osób – 3, 5, 10, 30… No i ten tłum też zaczął śpiewać wraz z dziewczynką. Reszta patrzyła dziwnie – bo nie widziała wokalisty zza tłumu ani go nie słyszała.

Jak zespół się podłączył to koncert rozpoczął się od Whisky Dżemu („…gramy, fajnie jest, Rysiu spoczywa w pokoju…”), potem statki na niebie („…zagraj mi to… no… tiruriru… no wiesz co…). A taki hit jak „Jest już ciemno” rozgrzał publiczność 🙂 W końcu koncert się rozpoczął. Nie napiszę, którą piosenkę kiedy grali bo prostu nie pamiętam. Ale to co mieli zagrać to zagrali. Parę razy ktoś z tłumu domagał się jakiejś piosenki to mu go zagrali. Najdłużej czekał gościu tańczący na scenie na „Białe kwity”.

Żagan z krzesła się nie ruszył. Gitarzysta w czapce czasami coś śpiewał, wydawał dźwięki jak muezzin czy też wykonywał dziwne ruchy rękoma (gitara → łokieć → czoło → gitara…). Drugi gitarzysta cały czas siedział na wzmacniaczu a basista po lewej zasłaniając perkusistę (trochę jakby obcego w zespole).
Ważnym elementem koncertu były zamówienia dotyczące piwa: „Lila! Lila! Poczęstunek. Co? Już jest? Aaaa… Dziękujemy… :)”

Na początku Marysia (ta dziewczynka tańcząca) zaśpiewała „Krokodyle” i chyba „Roboty”. Jeszcze parę razy była zapraszana do śpiewania ale odmawiała. Raz nawet słowami: „Nie, tego nie zaśpiewam, bo to głupie”. Zaczęło się chwilę po 21 a trwało do 23:30 – dwie ostatnie piosenki stałem w kurtce – bo autobus jechał mi za chwilę. Ale żal było wychodzić – co chwilę słowa koleżanki „Wychodzimy już?” Zaraz… 😉

Po wyjściu na zewnątrz powitała nas śnieżyca – czyli biało wszędzie. Autobus 830 spóźniony jakieś 10 minut i w domu chwilkę po północy się pojawiłem. Jak ktoś będzie miał okazję iść na koncer Kombajnu do zbierania kur po wioskach to zachęcam. Może traficie na taki na którym wokalista jednak będzie mniej zmęczony i nie będzie siedział na krześle. A na youtube jest umieszczonych kilka filmików z tego koncertu w marnej jakości.

No i na tym urywa się rękopis… Przepraszam za umieszczanie takich archeologicznych znalezisk na blogu… 😉

Lao Che – „Gospel” – Śpiewam, tańczę i jem pomar… jabłka Adama

Śpiewam i tańczę, bo usiedzieć spokojnie nie da się przy nowej płycie zespołu Lao Che. Płyta ukazała się 22 lutego, zwie się Gospel i zawiera 12 utworów (ponad 50 minut muzyki). Pierwszym singlem była piosenka Drogi Panie, którą można pobrać ze strony zespołu. Na tej stronie są też 30 sekundowe kawałki reszty utworów. Jak przesłuchałem je – to byłem średnio zachwycony… Dopiero cała płyta jest lepsza i brzmi jakoś inaczej 🙂

Pierwszy na płycie jest singiel – Drogi Panie. O czym? A o grzechu pierworodnym, V przykazaniu, zrywaniu owoców… W sam raz dla adasia… Tym razem to nie płeć piękna zrywa owoc a „brzydka”… Feministki się pewnie ucieszą… I „nie będą do pana telefonować” 😉 Genialny jest głos diabła zachęcającego „do zła” słowami:

Ja tu będe kukał, Ciebie na parkan podsadzę

A potem:

Skoczyłem przez parkan, Pański pies mnie dosięgł
Pamietam to dobrze, Rajska Osiem Osiem Osiem

W prawie każdym zdaniu można się doszukiwać genialnych odniesień (choćby o „spiętym CV” przy bramach nieba).

Już po tym wstępie można mieć wrażenie, że płyta jest religijna. No tak… Teksty czerpią sobie z religii. Ale czerpią dziwnie jak się spojrzy na tytuły: „Zbawiciel Diesel„, „Hydropiekłowstąpienie” czy „Bóg zapłać„. I płyta nie jest w stylu gospel 😉 Chociaż śpiewają miejscami chóry anielskie, a także wstawiane są sample (to taki znak charakterystyczny Lao Che). Rodzaj muzyki ciężko zakwalifikować do jakiegokolwiek stylu

Właśnie, piosenka „Bóg zapłać„:

Bo ja to myślałem, że to będzie inaczej
A tu jest tak o… Do dupy raczej
jeśli masz w tym frajdę aby rzeczy gmatwać
To mi teraz za tę krzywdę zapłać…
Zapłać Bóg zapłać, zapłać… (chór)

Aż się chce śpiewać, najpierw „Daj mi”, potem „Bóg Zapłać”, a w końcu „O Panie”. Koncerty będą genialnie wyglądać 😀 Oazowo, można by rzec…

Podobnie z kolejną piosenką: Do syna Józefa Cieślaka… Kto jest podmiotem lirycznym? Chrystian, lat trzydzieści i trzy:

Ty bardzo dużo na siebie bierzesz.
Źle sypiasz, mamroczesz o jakimś niebie.
Mówią, że na wszystko jesteś zdecydowany.
Chciałem cie ostrzec, że w piątek krzyżują ci plany…
(…)
Chrystian, daj spokój, nie warto się wychylać…”

Potem jeszcze Zbawiciel, który jedzie do Ciebie na motorze… „otwórzmy mu, bracia i siostry, serca garaże…”. Hydropiekłostąpienie gdzie Noe jest „ptysiem miętowym”. Pojawia się też ważne pytanie do anioła stróża: „Ile słodzisz, Ile słodzisz!”. Ogólnie jest bardzo religijnie na pewien sposób. Taki dziwny sposób. Zespół chciał odejść od albumu koncepcyjnego odejść po 2 poprzednich płytach, ale nie wyszło widocznie. Może i lepiej?

Nie wszystkie piosenki od razu są łatwe do załapania. Co chwilę wyciąga się jakiś zdanie, które ma tyle znaczeń, że hoho… Części piosenek jeszcze (po kilku przesłuchaniach) nie łapię. Dam radę. Pierwszy dzień – co nie? Gdzieś napisano, że to płyta cyrkowa… I tak chyba jest – szczególnie jak się słucha pseudo-instrumentalnego „Hiszpana” (samplowe: „Odpieprz się pan, panie”) czy też Chłopaków… („paparapapapa”). Czy jest niedosyt? Trochę tak – myślałem, że płyta muzycznie będzie troszke ostrzejsze. Np. wersja koncertowa Hydropiekłowstąpienia z Off Festivalu jest troszke lepsza. No i na razie więcej uwag nie mam.

A teraz jeszcze troszkę o Lao Che. Znasz? To dobrze. Nie znasz – to źle… Zadanie domowe odrobić – płyta „Powstanie Warszawskie”. Choćby na YouTubie (tam jest koncert z muzeum Powstania Warszawskiego – polecam). Uprzedzam dwie płyty się różnią – Powstanie jest na serio, a Gospel w ogóle… Wogóle to byłbym pewien, że kiedyś sobie napisałem wpis o Powstaniu Warszawskim… ale znaleźć nie umiem. A może nie napisałem?

Jakby to kogoś interesowało: wywiad z wokalistą z radia Bis. Do tego od poniedziałku będzie to płyta tygodnia w radiowej Trójce (o 10 rano przez cały tydzień).

A potrzebuje ktoś krytycznej recenzji? Proszę.

MetalWikiMania – zdjęcia z Metalmanii na Commons

W katowickim Spodku niedawno odbył się festiwal Metalmania. Ja nie przepadam za aż tak ostrą muzyką, ale niektórzy lubią 😉 No to napisze, że wcześniej udało się stowarzyszeniu Wimimedia Polska nawiązać współpracę z Metal Mind Productions. No i kilku wikipedystom udało się wejść w celach reporterskich na Metalmanię 2007. Dzięki temu Wikipedia wzbogaciła się o zdjęcia światowych sław muzyki heavymetalowej. Można je obejrzeć (i sławy i zdjęcia) w odpowiedniej kategorii: Metalmania na Commons.

Jaki z tego morał? Rób zdjęcia dla Wikipedii a może ci się uda na koncerty gratisowo wejść. 🙂

Więcej informacji na: WojnaX – „Metalmania”.

P.s. Wiem czego brakuje mi na commons – szybkiej możliwości pobrania sobie pliku o mniejszych rozmiarach (zamiast 3000*2000 wolałbym np. 800*600). Tak jak we Flickrze… Pewnie by to odciążyło serwery Wikipedii przy okazji…

Światło, nosisz je w sobie – prośba muzyczna

W niedzielnym Minimaksie Piotr Kaczkowski puścił piosenkę mniej więcej o takiej treści:

Światło, nosisz je w sobie. Matko, zgaś swiatło!

To cover piosenki Kukulskiej Natalki 😉 I nie pamiętam jak się zespół wykonujący to nazywał – ktoś wie? Mi sie kojarzy coś z Dobrymi radami… Miło by było jakby ktoś posiadał nagraną gdzieś tą piosnkę 🙂 (tydzień wcześniej w minimaksie brzmiała ich inny utwór). I jeszcze głos wokalisty podobny był do wokalisty Kombajnu zbierającego kury (może to ten sam?).

Dodane 10 lutego: jak doniósł w komentarzach niejaki „pawlak” to zespół nazywa się „Wyjebani w dobrej wierze„. Coż za nazwa 😉 I nawet jest dostępna empetrójka nagrana przez kogoś z radia 🙂 Jestem niezmiernie wdzięczny. Mozna też parę informacji w internecie znaleźć, że to zespół wokalistów Ścianki, Kombajnu do zbierania kur do wioskach oraz jakiejś prezenterki Vivy Polska. Ale mieszanka 😉