Szczyrkowa deska anty-moto-rowerowa

Deseczka na zdjęciu znajduje się na szlaku ze Skrzycznego do Szczyrku. A do czego służy? Do uniemożliwienie jazdy na rowerach i motorach. Chyba się mieszkańcy mieszkający przy szlaku lekko zdenerwowali na kierujących wyżej wymienionymi pojazdami. Ciekawe czy to legalne 😉

Od siebie dodam, że osoby jeżdżące na motorach czy quadach po szlakach w górach też mnie „lekko” denerwują.

Kobieto! Nie słuchaj mężczyzn…

…jak masz na sobie japonki a oni Ciebie ciągną na kolejkę linową na jakiś szczyt. A dlaczego? Bo są w stanie Ciebie przekonać następnie do zejścia w tych japonkach na sam dół… I nawet ci w tym zejściu pomogą, mimo, że im to na dobre nie wyjdzie (co chwilę dźwiganie kobiety, aby się nie poślizgnęła na jakimś ostrym zejściu/głazie źle wpływa na mieśnie pleców ;).

Dwa zdania z dzisiejszej rozmowy pewnej pary (dwadzieścia kilka lat) na szlaku ze Skrzycznego (nartostradą!):

Misiu… A mieliśmy dzisiaj tylko chodzić po mieście…

Ale wiesz co. Te twoje japonki to maja zaletę. Nie poci się stopa…
(parę pięści trafiło na biceps „Misia”)

Miś jednak takim super-misiem nie był. Bo tempo nadawał średnie, a podnoszenia wykonywała z bólem/odgłosem bólu 😉 Do tego zamiast zejść do stacji przesiadkowej kolejki linowej (aby zjechać chociaż połowę trasy) to poszedł innym szlakiem w celu maltretowania swojej kobiety. No chyba, że zasłużyła… (Czemu niesie gitarę,
Niesie gitarę za karę
).

Ale żeby nie było tak, że tylko jedna się tak dała wkręcić. Gdzieś jakieś 30 minut przed Szczyrkiem (przy schodzeniu) minąłem grupę chłopaków (18 lat?) z jedną dziewczyną. Godzina 17. Na szczyt Skrzycznego pozostało jakieś półtorej godziny dobrym tempem.

Na szczyt już nie daleko, za chwilkę będziemy. Elwira dasz radę.

A mina Elwiry wskazywała na totalną obojętność. Wyglądała jak owca prowadzona na rzeź…

Imiona bohaterów zmieniono (bo nie pamiętam czy to był miś czy Zenek 😉 )

Ps Zaraz się tu zlecą moje znajome i mi wypomną:

– Daleko jeszcze?
Nie, już blisko/Jeszcze kawałeczek/za tym zakrętem/znam taki skrót…

Nie wierzcie im 😛

Chatka na Szczytkówce

Chatka na Szczytkówce (przy zielonym szlaku z Ujsów na Muńcół w Beskidzie Żywieckim) spłonęła jakiś czas temu (1996). Ale kilka dni temu dowiedziałem się od znajomego, że chatka została odbudowana. Ale żadnych szczegółów nie znam: nie wiem kto, nie wiem jakie ceny, nie wiem jakie warunki… Słowem Szczytkówka – chatka widmo 🙂

Jakby ktoś był w posiadaniu informacji o chatce to można prosić o jakiś komentarz? Przyda się mi a także innym poszukującym miłego noclegu w Beskidach 🙂

Ps Chatka posiada nawet stronę, ale chyba baaardzo nieaktualną. Oraz klasę na naszej-klasie 😉

Majowa Mała Fatra

Wyjazd 3-osobowy w weekend majowy 1-4 maja 2008. To mój drugi raz na Małej Fatrze – tym razem w maju (przeczytaj relację z sierpniowej wycieczki na Małą Fatrę sprzed 2 lat). Majowa trasa w skrócie: pociągiem do Sutova (wioska po południowej stronie Małej Fatry), Chata pod Chlebem (nocleg), Wielki Krywań, Chleb, Południowy Gruń, Stefanowa (2 noclegi), Diery (Dolne, Górne, Nowe). Miały być zdobyte 2 Rozsutce, ale nie udało się – o tym dlaczego w dalszej części wpisu będzie szerzej.

Dojazd + wejście pod Chleb

Wyjazd – 5:55 z Tarnowskich Gór. Tam na dworcu takich dziwnych ludzi z plecakami troszkę więcej. Wszyscy (sądząc po rozmowach) do Węgierskiej Górki zdążają. Pociąg o 7:10 – kolejki do kas olbrzymie, a ja zapomniałem kupić bilet w TG (musiałem czegoś zapomnieć). Ale mam sokoli wzrok i zauważyłem, że o 7 otwierają 2 nowe kasy. Haaa… No to myk z końca kolejki do kasy zamkniętej – bilecik kupiony. Na peronie tłum. Wszyscy do Węgierskiej Górki oczywiście 😉 A cóż tam takiego jest?

Podjeżdża pociąg – za pędzące drzwi chwyciło 2 gości – i zostali pociągnięci przez tłum (jeden prawie wylądował na torach). Miejsce się znalazło – w przedziale kilku studentów AGH (dowiedziałem się jak się w Krakowie pali samochody na Juwenaliach), pani z dzieckiem, i jakaś para. Studenci oczywiście do Węgierskiej Górki 😉 Pociąg opóźniony jakieś 20 minut dojechał do Węgierskiej Górki. Tam wysiadł tłum (60% pasażerów) poszukujący monopolowego 🙂 (tak mi jeden z turystów odkrzyknął).

W Zwardoniu udawałem kaskadera i „podpisałem” swoim nazwiskiem spodnie (ciekawe kto zajarzy o co biega). Potem skorzystaliśmy ze strefy Schengen i przez krzaki dotarliśmy do Serafinowa na spóźnioną „Skalnicę”. Bilet u konduktora z takim genialnym dotykowym ekranikiem. Nie dość, że to sprzedawało bilety to jeszcze miało w sobie rozkład jazdy/wyszukiwarkę połączeń. Konduktor zadzwonił o przytrzymanie pociągu na naszą przesiadkę w Żylinie. Więc przesiadka prawie zgodnie z planem.

Wysiadamy w Sutowie o 13:45. I ruszamy na niebieski szlak. Dwójka moich towarzyszy marudzi, że chcą obiad. Ja im mówię, że nie ma tu otwartych knajp. Nie wierzą mi (jak zwykle) i szukamy czegoś w Sutowie. Nie było 😀 Przechodzimy jakieś 2 godziny do Wodospadu Sutowskiego. O… jaki on fajny 🙂 Pogoda była średnia, ale dało się w krótkich spodenkach podejść pod niego. I tylko „lekko” zostać zmoczonym. Potem patrzymy na dalszy szlak. Hmm… Czemu on taki ostry? I zastanawiamy się jakby się tu szło po deszczu. Albo jakby się jeździło.

Dochodzimy do Mojżeszowych Źródeł. A zaraz za nimi takie fajne lawinisko. Wielkie płaty/bloki zjechały z góry i zawaliły ścieżkę. Hmm… Wiedzieliśmy, że musimy się dostać na widoczną przełęcz. Ale którędy… Wybraliśmy wspinanie się po błocie. Może to był zły wybór? W każdym razie dużo czasu nam to zajęło. Potem szybkie przebranie krótkich spodenek na długie, rzut oka na rozbity wśród kosodrzewiny namiot, i na kolejne bloki śnieżne po drodze. I wmawianie sobie: „Nic więcej już stamtąd nie zjedzie”. Hmm… Po 6 godzinach doszliśmy do Chaty pod Chlebem. W niej nocleg kosztował nas 70 koron (śpiwór i na strych). W jadalni jacyś Czesi (a może to Słowacy) śpiewali i grali coś po swojemu. Dziwne to było.

Granią Małej Fatry do Stefanowej

Rano wstaliśmy ostatni. Pogoda smętna – wszystkie szczyty ponad nami w chmurach. Przy wejściu na Snilowkie Sedlo mijaliśmy pielgrzymki Polaków zdążających do schroniska na Becherowkę. Na przełęczy się rozpogodziło – no i widok z Wielkiego Krywania był nawet, nawet. Ale wiało strasznie. I tłumy też straszne – kolejka do zdjęcia z tabliczką na szczycie. Co to kolejka gondolowa nie robi. Na stronie ośrodka narciarskiego Vratna można zobaczyć jak tam wyglądało 2 maja 🙂

Następnie wchodząc na Chleb oberwaliśmy gradem. Aby na szczycie rozkoszować się słońcem. I tak cały czas… Czasem słońce, czasem grad/deszcz. Co dalej? Główną granią Małej Fatry dotarliśmy na Południowy Gruń. Stamtąd „szlakiem rozwalającym kolana” zeszliśmy do chaty na Gruniu. Na polance w przepięknym słońcu, z widokiem na Sokolie, Boboty i Wielkiego Rozsutca odbyło się leżenie w zasięgu polskich sieci komórkowych. Następnie wyprażany ser w Chacie na Gruniu. I zejście do Stefanowej w poszukiwaniu noclegu. Od domu do domu. Wszędzie brak miejsca (wszędzie Polacy). Dopiero jakiś dziadek na polu przy wykopkach (a może zakopkach?) nam zaproponował nocleg. Za 150 koron słowackich. Nawet tanio. Jak na pokój 3 osobowy z łazienką, ubikacją, małą kuchenką, 5 kubkami, jednym garnkiem, litrem mleka od krowy i chałką. Uwaga logistyczna: w Stefanowej nie ma żadnego sklepu. Aby się w coś zaopatrzyć trzeba się jakoś dostać do Terchowej. Ale i tam o 19 już chleba nie ma 😉

Niezdobyte Rozsutce

Kolejny dzień, sobota. Dojechały do nas kolejne 3 osoby i wspólnie ruszyliśmy. Najpierw przez Diery (czyli takie fajne wąwozy), a potem w kierunku przełęczy Medzirozsutce. Tam pogoda nam zrobiła psikusa. I ukryła w chmurach i mroźnym deszczu obydwa Rozsutce. Zdecydowaliśmy nie wchodzić na żaden z nich, tylko obejść ten większy niebieskim szlakiem. Z kolejnej przełęczy znowu wygoniły nas ciemne chmury. Dodam jeszcze, że szlak na Wielki Rozsutec od 1 marca do 15 czerwca jest zamknięty. My (tzn. ja, bo reszta nie miała ochoty na mandat) chcieliśmy jakoś ten zakaz obejść (a dokładniej to go nie zauważyć). Ale pogoda nam przeszkodziła. A zakaz jest spowodowany ochroną ptaków, które mają sobie w spokoju gniazda budować i wychowywać młode. Ale i tak tłumy tam ciągną (2 maja z Południowego Grunia naliczyłem 10 osób na szczycie w jednym momencie). Pewnie dostanę okrzycz za chęć łamania zakazu…

Zeszliśmy. Spędziliśmy 40 minut w oczekiwaniu na obiad w lokalnej restauracji (prawdopodobnie mieli 1 palnik…). Zostałem tam uznany przez 5 siedzących ze mną przy stoliku osób za żula i pijaka. Bo jako jedyny miałem piwo. Ehh… Oprócz tego komplementu otrzymałem też wiele innych: maruda, podlec, bez serca, zły, wkurzajacy itp. I tak przez cały czas. Uprzedzając pytania – my się nawzajem lubiliśmy (i lubimy nadal) 🙂

Dojeżdżająca trójka zabrała mnie samochodem do Terchowej. Tam zrobiłem małe zakupy (na pulpę – tak… była pulpa ryżowa ;). Polacy zapytani o sklep z chlebem odpowiedzieli: „kup 4 piwa – to tyle samo co jeden chleb”. Pozdrowienia dla nich. Potem stopem z jakąś rodzinką Polaków (byłem szósty w pięcioosobowym samochodzie).

Zamek Strecno + powrót

Niedziela – czyli powrót przez zamek w Strecnie. Najpierw stopem do Terchowej (jakiś Czech) – tam śniadanie. Potem stopem do Varina i piechotą na zamek („daleko jeszczeeee?”). Zamek się troszkę odbudował. Taka lekko oszukana ruina z niego 😉 Ale ładny jest. Jak ktoś ma okazję to można zajrzeć. Tylko te schody… kolana mamy już stare i niedziałające prawidłowo… Ze Strecna kolejnym stopem do Żyliny. Znowu byłem szósty w pięcioosobowym samochodzie 🙂 Tam w pociąg i z przesiadką w Zwardoniu do Katowic. W polskiej osóbówce jeszcze jedna rzecz mnie zdziwiła: 2 gości paliło papierosy w przejściu pomiędzy wagonami EZT (to takie wąskie, ciemne…). A PKP jak zwykle opóźnione. 50 minut (co z tego, że 30 minut staliśmy bez celu w Bielsku).

Wyjazd zaliczam do udanych 🙂 Czy dwoje towarzyszy też do udanych zaliczy? Zdjęć nie mam, bo aparat pojechał na Pilsko beze mnie. Co jeszcze? Zachęcam wszystkich do pojawienia się na Małej Fatrze. Przepięknie tam. Zbliża się kolejny długi weekend.

ps Od przyszłego roku Słowacja będzie miała Euro jako walutę. Nie, żebym marudził, ale jest duże prawdopodobieństwo, że wszystko tam zdrożeje… I to znacznie. A może marudzę jak zwykle?

Góry, granica, Schengen – wolno wszędzie przekraczać?

Od kilku miesięcy Polska znajduję się w strefie Schengen. Czyli możemy przekraczać granicę państw tej strefy w dowolnie wybranym miejscu. Tak… Dowolnie wybranym miejscu. Oczywiście są wyjątki. Jako, że najbardziej interesują tereny górskie to opiszę jakie są zasady tego przekraczania. A opiszę to z powodu czasami pojawiających się informacji, „że nie można w górach”. Można, ale…

Aby granicę przekroczyć, trzeba posiadać dokument tożsamości. Dowód lub paszport. Dowód musi być plastikowy – od pewnego czasu papierowe dowody w Polsce są nieważne, więc tym bardziej za granicą ich nie można używać.

Takie zdanie sobie wymyśliłem (oddaje chyba sedno wpisu):

Granicę można przekroczyć wszędzie tam, gdzie można zgodnie z innymi przepisami przebywać. Dotyczy to obu stron granicy.

A zgodnie z przepisami np. nie można przebywać poza szlakami turystycznymi w parkach narodowych czy rezerwatach. Są jednak rezerwaty, w których można przebywać poza szlakami czy wyznaczonymi miejscami. Czasami niektóre szlaki są zamknięte – dotyczy to np. Słowackich Tatr zimą. Tam szlaki są zamknięte powyżej schronisk przez całą zimę (i trochę wiosny). Z tego powodu pojawiały się informacje, że w Tatrach nie można przekraczać granicy. Ale to z powody przepisów słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego, a nie przepisów Schengen (a z informacji medialnych wynikało, że to zakaz Schengen). Także pojawiały się informacje o planach wyznaczania kolejnych przejść granicznych w Tatrach. Po co… Wystarczy, że polski i słowacki szlak się styka w jednym miejscu i już mamy przejście. Czasami ciągnące się granią.

Czy są jakieś inne ograniczenia? Można wymyślić jeszcze: nie przechodź przez granicę przez poligony wojskowe (jak takie są), tereny kolejowe (Sokiści 😉 Przejście mostem kolejowym może być nielegalne tak samo jak przejście mostem kolejowym przez granicę. Innych pomysłów nie mam – resztę wolno robić. Zaraz za granicą mogą strażnicy graniczni przeprowadzić kontrolę. Baaa… w całym kraju mogą kontrolować legalność pobytu. Ale w jaki sposób dostałeś się do danego kraju nie powinno ich interesować. Chyba, że chcą poznać „przemytnicze ścieżki” 😉

Jak coś pokręciłem to krzyczeć na mnie w komentarzach 🙂

Zaproszenie na Fatrówkę

Zwykli czytelnicy tego bloga mogą tego wpisu nie czytać 😉 To dla znajomych wpis jest… Trochę prywaty nie zaszkodzi – mam nadzieję.

Prawie na Wielkim Rozsutcu

Jako, że zbliża się weekend majowy postanowiłem zastanowić się gdzie by wziąć znajomych na majówkę. Tym razem wymyśliłem, że pojedziemy troszkę dalej niż na jakąś chatkę w Beskidach. Informuję o tym na blogu, bo wiem o paru fochach z powodu niepoinformowania niektórych osób. Może mi się uda uzyskać wybaczenie? 😉 Jesteś zainteresowany a nie zaprosiłem – upomnij się jakimś sms-em o „imienne zaproszenie”. Nie ugryzę. A więc do rzeczy.

Gdzieś w drodze na Wielki Krywań

Jedziemy na Małą Fatrę (poprzednia relacja z wyjazdu tam). Takie przemiłe góry na Słowacji (mapa położenia). Termin 1-4. maja (z opcją 5. maja). Dojazd – pociągiem – z Katowic 7:11 do Zwardonia. Tam korzystamy z dobrodziejstwa Układu z Schengen i robimy pieszą 500m wycieczkę przez granicę na stację Skalite-Serafinov (aby nie płacić paru złotych za przejazd przez granicę). Potem pociągiem do Żyliny i…

No i są 2 opcje. Wersja lajt i wery lajt.


Ponad chmurami

Wersja lajt (częściowo z plecakami): robimy jeszcze kawałek 2 pociągami i wysiadamy w wiosce Sutovo o 13:27. Stamtąd idziemy około 3-4 godziny na Chatę pod Chlebem. Czyli schronisko. To jest pierwszy dzień. Tam nocujemy, a wieczorem możemy pohasać po łąkach, poszczytować itp. Drugi dzień – dojście do Stefanovej lub Terchowej (czyli wioski w dolinie). Wolałbym Stefanovą. Czas przejścia – około 5h. Ale istnieje możliwość zjechania kolejką (każdy da radę) a potem jakimś busem podjazd. Do wyboru 🙂 Noclegu poszukamy na miejscu – znajdziemy 🙂 Spałem tam kiedyś za 10zł – teraz się pewnie tak nie uda, ale nie powinniśmy przekroczyć 20-25zł za noc. W schronisku podobnie. Dzień 3 – Rozsutec Wielki – taka fajna skalista górka. Dzień 4 – powrót (coś po drodze pewnie też będzie 🙂 ) Może ładne miasto na przykład? 😉

Wersja wery lajt: Do Żyliny tak samo, ale stamtąd musimy się dostać autobusem do Terchowej czy Stefanovej. I potem mamy 2 dni na wejście tu i tam… Powrót podobnie jak w poprzednio opisane wersji.

Zaletami wersji lajt jest:

  • brak wchodzenia i schodzenia kilkakrotnego – jak już wejdziemy 1. dnia to drugiego nie musimy wchodzić.
  • jeden dzień dłużej w górach – (pierwszego dnia w wersji wery lajt nigdzie nie wejdziemy)
  • możliwość noclegu w przepięknych okolicznościach przyrody.

Wady:

  • trzeba nosić plecak ze śpiworem

No tak... plecaki. Ale tu płasko przecież jest...

Dacie radę? Proszę o info czy chcecie wery czy nie wery. Jak mi ktoś nie wierzy z czasami (haaa… pewnie wszyscy jak znam życie 😉 ) to zachęcam do przyjrzenia się mapkom z czasami przejść. Chociaż pewnie pomysł wersji lajt się większości nie spodoba… A szkoda. Chociaż warto mieć nadzieję.

Jest jeszcze pomysł zagospodarowania 5. maja (poniedziałek). Czyli w niedzielę przejście górami kawałek do schroniska pod Suchym (7h lub 5h z wjazdem kolejką). Następnego dnia 2h do przepięknego zamku Strecno i następnie od razu do pociągu.

Przewidywane koszty to 50zł na przejazdy (razem tam i powrót). Noclegi – 3 noclegi – około 20zł za jeden – czyli około 60zł. Jedzenie – brak jedzenia. Picie – prohibicja… Jak zwykle 😉 Chodzimy po górach od 7 do 20 (hihi). Zainteresowany – napisz, którą wersję wybierasz 🙂

Pilsko i Hala Miziowa narciarsko

W zeszły weekend pojawiłem się w okolicy Pilska pojeździć na nartach – 3 i 4 dzień w życiu. Ale po kolei… Wyjazd wraz z ludźmi Watrowymi – przepraszam, ale dalej nie pamiętam imion 😉

Sobota – pobudka o 4:30 – trzeba jakoś zdążyć na 7 do Gliwic. W czasie zajadania bułki dotarło do mnie, że w sobotę autobusy jeżdżą inaczej… Ciemno za oknem a mi w umyśle pojaśniało. Szybko uruchamiam wyszukiwarkę połączeń KZK GO! (tą opisywaną parę dni temu) i sprawdzam czy mam jakieś połączenie z przesiadką, bo 80 ani 112 nie ma o takiej wczesnej godzinie. Mam, ale będę 15 po siódmej. Poczekają – chyba tak… W Gliwicach wsiadamy do samochodów i kierunek Korbielów. Po drodze brak śniegu – w górach będzie? Mamy nadzieję. W Żywcu samochód z 3 rowerami i parą nart na dachu – genialny sposób ułożenia o nazwie „nieład dachowy”.

Wysiadka w Korbielowie. Chwila czekania na resztę samochodów następnie podział na 2 grupy – łażących i zjeżdżających. Łażący biorą narty i zaczynają się wspinać w poszukiwaniu śniegu. Ja znalazłem się w grupie zjazdowców. Wsiadamy w kolejką na Halę Szczawiny. Ja narty w jednej ręce, w drugiej plecak z przytroczoną gitarą. Jechałem bez zamkniętego krzesełka, narty prawie mi wyleciały z ręki. W połowie drogi pojawił się śnieg – czyli coś tam jest. Dałem radę… Wyciąg – 8zł. Następnie orczyk – 4zł. Chwila wahania – jak ja wjadę z plecakiem orczykiem, i to jeszcze tak ostro w górę. Jak na razie na oślich łączkach się bawiłem nartami. Stwierdzam, że jazda samotna jest zła – orczyk wylatuje spod tyłka, powracające orczyki szturchają w ramię, narty same skręcają poza wyjeżdżoną trasę…


Na Hali Miziowej przepięknie 🙂 Ruszamy w 5 z plecakami zielonym szlakiem w stronę bazy na Hali Górowej. Cały czas w dół, pomiędzy drzewami. 3 narciarzy daje radę cały czas jechać. Snowboardziści tylko gdy jest ostrzejsza górka. Moim sposobem na hamowanie było: wjazd w las, gleba, wstać, obrócić się, zjechać kawałek, w las… itd. 🙂 Na bazie zostawiliśmy plecaki, i ruszyliśmy z powrotem na Miziową piechotą. Tam trochę zjazdów się odbyło. Ja pożegnałem na górze z resztą słowami „nie czekajcie na mnie na dole, kiedyś dojadę”. I dałem radę, powolutku trasą fisowską 5 (samobójca ze mnie prawie). Najbardziej podobała mi się trasa 6 na Szczawiny, którą odkryłem później. Mimo, że w pewnym momencie spod śniegu wystawały kamienie. Taka trasa w sam raz na moje umiejętności 🙂 A raczej ich brak.

Potem spróbowałem jeszcze innych kolejek – czyli wjechałem na Kopiec. Tam sobie zrobiłem dłuższą przerwę na pokontemplowanie widoków. I żałowałem strasznie, że aparat pozostał na bazie 🙁 O 16:30 zamykają wyciągi (co to za porządki!) a żeby było mało jeszcze zamykają bary. Wielu narciarzy się nadziało na zamknięte drzwi baru pod schroniskiem. Głód był coraz większy to postanowiłem wejść do tej restauracji schroniskowej…. „Poproszę Hot-Doga” – „Przepraszam, ale do 17 sprzedajemy to na dole, w takim barze…”. Schodzę na dół, klamka – zamknięte. Za drzwiami dziewczyna z mopem, a na zegarze 16:52. Głód zniknął.

Narty zostawiamy w darmowej przechowalni w schronisku i idziemy pieszo na bazę. Po przyjściu – mijamy się z grupą chodzących: „Zróbcie nam jedzenie, napalcie w piecu, my idziemy na Pilsko”. Wrócili koło 11… Zazdroszczę im nocnego wchodzenia na nartach skiturowych na Pilsko. Ale tylko trochę na bazie też było fajnie 🙂

Sekcja zjazdowa szuka drewna, tnie belki, rąbię, pali w piecu, gotuje pulpę… Zbyt długo chodząca reszta nie przychodziła to się część pulpy zjadło – chyba im jednak zostawiliśmy odpowiednią ilość. Dzielnie broniliśmy jej przed pewnym psem, którego chyba kiełbasa wewnątrz przyciągała. Co do samej bazy – jest to chata z kuchnią, jednym pomieszczeniem do spania oraz dużym poddaszem też do spania. Zimno strasznie, prądu brak, ale poza tym przyjemnie 🙂 Bazę pamiętam z przejścia z Węgierskiej Górki na Babią kilka lat temu. Wieczorem trochę mniej lub więcej fałszującego śpiewu i około 1 sen jak śledzie 🙂

Rano, o siódmej (czemu tak wcześnie??) pobudka, porządek, pulpa, porządek, porządek. Trasa na Miziową na skiturach – tam ja wsiadam na zjazdówki. Reszta robi kółko gdzieś po Pilsku czy Kopcu. Pogoda w niedzielę zrobiła się gorsza, mniej przejrzyste niebo, śnieg mokry. I do tego kilka razy większe kolejki do wyciągów. Ja wziąłem aparat licząc na to, że go nie rozwalę przy jakimś upadku. Zjazd jedna trasą, potem na orczykiem na Pilsko (miejscami pionowo w górę?). Trochę siedzenia na górze, trochę zjeżdzania – przyjemnie 🙂 Zaczyna mi się jazda na nartach coraz bardziej podobać.

Około 13 wyruszamy na dół – trasą 6. Tam odbyła się moja najciekawsza jazda – upadek z fikołkiem pomiędzy dwoma drzewami ale przed pieńkiem 🙂 Żyję jeszcze. Następnie zaczął się kończyć śnieg i trzeba było narty zdjąć. Ja i tak zdjąłem je za wcześnie 🙂 Ale nieważne. Chwilę po pojawieniu się na parkingu zaczął padać deszcz – mieliśmy dokładnie wymierzoną godzinę powrotu. Na koniec jeszcze przejazd przez Sopotnię, zajrzenie do wodospadu z którego kamyk utknął kiedyś w mojej stopie i wreszcie kierunek Gliwice.

Zainteresowany ktoś jest zdjęciami? Album jest dostępny. Można także przyjrzeć się mojemu opisowi poprzedniego wyjazdu w okolice Pilska.

Zobacz ten wpis na blogu adas@dziugger

Gleba w schroniskach – zakaz?

Jakieś parę dni temu w jakimś programie informacyjnym (serwis TVP Info?) pojawiła się informacja, że straż pożarna domaga się (będzie się domagać?) od schronisk nie przyjmowania turystów na tzw. glebę. Czyli na nocleg na karimatach, gdzie popadnie (gdy braknie miejsc w pokojach). Tłumaczono to w relacji bezpieczeństwem pożarowym.

A dziś zaglądając na stronę schroniska Murowaniec w Tatrach zobaczyłem następujący tekst:

Z przykrością informuję, że z przyczyn technicznych zmuszeni jesteśmy czasowo /do odwołania/ zawiesić zwyczaj udostępniania noclegów w warunkach zastępczych – „na podłodze”, w pomieszczeniach i zabudowaniach towarzyszących Schronisku PTTK „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej w Tatrach.

Prosimy Turystów o taką organizację wędrówek aby możliwym stał się powrót na nocleg do miejsc zakwaterowania lub pozostałych schronisk.

Bardzo przepraszamy, o wznowieniu takich możliwości powiadomimy w terminie najkrótszym, w jakim stanie się to na powrót możliwe.

Ekhm… Nie żebym się bezpieczeństwem nie przejmował, ale chyba ktoś przesadził z byciem „najświętszym” strażakiem. Wątpię aby dało się zrobić tak aby wszyscy turyści dzwonili co chwilę z zapytaniem o miejsce w schronisku. Do tego wystarczy piękny wiosenny weekend i w schronisku pojawia się tłum. Warunki turystyczne (burza, zamieć) mogą nie pozwolić zejść w doliny danej grupie. Do tego sam nocleg w przepełnionym schronisku może być (i jest) ciekawym doświadczeniem 🙂

Ze dwa razy tak mi się udało. Częściej jednak nocują w chatkach studenckich. Tam też warunki przeciwpożarowe nie wyglądają zbyt dobrze (a może nawet gorzej):

  • noclegi na materacach (pewnie palnych)
  • noclegi w pomieszczeniach w których na dół prowadzi stroma drabinka
  • piec węglowy udostępniany osobom, które się nie znają zbytnio na paleniu w takim (studenci kierunków związanych ze spalaniem paliw próbują wyznaczać lambdę, ilości substancji w spalinach czy też zawirowywać płomień… – to taki mały OT 😉
  • chatki są drewniane – drewno się dobrze pali
  • czasami na chatkach przebywa duży tłum – pewnie sami podpalacze…

Ciekawe czy to zlikwidowanie spania na podłodze jest na Murowańcu wymuszone przepisami przeciwpożarowymi czy czymś innym (remont)? Bo z artykułu w programie telewizyjnym wynikało, że jeszcze tego się nie wymaga… Jak dla schronisk będzie takie ograniczenie to chatki będą miały jeszcze gorzej… Ehh… A ja w piątek się na Pietraszonkę wybieram 🙂

Strefa Schengen – wreszcie po górach bez ograniczeń :)

Dziś w nocy można było świętować wejście do strefy Schengen. Dzięki czemu możemy większość granic w naszym kraju przekraczać w miejscu dowolnym. Nie jestem tirowcem, nie latam samolotami (jeszcze ;), samochodem rzadko przekraczam granicę… A nawet jak przekraczam samochodem/autobusem to więcej czasu tracę w korkach z powodu robót drogowych niż kolejek na granicach. Niby powinno mi to zwisać… A nie zwisa…

A nie zwisa z powodu, że jest coś takiego jak granica PL-SK. A ona przebiega pasmami górskimi. Kilka razy musiałem tak wybierać trasy przejścia aby broń boże nie trafić na granicę. Np. wyjazd w Bieszczady Słowackie – w okolicach Krzemieńca nie było turystycznego przejścia i trzeba było nadrabiać troszkę mniej interesującymi pasmami do przejścia w Roztokach Górnych (Ruskie Sedlo). Innym razem spieszenie się aby zdążyć przed dwudziestą na turystyczne przejście na Głuchaczkach. Albo nielegalne przekraczanie na Szlaku z Wielkiej Raczy (przejście legalnie jesienią jest możliwe tylko do 16!!).

Ale największym złem był pewien pogranicznik w Zwardoniu. Zawrócił nas na przejście drogowe z turystycznego – 2 godziny w plecy… Zadedykowałem pogranicznikowi nawet wpis na blogu. Za tytuł mi się od WOP-isty oberwało (mimo, że to był tytuł ironiczny). Teraz to najwyżej może nas wylegitymować a my możemy sobie iść dalej. Jak się zgubimy w ciemności to trudno 😉

Rozumiem też, że granica wschodnia się uszczelniła – i to może się nie podobać osobom mieszkającym przy niej. Ale cóż poradzić… I to jedyny minus.

p.s. Co do tytułu: „bez ograniczeń” nie dotyczy Parków Narodowych. Ale to wiele nie zmienia 😉

Październikowe Pilsko

Wpis jest lekko opóźniony. Lekko = miesięcznie. Pozdrawiam osoby, który strzelały focha z powodu mojej niepłodności pisarskiej. Dziś postanowiłem się poprawić i spisać to co się działo ponad miesiąc temu w Beskidzie Żywieckim. Z jakim skutkiem – oceńcie sami.

My+Pilsko

Wszystko zaczęło się w czwartek imprezą w Gliwicach. Znaczy pewnie tylko 2 osoby były na tej imprezie i potem na chatce – nieważne 😉 Rano jedna musiała iść na zajęcia a ja ładnie się dopakowałem i autobusem 33 dostałem się do tych Tychów. Tam z Karolem czekamy chwilę na dworcu: obserwujemy przemykający z dala od peronów pociąg osobowy, oraz przejeżdżający obok peronów pociąg InterCity (zapowiedziany jako osobówka).

W naszej osobówce czeka Paweł i takim stanem osobowym dojeżdżamy do Żywca. Tam miał się pojawić jeszcze przedstawiciel krakowskiej braci studenckiej. Ale się nie pojawił – obiecał, że dojedzie wieczorem (nie napiszę co go męczyło). 😉 No we 3 kierujemy się na zamek w Żywcu, po drodze mijając Sołę, pomnik grunwaldzki (w Żywcu??), kościół z krzyżem pokutnym obok, katedrę.

Kościół w Żywcu

Na Zamku (zostawiamy plecaki i udajemy się zwiedzać wnętrza. A we wnętrzach stroje kobiet Habsburgów, rzeźby jakiegoś warszawiaka także rękodzieło okolicznych górali. A na dole 2 izby z narzędziami tortur. Jedna historia mi tam zapadła w pamięć – sposób na tortury na statkach. Wywlekanie jelit – nacinało się torturowanego na brzuchy, przybijało kawałek jelita do masztu i… kazano biegać dookoła masztu. Przepraszam za takie drastyczne szczegóły ekspozycji… Bilet wstępu do Muzeum na zamku w Żywcu kosztował nas chyba 6 zł. Złożyliśmy się też na jednego fotografa – zdjęcia z muzeum przedstawił Paweł u siebie.

Po zamku zmierzaliśmy do sklepu (ostatnie zakupy), potem na szybki obiad. Zastawialiśmy się po zamówieniu czy zdążymy zjeść przed autobusem. Były plany brania placków czy schabowego na wynos do autobusu. Na szczęście zdążyliśmy. Na przystanku tłum, autobusy poopóźniane, a nasz na dodatek przyjechał mały. Upchaliśmy mieszkańców naszymi plecakami, od kierowcy dostaliśmy zniżkę (bagaże gratis) za warunki ;). W autobusie poznaliśmy subkulturę pijanych górali, przytulaliśmy się do góralek jak ktoś wysiadał i szukaliśmy chociaż litr czystego, świeżego powietrza.

W Sopotni poczekaliśmy na znajomych „burżujów” przyjeżdżających samochodem 😉 Zanim spakowali wszystkie rzeczy wrzucone do bagażnika minęła dłuższa chwila (nie liczę ile razy im się to wszystko rozsypało 😉 Urok ładowania wszystkie do bagażnika.

W drodze na Halę Miziową

Na chatkę w Sopotni zostało 10 minut pod górę. Jak wygląda chata także przedstawił Paweł. Na niej czekał na nas właściciel – oprowadził nas właściciel, pokazał gdzie teraz się śpi (góra chatki w remoncie) i sobie poszedł. Za parę godzin miała się pojawić jego córka. My w tym czasie zdążyliśmy się rozgościć, zrobić obiadokolację. Rozpaliliśmy piec w kuchni przy użyciu żaru z kominka (zadymiając przy okazji całą chatę). Zapałek nie było nigdzie, więc trzeba było sobie jakoś radzić. Dojechał też przyszywany krakus z Koszęcina. Czyli stan osobowy wynosił 8 osób. Pojawiła się też córka właściciela ze znajomymi (o ile dobrze pamiętam – nurkami z jakiegoś koła?). Siedzieliśmy do późna 😉

Skałki za Buczynką

Rano… Cóż znaczy w górach rano… Tak gdzieś po pierwszej ruszyliśmy na Pilsko. Najpierw bez szlaku, potem szlakiem zielonym na Halę Miziową. Po drodze połaziliśmy po skałkach – znaleźliśmy tam nawet linę wspinaczkową. W schronisku na Miziowej zjedliśmy co mieliśmy zjeść, wypiliśmy co mieliśmy wypić i ruszyliśmy na szczyt Pilska. Po drodze pogoda była znośna – dopiero od schroniska zaczęło siąpić deszczem i średnio przyjemnie się szło. Ale np. Babią było widać czy to z hali czy ze szczytu. Na Pilsku „zmusiłem” grupę do biegania/podskakiwania itp. W celach fotograficznych 😉 Trochę cieplej im się chyba zrobiło. Ale i tak marudzili – a mówią, że ja marudzę… Ehh… 😉

Podskakują i się rozmnażają

Przy schodzeniu ze szczytu postanowiliśmy się rozdzielić – I część miała schodzić bezpośrednio do chaty a reszta zaatakować jeszcze Rysiankę. Pierwsza grupa (3-osobowa) dotarła do chatki wraz ze zmrokiem gubiąc się najpierw kilkadziesiąt metrów od celu. Reszta Rysianki nie zaatakowała – zaczynało się ściemniać – szliśmy wolniej niż planowaliśmy i mieliśmy tylko 2 latarki (na 5 osób). Zeszliśmy z okolicy Palenicy do Sopotni. Zaraz po zejściu ze szlaku napotkaliśmy na bacówkę, albo nawet bacówę. W środku stały ogórki w słoikach, resztki jedzenia, 2-3 materace, stół i stołki. Jak coś to mamy awaryjny nocleg 😉 Po drodze (w ciemnej deszczowej mgle) w jednym miejscu skorzystaliśmy z kompasu. Musieliśmy się 3 minuty cofnąć i skręcić w drugą stronę. Po za tym bez problemów zeszliśmy.

Potem drogą – świeciliśmy kierowcom latarkami co by nas widzieli, że idziemy. Doszliśmy tak do jakiegoś budynku wyglądającego na nową stadninę z wybiegiem. Kawałek dalej świeciło się całe wzgórze – czyjaś rezydencja z ogromnym oświetlonym ogrodem. Podeszliśmy kawałek pod bramę, ustawiłem aparat na statywie i starałem się cyknąć dobrą fotkę 😉 Nie wyszło mi, a nas na szczęście psami nie poszczuli – chociaż bym się nie zdziwił. Ochroniarze pewnie dziwili się nam – musieli nas na jakichś ekranach widzieć – wszędzie wielki brat. Ale nieważne….

Tak spaliśmy

Doszliśmy w końcu na chatkę a tam… Zapachy… Mmmmm…. Przepyszne… To 2 kolejne osoby dojechały – i zaczęły robić nam obiad. Jak już się pojawiliśmy to zaczęliśmy pomagać/podjadać. A co było? 2 różne sosy – jeden domowej roboty, piersi z kurczaka, do tego jakieś warzywa. A jak jeszcze zaczęły krążyć 3 kubki z grzańcem galicyjskim to zapachy w kuchni spowodowały, że niczego nam więcej nie trzeba było… 🙂 Zjedliśmy ze smakiem obiad. Potem siedzieliśmy, graliśmy w Totem w 15 osób na dwóch wielkich stołach (przy okazji wpisu z Tatr opisałem tę grę). Do tego jeszcze inne były gry, ktoś przyniósł taki napój, ktoś taki i tak nam zleciało do 4 😉 I whisky jest niedobra… Bo też ktoś takie coś miał…

Rano… Już pisałem co znaczy „rano” kilka akapitów wyżej… Czyli rano część osób ruszyła samochodem do domu, jeden o wiele wcześniej zaatakował tę Rysiankę a pozostała piątka poszła na autobus do Korbielowa. Wspinając się na grzbiet usłyszeliśmy zbliżającego się jeepa. Nieśmiało wyciągnąłem rękę i… zostaliśmy podwiezieni na grzbiet. Nie za daleko ale zawsze coś. Chociaż, że nie miałem przyjemności jazdy na jabłkach i żołędziach jak reszta 🙁

Po zejściu do Korbielowa przyczepiła się do nas jakaś góralka, która stwierdziła, że mi źle z oczu patrzy. I opowiadała nam różne miłe, niemiłe historię. Ale była upierdliwa – nie można się było energicznie ruszyć bo od razu ci źle z oczu patrzyło… Śmiałeś – w złym momencie się śmiałeś 😉

Co potem? Busik do Żywca tam pizza, kościół i pociąg. W pociągu Totem w przedziale – jest nawet film. Och straszny film. W każdym razie tę partię wygrałem.

Grupowe fotografie

Zdjęcia robiło 8 osób – na 10 będących na wyjeździe 😉 Z tego powodu nie miałem motywacji do robienia ich i mam niewielką ilość. Reszta u Pawła i Darii. Czy coś jeszcze? A chyba nic… Najwyżej focha ktoś strzeli… Kolejnym miejscem górskim będzie Istebna w sylwestra – do zobaczenia 🙂