„Zawsze bardzo lubiłem rysować szlaczki!!” – Życie to surfing, Biografia Myslovitz

Pożyczono mi książkę w poniedziałek wieczorem. Do środy (dziś) połknąłem. Biografia Myslovitz „Życie to surfing” (autor Leszek Gnoiński).

Przy czytaniu zastanawiałem się, które piosenki mi najbardziej pasowały z całej dyskografii, dlaczego te a nie inne. Wyszło na to, że chyba jakoś teksty Powagi i Myszora chyba najbardziej lubię.

Jeszcze jakieś wrażenie przy czytaniu? Może wypiszę co mi najbardziej mi zostało w pamięci. Rozjaśnienie tego w jaki sposób powstawały płyty, który członek za co był odpowiedzialny (tekstowo, muzycznie). Dlaczego kariera zagraniczna nie wyszła (i jak na zagranicznych było). Na którym miejscu na tureckich listach przebojach były piosenki Myslovitz, dlaczego na pierwsze koncerty jeździli pociągami. Jak to było z „To nie był film”, czym jest „Sei Taing Kya”, co wokalista CKOD ma wspólnego z Myslovitz, jaka była 18-letnia Chylińska, dlaczego „Peggy Brown” to nie piosenka Myslovitz, czym jest Agencja Artystyczna LALA… Ogólnie wiele ciekawych informacji o muzyce, zespole, raczkującym polskim rynku muzycznym… Czyta się bardzo dobrze (nawet w kolejce do lekarza można 😀 )

Książka pięknie wydana (zdjęcia i oprawa graficzna!!). Do tego wydaje się szczera. Nie ma jakiegoś „lubimy się, fajnie jest, będzie dobrze, jesteśmy najlepsi”. Nie wiem nawet czy był tam opisany koncert, z którego zespół byłby choć trochę zadowolony. 😉 Chociaż chyba był…

Do tego jest czasami śmiesznie nawet np. mokra od piwa chusteczka na uszach dyrektora TVP1 lub:

– Czy wiesz, że oni grają takie same akordy jak my?!
– Coś ty?! Naprawdę?! – odpowiedział przyszły gitarzysta Myslovitz.
– Jak Boga kocham…
– To nie możliwe!
– Na scenie widziałem. Idź i sam zobacz.

Przepraszam, czy ktoś widział naszego wokalistę? (powtarzane kilkukrotnie na próbie).

Opisane jest także powstawanie solowych projektów muzyków Myslovitz (Lenny Valentino, Peany Lane). Cała dyskografia (z singlami, dodatkami, gościnnymi udziałami…) oraz kalendarium.
Niby każdy by chciał, aby był happy end, ale im bliżej końca, tym smutniej się jakoś robi. Taki cytat (Jaca) z końca książki:

„Teraz to firma, maszyna do grania piosenek, zarabiania pieniędzy. Co prawda to to bardzo mocne słowa, ale nie tylko ja tak sądzę. Już nie jesteśmy wielkimi przyjaciółmi.”

I co? Koniec? Teraz czekać na nową płytę? Na końcu jest lekko optymistyczne „Zaczęli też pracować nad nowymi piosenkami”.

Ps2 Tytuł wpisowi „nadał” gitarzysta Myslovitz. Kto przeczyta ten zrozumie… Chociaż… Mnie ciężko zrozumieć 😀

Ps2 Czy ktoś próbował rozczytać co jest skreślone u Myszora, przy „Największą radość sprawia mi…”? Czy dobrze myślę, że tam było pieprzenie głupot? 😀 (to obok truskawek”).

2 Zakończenia historii o rycerzu

W ogłoszonym pare dni temu konkursie nagrody były 2 i zakończeń też była para. Książki otrzymują Monika i Patrycja (same kobiety? gdzie te chopy…). A oto nagrodzene 2 zakończenia (oraz wstęp – aby było wiadomo o co chodzi 🙂

Wstęp

Był sobie rycerz. Taki nijaki rycerz – nigdy nie pokonał smoka, nie obezwładnił bazyliszka, siłą nie grzeszył, wyglądem nie zachwycał kobiet. Nie dostał nawet połowy królestwa i ręki królewny (królewna zresztą w jego królestwie niczym ciekawym się nie wyróżniała). Miał tego dość, postanowił coś w swoim życiu nijakiego rycerza zmienić. Ruszył na swoim małym posłusznym koniku w stronę słońca. I tak jechał w poszukiwaniu… Hmm… Nie wiedział w czego poszukiwaniu jechał. Ale chyba chodziło mu o rękę królewny i pół królestwa. No nie był zachłanny – mogła być księżniczka i ćwierć królestwa.

Po długiej i wyczerpującej podroży dojechał do pewnego miasta w odległym królestwie. Królestwo było jakieś takie dziwne… bo jak przejezdżał to mieszkańcy wiwatowali na jego cześć. A był taki nijaki przecież. W karczmie nakarmili go za darmo, nieznajomi stawiali mu miód i grzane wino i krzyczeli: „wybawicielu nasz…”. Dostawał od wieśniaków kury, warzywa, wino z jabłek (najlepsze w tamtym świecie – „Komandorem” zwane). Ktoś mu do konika doczepił mały, dwukołowy wóz. I tam mu wrzucili świniaka, paręnaście kilo ziemniaków (świniak je zeżarł zaraz), 3 kopy jaj…

Zakończenie Patrycji

– Nowy fotel zawiozłem już do twego domu, panie – krzyknął rozpromieniony jakiś mężczyzna.
– Pantofelki w delfiny też – dodał inny.
– Pantofelki?! W delfiny?! – myślał rycerz – i o jakim moim domu oni mówią ?

Postanowił nie wychylać się poczekać na rozwój wypadków. Otoczony wiwatującym tłumem, przechodził przez kolejne wioski, stając się przy tej okazji właścicielem kolejnych świń i wozów oraz obślinionego smoczka, który jakieś wpatrzone w niego dziecko wyciągnęło z ust i podało mu. Jakoś go to nie wzruszyło, ale bał się, że tłum go zlinczuje, jeśli sprawi dzieciakowi przykrość.
Tym sposobem, uśmiechając się głupkowato i licząc kolejne sztuki trzody chlewnej dojechał ze swoją świtą do murów okazałego grodu. Tu ich pochód się zatrzymał, by jak się okazało, pożegnać rycerza ze łzami w oczach.

Biedak (choć właściwie to już już bogacz) trochę się wystraszył, ale, choć nie zbywało mu urody i rozumu, to odwagi trochę posiadał. Spiął ostrogi i wjechał do miasta. A tam? Tam czekała go powtórka z rozrywki. Tyle tylko, że dary były kosztowniejsze i łatwiejsze do przenoszenia. Pomyślał, że ma teraz tyle biżuterii, że będzie mógł w nią ubrać wszystkie swoje świnie. Pozwolił sobie na zmniejszenie ostrożności. Jak szybko można przyzwyczaić się do tego, że jest się popularnym!

Miejski tłum prawie na rękach zaniósł go pod drzwi pałacu i wepchnął go do środka. Większość ocierał łzy chusteczką.
– Tylko wyjdź do nas szybko! – krzyczeli – Nie każ nam znów tak długo czekać – krzyczały rozhisteryzowane panny i równie podekscytowani panowie.
Za drzwiami pałacu rycerz odkrył wielką pustą salę z podłogą w szachownicę. Zrobił kilka kroków, zastukał ostrogami i echo tego dźwięku rozniosło się wokół głośno jak w górach.
– Kto tam jest? – usłyszał i szybko się przedstawił, rozglądając się niepewnie.
– Teraz ty się przedstaw – jego głos drżał równie mocno jak ręce.
Zza jednej z kolumn wyszedł rycerz. Zupełnie nijaki. Ani gruby, ani chudy. Ani piękny, ani brzydki. itd. Zupełnie jak on.
– To zabawne, wzięli mnie za ciebie – roześmiał się drugi – oni nas nie rozpoznają. Jakbyśmy byli inną rasą – zanosił się od śmiechu.
– Nas? – pierwszy nie zrozumiał.
– Nas. Brzydkich – usłyszał w odpowiedzi i zaczął sobie uświadamiać, że widział dziś tylko naprawdę pięknych ludzi.

– Nazywali cię „wybawcą”? Dalej odgrywają ten cyrk? Jeszcze im się nie znudziło? – dopytywał się drugi i nie czekając na odpowiedź, dodał – kilka lat temu przybyłem tu i spotkałem pięknych ludzi, którzy byli posłuszni rozkazom wielkiego zwierciadła, które stało w tej sali. Nie mogli mu się oprzeć, bo wychwalało ono głośno ich urodę i byli wobec tego bezsilni. Kiedy ja przed nim stanąłem, okazało się nadzwyczaj prawdomówne. Gdy zaczęło opisywać moją przeciętność. Moje chude nogi, wystające kolana, uszy różnej wielkości i… no sam wiesz, po prostu się wściekłem. Jedno uderzenie miecza wystarczyło, by rozpadło się ono na kawałki. Tam w rogu jeszcze leża kawałki – wskazał głową na miejsce, gdzie na ziemi piętrzył się stos potłuczonych kawałków.

– Wdzięczni mieszkańcy zaczęli przynosić mi różne dary, nazywali mnie królem i wybawcą. Podarki mnie cieszyły, ale okazało się po kilki godzinach, że gdy tylko zamknęli mnie w tym pomieszczeniu podzielili się z nimi z powrotem. Następnego dnia odegrali znów te same sceny. I kolejnego. I następnego. Dostaję za to tylko jedzenie, ale gdy nie wychodzę do nich dłuższy czas, próbują mnie ukarać zmniejszając racje.
– Czyli stałeś się ich więźniem? – zapytał pierwszy.
– Staliśmy się – uściślił drugi.
– Ja przecież… – pierwszy próbował się wykręcić.
– Nie rozróżniają nas. Nie uwierzą ci, gdy im powiesz, że ty to nie ja.
– To może gdybyśmy wyszli razem?
– Taki głupi to ja nie jestem. Dobrze mieć towarzystwo – Nie martw się, podzielimy się robotą. Królowaniem i wybawicielstwem też – uśmiechnął się drwiąco.
Pierwszy był przerażony. Okazało się, że odwagi też mu nie zbywa.
– A co z moim koniem? – nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.
– Podejrzewam, że przez najbliższy miesiąc będziesz dostawał na kolację końskie kotlety – drugi znów szczerzył zęby nieszczerze -jako dodatek do połowy królestw…

Zakończenie Monika

Ktoś mu do konika doczepił mały, dwukołowy wóz. I tam mu wrzucili świniaka, paręnaście kilo ziemniaków (świniak je zeżarł zaraz), 3 kopy jaj, worek buraków… Każdy co mógł dorzucał, jakby chciał powiedzieć „bierz chłopie, bierz, nie wiesz co cię czeka”. Jechał tak główna brukowaną drogą, a dzieci rzucały mu kwiaty pod nogi, dojechał do wrót zamku. Zamek wydał mu się jakiś nijaki…podobny całkiem do niego. Nie był wysoki, szpiczasty, nie był nawet ładny, był zwykły, przykurzony, nie zwalił go z nóg. Brama skrzypnęła i otworzyła się. Nijaki rycerz wjechał do środaka, tłum gapiów stał na zewnątrz, ukleknął i modlił się żarliwie, modlił się jak tylko mógł najgoręcej…

Rycerz popukał się w czoło, pomysłał że trafił do najbardziej szalonego królestwa jakie mógł sobie tylko wyobrazić. Najpierw dają mu wszystko za darmo a potem sie modlą. „Dziwny lud” – pomyslał.

Zsiadł ze swojego małego zmęczonego konika i ruszył w stronę schodów, jako, że był taki nijaki potknął się, spadł ze stopni wprost pod kopytka swojego konia, ten tak się zląkł, ze zaczął wywijać nogami we wszystki strony, aż przewrócił wóz, który mu ludzi doczepili, wóz zaczął staczać się w stronę bramy… Rycerzyk pozbierał się do kupy odwrócił się i zobaczył jak wóz zgniata w bramie przeraźliwego smoka. Po czym świniaki dogryzły go, kury zadziobały a buraki dogniotły. Smok padł nieżywy.

Rycerzyk z przerażenia aż trąsł się cały, ręce mu drżały i nie mógł unieść miecza, wtenczas usłyszał jakiś płacz z górnej wieży. Pobiegł – jeszcze w szoku, bo gdyby był o trzeźwym umyśle uciekł by gdzie pieprz rośnie. Patrzy a tam Nijaka Królewna leży zakuta w kajdany. To smok ją więził przez lata, zeżarł jej całą królewską rodzinę, a ona została sama. Uwolnił ją – po wielu trudach, bo siły dużo nie miał. Ale odtąd stał się, chcąc niechcąc, wybawicielem królestwa, najsilniejszym z silnych i oczywiscie królem. No i całe krolestwo należalo do niego. Potem spłodził syna, posadził drzewo i powiększył zamek, żyli długo, szczęśliwie i po części nijako.

Zakończ opowieść – wygraj książkę

Okładka książki Zabójcza podróż

W ramach promocji czytelnictwa ogłaszam konkurs z nagrodą książkową 🙂 A nawet z dwiema nagrodami. Polegać będzie na dokończeniu historii znalezionej w pewnym rękopisie, cudem ocalałym po spalonej osiemdziesiątce. Żadnych innych wymagań nie ma – ma się spodobać mi oraz 2 innym osobom (kobietom), które poproszę o ocenę. Nie ma ograniczeń długości, tematu, nowych bohaterów itp. Można nawet styl zmienić (i napisać od początku). Jedynym warunkiem jest to, że osoby które wygrają powinny pokryć koszty przesyłki. Mam jednak nadzieję, że to wielkim kłopotem nie będzie.

Nagrodą jest książka Kathy Reichs „Zabójcza Podróż”. Mam takie 2 książki do rozdania, które otrzymałem od sieci blogów YellowGreen.pl. O książce można się więcej dowiedzieć np. w księgarni Merlin.pl.

Nagrodą jest kryminał, ale historia z rękopisu będzie lekko fantastyczna. Oto jej początek:

Był sobie rycerz. Taki nijaki rycerz – nigdy nie pokonał smoka, nie obezwładnił bazyliszka, siłą nie grzeszył, wyglądem nie zachwycał kobiet. Nie dostał nawet połowy królestwa i ręki królewny (królewna zresztą w jego królestwie niczym ciekawym się nie wyróżniała). Miał tego dość, postanowił coś w swoim życiu nijakiego rycerza zmienić. Ruszył na swoim małym posłusznym koniku w stronę słońca. I tak jechał w poszukiwaniu… Hmm… Nie wiedział w czego poszukiwaniu jechał. Ale chyba chodziło mu o rękę królewny i pół królestwa. No nie był zachłanny – mogła być księżniczka i ćwierć królestwa.

Po długiej i wyczerpującej podroży dojechał do pewnego miasta w odległym królestwie. Królestwo było jakieś takie dziwne… bo jak przejezdżał to mieszkańcy wiwatowali na jego cześć. A był taki nijaki przecież. W karczmie nakarmili go za darmo, nieznajomi stawiali mu miód i grzane wino i krzyczeli: „wybawicielu nasz…”. Dostawał od wieśniaków kury, warzywa, wino z jabłek (najlepsze w tamtym świecie – „Komandorem” zwane). Ktoś mu do konika doczepił mały, dwukołowy wóz. I tam mu wrzucili świniaka, paręnaście kilo ziemniaków (świniak je zeżarł zaraz), 3 kopy jaj…

I tu się nadpalony rękopis kończy. Co było dalej? Od razu przepraszam – Sienkiewiczem to autor powyższego tekstu nie zostanie 🙂 Rozwiązanie konkursu za 2 dni – w wtorek wieczorem. Dokończenia można słać mejlem na adziura(at)gmail.com lub wpisywać jako komentarze. Polecam komentarze – czytelnicy może się ucieszą z różnych zakończeń.