Locus – mapa na rower w telefonie (+ciekawe dodatki)

Jeżdżąc na rowerze czy też wędrując pieszo warto mieć telefon z dobrą mapą. A np. po to by sprawdzić  jaka jest odległość do domu i którędy najlepiej wracać (bo po co tą samą drogą, co nie?). Do tego celu bardzo dobrze nadaje się aplikacja Locus z mapami offline i Heatmapą Strava oraz aplikacja  Brouter do nawigowania offline.

Locus

Locus jest rozbudowaną aplikacją do prezentowania map (dostępny dla Androida oraz iOS). Bardzo przydatna aplikacja posiada dwie wersje: darmową oraz płatną. Mi się udało zakupić płatną w jakiejś promocji (teraz wersja PRO to 7,5 Euro). Trochę różnic jest, ale wersja free też daje radę (przez dłuższy czas z niej korzystałem).

  

Można korzystać z map online czy offline. Można kupić też mapy ‚papierowe’ np. polskiego wydawnictwa Compass. Mapy online mają różny wygląd: cześć korzysta z danych OpenStreetMap.org, ale z różnymi stylami wyglądu. Są też mapy satelitarne/lotnicze (np. można korzystać z polskiego Geoportalu). Można pobrać również mapę offline np. z serwisu Openandromaps – co około miesiąc pojawia się tam nowa wersja mapa wszystkich europejskich krajów. Wystarczy pobrać i jesteśmy uniezależnieni od internetu w trasie.

Czytaj dalej Locus – mapa na rower w telefonie (+ciekawe dodatki)

Góry w marcu jeszcze śnieżne są – Rycerzowa

Góry w marcu jeszcze śnieżne są. W kwietniu pewnie też. W któryś z weekendów marcowych wybrałem się w Beskid Żywiecki. Po pracy w pociąg do Rajczy – w Rajczy spotkanie z lokalnym pijaczkiem:

„Chcecie iść na Danielkę teraz, nocą? Umrzecie! Ja wam to mmmmówię… A ja byłem we wszystkich górach… Jedynie w Himalajajajach nie… A tak to wszędzie byłem. I wiem, ze beze mnie byście zginęli.”

Dobrze, ze autobus przyjechał po 10 minutach 😀 Z Ujsoł mamy kawałek na chatkę w Danielce – ze znajomym byliśmy w piątkowy wieczór jedynymi mieszkańcami (nie liczę chatkowego). Chata zimna strasznie (dopiero rozpalaliśmy kominek i piec). Nie żałowałem, że wziąłem ciepły/duży śpiwór.

Rankiem wchodzimy w słońcu na grzebiet Urówek i czerwonym szlakiem na Mladą Horę. Po drodze widoki piękne 🙂 Jednak im bliżej celu tym bardziej się chmurzyło. Goniła nas znajoma idąca z Rycerki i i na Mladej Horze nas wreszcie dogoniła (dwóch fotografujących nigdy nie będzie szybszych od jednej mniej pstrykającej 😉 ).


Z Małej Rycerzowej widać Babią i Pilsko. Niestety Tatr nie. Schodzimy do schroniska i przy obiedzie pojawia się widok na Tatry Zachodnie 🙂

Planowo mamy zarezerwowany nocleg na Przegibku, ale po zobaczeniu plakatu o slajdowisku o Gruzińskich górach zmieniamy plany i zostajemy na Rycerzowej. 🙂 Bez plecaków robimy jeszcze spacer na Wielką Rycerzową, by się przed zachodem nacieszyć widokami na oświetlone Tatry 🙂 Trzy osoby, trzy aparaty 😀

Slajdowisko pozostawiło mi trochę niedosytu – brakowało mi zdjęć z Gruzji krajoznawczej – były głównie zdjęcie i relacja z wyprawy dolinami po jednym z mniej zamieszkałym paśmie górskim – nazwy nie pamiętam. Ale szałowe były zdjęcia mostków na rzekach 😀

Genialni byli ludzie, którzy przyjechali w Beskid na weekend z… Mińska Mazowieckiego. Szacun. 🙂

Następnego dnia pogoda była marna – śnieg padający. Brak widoku na dalej niż 100m. Dojście do Przegibka było troszkę urozmaicone lekkim błądzeniem 😉 Ale lekkim. Potem ominęliśmy Bendoszkę z lenistwa (chyba nawet mojego) i do samochodu. W dolinie Rycerki zauważyli do którego było widać kilkadziesiąt różnych tras zwierząt na śniegu – paśnik celem wędrówek całego lasu 🙂 No i to tyle.

Więcej zdjęć na Picasie.

Lisia Babia Góra we wrześniu

Gdzie jest pięknie? W górach. Szczególnie jak się trafi na dobrą pogodę i towarzystwo. We pewien wrześniowy weekend wybraliśmy się na Babią Górę – najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego (i najwyższy szczyt w Polsce jeżeli pominiemy Tatry).

Dojazd z przygodami – 1. samochód postanowi przetestować skrót, którym mieliśmy jechać wieczorem na chatkę w Lachowicach.

Zdziwienie wywołał w nas objazd. Po zasięgnięciu języka u jednego tubylca („Tam skrót do Zawoi… O tam… Kaj ten samochód pojechoł. Pojedziecie tam kawałek wonsko. a potym bez wode i bedziecie na tyj drodze.”). To „bez wode” okazało się przejazdem przez rzekę/potok wpław. 😀 Samochód przeżył – bo płytko i płytami wyłożony potok. Ale za chwilę utknął w korku na tej polnej drodze… w korku. 😀

W Zawoi oczekujemy przyjazdu drugiego pojazdu pod kościołem. Przejechali… i musieli się cofać prawie z Krowiarek 😀 No W każdym razie znaleźliśmy się i ruszyliśmy z okolic Dyrekcji BgPN. Najlpierw leniwie zielonym szlakiem na Markowe Szczawiny. Jest tam niedawno zbudowane od nowa schronisko. Wyglądało pozytywnie tylko klozet za 1-2zł :/ No i otoczenie trochę mało zagospodarowane zielenią (ubita ziemia).

Następnie Percią Akademicką – szlak jest miły i przyjemny. W jednym cz dwóch miejscach są łańcuchy (nie do końca potrzebne) no i klamry („poczekajcie na dole aż wejdę i wam zdjęcia z góry będę robił”). Częściowo schodki, powalone głazy. Nie jest to jakiś straszny szlak.

Troszkę denerwuje czekanie na idących w przeciwnym kierunku (przyjęło się, że szlak jest jednokierunkowy, ale nie ma chyba takiego oznaczenia… więc nie ma co narzekać).

Co było na Diablaku (czyli szczycie głównym Babiej Góry)? Ha 🙂 Kamienie, widoki, ludzie i … lis. Lis skrytożerca. Podchodził do ludzi i poszukiwał kanapek z pasztetem (te są jego ulubione). Adze próbował zakosić – nie dała! Zuch dziewczyna!

Jednak część (nieodpowiedzialnych) osób rzucała mu jakieś rzeczy do jedzenia. On jak gdyby nic przechadzał się pomiędzy fotografami szukającymi w miarę dobrego kadru.

Widoku ze szczytu bardzo oszałamiającego ze szczytu nie było, ale nie ma co narzekać. Można się i tak cieszyć! Lekki zarys Tatr, Wielkiego Chocza czy Małej Fatry. I nie wiało! Cud 🙂

Schodzimy – plan był aby przejść przez Małą Babią, ale stwierdziliśmy, że czasowo nie damy rady (aby nie złazić po zmroku). Weszliśmy tylko na Małą (czyli Cyl) i czerwonym na Markowe Szczawiny. Po drodze – jak zwykle w takich wyższych górkach spotykało się, któryś już raz wyprzedzanych turystów. Z Markowych zeszliśmy troszkę inaczej – tj.czarnym szlakiem i potem niebieskim do parkingu. Też ładnie.

Oczywiście musieli się przyzwyczaić do obstrzału fotograficznego – po pewnym czasie już nie przeszkadzali sobie – byli naturalni. Gorsze, że zaczęli mi liczyć czas od zrobienia ostatniego zdjęcia („ej… już 15 minut aparatu nie wyciągnąłeś co się z tobą stało” – a to niedobre ludziki 😉 )

Powrót miał polegać na tym, że jedziemy skrótem do Lachowic i tam nocujemy w Chatce na Adamach. Problem pojawił się zaraz po zjeździe z główniejszej drogi. Przejechaliśmy obok patrolu policji (już ciemno, a w Zawoi trwał festyn – policjanci oczekiwali ‚trunkowych’ kierowców). Za tym patrolem zauważyliśmy, że nie mamy ogona (tj. drugi pojazd gdzieś sie zagubił). No to na pobocze. Czekamy. („Może kontrolę drogową trafili”).

Po paru minutach próbujemy dzwonić – nie ma zasięgu. Okazało się, że jest awaria. Samochód ma zerwany pasek odpowiedzialny za wspomaganie kierownicy i jeszcze chyba oświetlenie (nie znam się – w każdym razie jakiś error). Jechać jechał, ale po 3 km za zjechali w poszukiwaniu warsztatu. Samochód zostawiony i na dwa razy (bo 6 osób nas było) docieramy drugim pojazdem do Lachowic. Na chatce pulpa, jakieś wino, piwo, gry i sen 🙂

Rano kierowca pobiegł naprawiać pojazd, a reszta po długim lenistwie (i pomocy przy sprzątaniu chatki) rusza na Jałowiec. Tam odprawiamy różne dziwne pozy do zdjęć z widokiem na Pilsko… Potem w chatce rozmawiamy z dziewczyną, która sama idzie (aby tylko nie pomylił) od Rabki albo Jordanowa. I też była chwile wcześniej na Jałowcu:

– No myśmy też byli. Trochę się zachowaliśmy może głośno.
– A tak… Chyba was widziałam – skakaliście, biegaliście, rzucaliście się na siebie itp.
– No tak, to my…

Więcej zdjęć w albumie na PicasaWeb. Zachęcam 🙂 Szczególnie, że teraz już prawie zima idzie…

Dwa zimowe weekendy beskidzkie…

W czasie 2 marcowych weekendów powędrowałem sobie ze znajomymi po Beskidach.

Pierwszy weekend: Wyjazd w Beskid Mały. Planowo jednodniowy. Dojeżdżam autobusem do Gliwic. Tam znajomy mający mnie zabrać samochodem mówi, wtedy słowa (wtedy trudne do zrozumienia dla mnie).

Ale się tobie udało spakować do takiego małego plecaka… Ja mam chyba dwa razy większy.

Potem oczekując na znajomą w Rybniku zadaje drugie także trudne do zrozumienia przeze mnie pytanie:

A czy ty masz śpiwór?

Moja odpowiedź:

No… w domu mam….

I tym sposobem dowiedziałem się, że wyjazd miał być dwudniowy. Dojeżdża znajoma, która była tak samo poinformowana jak ja… Chwila zastanowienia:

Pojedziemy do Ciebie, pożyczę Tobie śpiwór, ręcznik itp…


No i w ten oto sposób z wyjazdu jednodniowego zrobił się wyjazd dwudniowy. Dojeżdżamy do Rzyk w okolicy Andrychowa i stamtąd na Groń Jana Pawła II, Leskowiec i przez Łamaną Skałę na chatkę na Potrójnej. Widoki piękne się trafiły no i śniegu troszkę było.

Na chacie Chatar i pies Chatara. Z czego Chatar jest osobą, że się tak wyrażę „anarchistyczną”.

Jakby mi ktoś kazał podpisać umowę na opiekowanie się chatkę to bym stąd od razu znikał.

Troszkę dyskusji było WATach w czajniku, telewizorze z olimpiadą (Monika ambitnie słuchała radia – zdobywanie medalu przez Kowalczyk na olimpiadzie… – telewizora jej nie udostępnił – bo to jego 😀 ) Ogólnie sympatyczny człowiek 🙂 Ale wygadany i nie dający się przegadać. Rano na szczyt Potrójnej. Znowu widoki i powolutku do samochodów.

Dwa tygodnie później odbył się wyjazd w okolice Wielkiej Raczy. Tym razem mieliśmy szukać bacówki na Bryzgałkach. Czyli z Rycerki kolonii idziemy na Raczę. Stamtąd granicą w stronę Przegibka. Brniemy czasami po pas w śniegu a czasami nie. Troszkę to już upierdliwe bo już wiosna tuż tuż i śnieg mokry i ciężki.

Bryzgałki mają byc troszkę na południe od szlaku po stronie słowackiej. To w opdowiednim momencie skręcamy. Ale, że zbliża się wieczór to nie za wiele widzimy. I tym samym po zrobieniu kilku kółek w lesie decydujemy się na Przegibek.

Tam w schronisku ładnie otrzymujemy nocleg na glebie (no bo 20zł różnicy piechota nie chodzi) a wcześniej oglądamy slajdy z Chile. Też ciekawie… Rano jeszcze na Bendoszkę Wielką, potem ponownie po pas w śniegu w stronę pojazdów.

I to tyle 🙂 Zdjęcia w dwóch galeriach na Picasie: Beskid Mały oraz okolice Wielkiej Raczy.

Kabhi Gorce, khabhie deszcz

Czasami fajnie jest wrócić w miejsca w których się już było. Najlepiej jeszcze w innych okolicznościach przyrody. Czyli czasem śnieg, czasem deszcz. Te parę zdjęć to porównanie 2 wyjazdów w Gorce.


Pierwszy raz w tą zimę: z Lubomierza na chatkę Hawiarska Koliba. W śniegu po pas. Czas mapowy 3-4 h. Czas nasz: około 9 h. Szukanie szlaku pod śniegiem. Przedzieranie się przez polany zasypane śniegiem. Duża ilość kryzysów. A potem niewychodzenie z chatki przez kolejne kilkadziesiąt godzin… i gotowanie, gotowanie, pieczenie, smażenie… 😉

W zeszły weekend w podobnej grupie przeszliśmy się z Lubomierza-Rzek na Turbacz. I z powrotem. Pogoda nie sprzyjała zbytnio – połowę drogi lało. Część szlaku pamiętaliśmy z zimowego przejścia – czasami mieliśmy braki (hmm… ze zmęczenia?). Znajdowaliśmy teraz znaki których nie było widać zimą (na kamieniach).



Co jeszcze? A to, że można jechać na stopa z GOPR-em, można ponownie wsłuchiwać się głos na dworcu autobusowym w Krakowie („…odjedzie z dolnej płyty dworcaaaa”). Można w pociągu śpiewać Myslovitz po śląsku (…ulicom pójda w dół, zicna na ławce…) smarować kromki dżemem lub pasztetem, jeść batony na spółę w ilościach niezdrowych. I ogólnie robić siarę 😉 A co… Nie często się jedzie pospiesznym 😀

Więcej zdjęć z Gorców pragniesz ujrzeć? Jesienią oraz zimą.

Ukraina, Krym 2009 – część druga – czyli jak to na wybrzeżu było + powrót

Na Krym wybrałem się z 3 znajomymi w sierpniu 2009 roku. Zrobiliśmy pętelkę: Symferopol, Bakczysaraj (ze skalnymi miastami), Sewastopol, Bałakława, Ałupka, Aj-Petri, Jaskółcze Gniazdo, Liwadia, przełęcz Angarska, Symferopol. W drodze powrotnej liźnięty został też Kijów.

To jest druga część relacji krymskiej. Przeczytaj wcześniej pierwszą część.

Sewastopol – jedna baba, drugiej babie wsadziła do domu turystów

Wsiadamy do pociągu i jedziemy. Po kilkudziesięciu minutach na drodze obok torów widzimy czterech rowerzystów. Zdziwiony? 😀 Pociąg wiezie nas do Sewastopola. Miasta/bazy floty czarnomorskiej. Przed wjazdem na dworzec objeżdżamy zatokę nad którą to miasto leży. Na dworcu już nas witają babiczki z noclegiem. Po 40-50 hrywien. Wybieramy taki za 40 i jedziemy gdzieś na osiedle 20 minut marszrutką z numerem (wow… marszrutki mają numery:D). Rozkładów dalej nie mają 😉

Nocleg mamy na wielkim blokowisku. Przechodzimy z przystanku przez plac z dmuchaną zjeżdżalnią, placem zabaw, stoiskiem z melonami, do 10-piętrowego bloku (nie jedynego w okolicy). Drzwi na jakiś śmieszny klucz, winda, która w Polsce by została wyłączona z użycia 5 lat temu. Wchodzimy do mieszkania. Jedna babiczka przekazuje nas drugiej babiczce (praca grupowa). Dostajemy 2 pokoje (weszły by tam jeszcze z 2 osoby) z dywanami na ścianach (arrasy? 😉 ). Brak ciepłej wody (trzeba grzać), w przedpokoju nowoczesna lodówka (my dostajemy taką „made by wczesne CCCP”). Po mieszkaniu biega przepiękny kociak. Świetne futerko. Nieźle bawił się moją politechniczną smyczą do komórki.

W klozecie deska połamana na 6 kawałków. Źle? Gdzie tam… Jest ładnie posklejana przezroczystą taśmą klejącą. Dostajemy klucze, informację, że morze blisko. Supermarket też. W supermarkecie śmietanka „Łaciate” (przynajmniej taka sama szata graficzna), oraz polewy do lodów z Tymbarka (z nieprzetłumaczoną nalepką). Produkty ukraińskie tanie. Produkty dużych koncernów (np. Danone) porównywalne jak w Polsce (jak nie drożej). No i do tego kiełbasa warszawska. Obrzydliwa. Chyba jak każda tam. 😉

Rano ruszamy na podbój Sewastopola. Tym razem trolejbusem. 0,75 hrywny za przejazd (o ile dobrze pamiętam). Marszrutki są szybsze, ale dwa razy droższe. W trolejbusie bilety można kupić u kierowcy, lub osoby sprzedającej bilety. Wygląda to czasami tak: kupujesz u kierowcy, druga osoba ci go kasuje, a jeszcze co jakiś czas wsiada do tego trolejbusu kontrola, która te bilety sprawdza. W bardziej zatłoczonych trolejbusach są dwie osoby do sprzedawania/kasowania. Prosty sposób na bezrobocie 😀 Po drodze zauważam sklep z reklamą firmy „Barlinek” – czyli podłogi.

Flota, Lenin, ślub i flagi rosyjskie

Wysiadamy w centrum, wymieniamy walutę (da się tylko USD, EURO oraz rosyjskie ruble). PLN jest trudno spotkać na Krymie. Kupuję też mini atlasik po Sewastopolu. Ruszamy na podbój miasta. Najpierw park z panoramą „Obrona Sewastopola”. W parku są też 2 fontanny, parę pomników, resztki fortu, pomniki (m. in. jednego z kapitanów statku broniącego miasta), widok oraz dużo kotwic z zatopionych statków. A także kramiki z pamiątkami, kucyki, sprzedawcy wycieczek zorganizowanych oraz turyści.

Przy parku hotel o nazwie Ukraina. Kontrastuje to troszkę z tym, że Krym jest bardziej rosyjski niż Ukraiński. A po rozpadzie ZSRR flota czarnomorska z jakiegoś dziwnego powodu został podzielona na dwie równe części: 87 i 13%. Do tego w tych 13 procentach było najwięcej złomu. Zgadnijcie kto dostał lepsze „łódki”. Co jakiś czas słychać przepychanki dotyczące stacjonowania rosyjskiej floty w Sewastopolu.

Po drodze jest Sobór Opieki Przeświętej Bogurodzicy – przepięknie odnowiony. W środku trafiamy na ślub. Ja wyglądał? Babiczka od miejsca na środku cerkwi rozwinęła czerwony dywan. Na jego końcu stanęła para młoda. Gości nie było za dużo (chyba tylko rodzina). Przychodzi pop (prawosławny ksiądz) wyglądający jak wokalista jakiegoś fińskiego zespołu death metalowego. Idzie po dywanie do pary młodej i zaczyna czytać modlitwy. Miałem wrażenie, że były one powtarzane kilkanaście razy. Do tego kilkadziesiąt znaków krzyża. Ciekawostką było nałożenie obrączek. Para młoda nałożyła je sobie tylko na koniuszek palca. Następnie pop kilkukrotnie zamienił je miejscami. Wszystko odbywało się na końcu cerkwi.

Następnie przeszli na środek (gdzie pop stał teraz tyłem do pary młodej) i modlił się dalej. W tym czasie babiczka marudziła na turystów chodzących po dywanie (no i zaczęła go zwijać. Nieźle wygląda ślub gdy zaraz za sobą masz zwinięty dywan i kobietę czekającą aż z niego całkiem zejdziesz.

W cerkwiach podoba mi się zwyczaj zakrywania włosów kobiet (czyli chustki przy wejściu) oraz zapalanie świeczek. Wrzucanie monety i oświecanie żaróweczki już nie ma tego „czegoś”. Co ogień to ogień. Dodam jeszcze, że większe wrażenie robią na mnie wnętrza cerkwi drewnianych np. z Beskidu Niskiego czy Sądeckiego.

Następny przystanek: meczet. Ściągamy sandały i samodzielnie (meczet pusty) wchodzimy do wewnątrz. W środku jak… w łazience. Niebieskie kafelki. Do tego lewe skrzydło zasłonięte łazienkowymi zasłonkami: miejsce prawdopodobnie dla kobiet.

Dalej uliczkami dochodzimy pod kolejny Sobór. Przed nim pomnik dwóch gości. „To chyba Piotr i Paweł. Ale czemu oni tacy chudzi…”. Po wczytaniu się w podpis Piotr i Paweł przeistoczyli się w Cyryla i Metodego. Sobór wg przewodnika miał służyć jeszcze niedawno jako dom kultury. Podchodzimy pod drzwi, a z nich wychodzi kobieta i nas zaprasza do środka. To idziemy. Przechodzimy przez jakieś zwykłe pomieszczenia (w permanentnym remoncie) i wchodzimy po schodkach do cerkwi. Miejsce wygląda na bardzo nowe. Wychodzimy innym wyjściem (schodami zewnętrznymi) i ruszamy do kolejnej cerkwi. Obok niej znajduje się budynek „Wieża wiatru”. Okazało się, że to był kiedyś wylot wentylacji dla wielkiej biblioteki.

Na placyku obok stoi ON. Góruje nad miastem, wskazuje kierunek (chyba Moskwę lub słońce). Towarzysz Lenin. Oczywiście stajemy w pozie „wskazującej Moskwę”. Niżej jest budynek Rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, a jeszcze niżej muzeum tejże. W środku modele statków, dokumenty, mapy itp… Przed budynkiem wystawa różnej amunicji. Że się tak wyrażę: takiej dużej amunicji 😉

Przechodzimy do portu pasażerskiego, z którego widać troszkę statków wojennych. Młodsze i starsze osoby zachęcają do przejażdżki kuterkiem obok tych statków. Przechodzimy nabrzeżem Sewastopola. Z murku oglądamy pokazy w delfinarium (wśród Polek 😉 ). W restauracji kolejna para Polaków.

Po przejściu przez miasto wracamy do naszego blokowiska i idziemy nad morze. Pokąpać się. Wracamy deptakiem morskim. Około godziny 21 pojawiają się tam osoby zachęcające do wzięcia udziału w Karaoke. Wiek zachęcaczy to min. 40-50 lat. Do tego telewizor, wzmacniacz, głośnik, mikrofon i jakieś DVD. Czasami ten sprzęt jest mobilny, tzn. na kółkach. Nocleg ponownie w domku z kotem, połamaną deską i dywanami na ścianach.

Bałakława – czy to Chorwacja?

Następnego dnia żegnamy się z gospodynią i ruszamy w kierunku dworca w Sewastopolu. Celem jest Balaklawa. Miejscowość, której jeszcze parę lat temu nie było na mapach (baza okrętów podwodnych ZSRR). Plecaki zostawiamy w przechowalni bagażu. Potem marszrutką na 5KM (czyli miejsce przesiadkowe 5 km od centrum), a potem busikiem do Balaklawy. Po drodze mijamy winnice. Jak to Kasia powiedziała: „hodują winorośle”. 😉

Wysiadamy, spacerujemy nabrzeżem. Miasto jest położone w zatoce połączonej z Morzem Czarnym wąską, skalistą cieśniną. Super miejsce na trzymanie okrętów podwodnych. Nad miastem wznosi się góra z resztkami twierdzy Czembalo. Widok ze skał przypomina wybrzeże chorwackie (na którym jeszcze nie byłem). Z cieśniny co chwila wypływa jakiś statek. W porcie do niektórych kutrów ludzie wnoszą zgrzewki piwa, karimaty, śpiwory. Za niewielką opłatą płyniesz kutrem na jakąś dostępną tylko z morza plażę i tam imprezujesz. Fajnie? 😉

Kierunek Ałupka – parkowy nocleg

Wracając do autobusu widzę, przechodzącego kolesia w koszulce „Kult / Ochrona”. Szybki przejazd busikiem na dworzec w Sewastopolu, odbiór bagażu i przejście na dworzec autobusowy. Kolejka do kasy (na Ukrainie ludzie tłumnie komunikacją jeżdżą – pociągami, autobusami, marszrutkami). Wsiadamy do klimatyzowanego autobusu do Jałty i jedziemy drogą z widokami (mosty, tunele, przepaście) jak na wybrzeżu Morza Liguryjskiego we Francji i Włoszech. Droga z Sewastopola do Jałty nawet dobra. Kierowca autobusu wjeżdżając do jakiegoś turystycznego miasta „przepychał się” pomiędzy samochodami ustawionymi na głównym placu. Trąbił, krzyczał, piętnaście razy robił tył-przód. Ale nikogo nie szturchnął. Miejsca na taki duży autobus za bardzo tam nie było.

My wysiadamy w Ałupce. Jedni lecą na zakupy, a ja spacerując po mało przyjemnych placyku spotykam… parę z Zamościa. Rozmawiamy gdzie byli i jakie wrażenia (Chersonez Taurydzki przereklamowany dla jednej połówki pary, Balaklawa piękna). Pytam czy znają jakieś miejsce na nocleg pod namiotem. Zastanawiają się i… „jedyne miejsce to park przy Pałacu Woroncowa. Jest tam troszkę miejsca, można się skryć.”. Nie mając innego wyjścia poszukujemy w ciemnościach jakiegoś dobrego miejsca. Najlepsze miejsce już jest zajęte przez inny namiot 😀 Rozbijamy się bliziutko jakiejś świątyni z kolumienkami.

Godzina 6:30. Jakiś mężczyzna każe nam się zebrać i iść z parku. Godzina 7 – przychodzi ponownie i tym razem jesteś świadomy tego, że był 😉 Zbijamy namiot (nie zauważył tego namiotu w lepszym miejscu) i ruszamy na plażę. Na razie pusta. Trochę się kąpiemy, trochę śpimy. Przy wejściu na plażę ŚMIERDZI śmieciami. Śmieciarka pojawiła się około godziny 10-11 aby to pozbierać… Ehh…

Tu mieszkał Churchill oraz… Apolinary Baj

Ruszamy na zwiedzanie Pałacu Woroncowa. Zniżka na Euro i ITIC-a była respektowana. Za to nie działało miejsce na zostawienie bagaży. Więc znowu przy wejściu leżą. Zamiast żywopłotu… roślinki z liśćmi laurowymi. Pałac w czasie porozumień jałtańskich był siedzibą delegacji brytyjskiej (Churchila). W tym pałacu mieszkał też przez pewien czas Apolinary Baj, król Bajdocji 😉

Pałac jest bajkowy (ogród wewnątrz) i znajduje się u stóp góry Aj-Petri (św. Piotr). Wokoło pałacu rozciąga się ładnie urządzony park. Nic tylko rozbijać namiot… Przez ten Park można przejść i po kilkudziesięciu minutach dojdzie się do dolnej stacji kolejki linowej na Aj-Petri (1234 m n.p.m.). Na drodze pomiędzy parkingiem do Pałacu, stacją kolejki a główną drogą trafiliśmy na masakryczny korek. Dlaczego się stworzył? Samochody parkują po dwóch stronach drogi, do tego chcą w każdą ze stron przejeżdżać autobusy, busiki i inne samochody. A jak już ktoś się nie mieści to nie ma się jak wycofać. I tak stoi krzycząc i trąbiąc.

Aj-Petri – gdzie ten horyzont?

Do kolejki linowej kolejka. Długa. Stoimy. Co jakiś czas pojawiają się ludzie chcący zawieść samochodem na szczyt góry. Teraz wydaje mi się, że jest to lepsze rozwiązanie. Cena kolejki i taksówki identyczna (50 hrywien). Stanie 2h w kolejce powrotnej nie było przyjemne. No dobra… Wjeżdżamy na szczyt wagonikiem jaki kiedyś na Kasprowy jeździł (albo podobnym), a zaraz po wyjściu napadają na ciebie chłopaki z drapieżnymi ptakami. Wsadzają ci je na ramiona, głowę… I chcą 20 hrywien za zdjęcie (+5 za zrobienie zdjęcia przez kolesia). Nachalni strasznie. Zdjęcia z kilkoma ptakami oczywiście droższe.

Wejście na szczyt płatne (10 hrywien). Na szczycie wstążki przywiązane do barierek (podobno na szczęście) oraz tłum ludzi. No i widok na wybrzeże, morze oraz brak horyzontu (no nie było go… niebo łączyło się z morzem niezauważalnie). W drugą stronę płaskowyż z obserwatorium kosmicznym (no no…). Wracamy przez kramiki do kolejki. Na jednym z nich jest możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Panterą. Młoda, przypięta do stolika krótką smyczą (głowa do stolika). Aż mi jej żal było. Ehhh… Potem 2h w słońcu w kolejce…

Pieniądze leżą na ulicy + Jaskółcze gniazdo

Przy dolnej stacji kolejki odbieramy bagaże zza knajpki hot-dogowej i łapiemy busa. Tym razem ludzie w busie i kierowca mieli z nas polew niezły. Nie dość, że nie umieliśmy się dogadać gdzie chcemy jechać to jeszcze pakowaliśmy się z wielkimi plecakami… No i robiliśmy za przekazywaczy kasy za przejazd od innych pasażerów. Tylko nie umieliśmy przekazywać gdzie oni chcą jechać…

W pewnym momencie… STOP. Busik się zatrzymuje. Cofa kawałek. Kierowca wysiada, podnosi coś z drogi. Wsiada i z uśmiechem na twarzy pokazuje 25 hrywien 😀 Jak on to dojrzał… Wysiadamy „przy” Jaskółczym Gnieździe no i schodkami ruszamy na wieczorne obejrzenie tego czegoś. Co to? Wieża zbudowana na skale wychodzącej w morze. Co oprócz tego? Nic. Wstęp płatny na tarasik, w środku jakaś straaaaasznie droga restauracja. Chociaż nie wiem czy kiedykolwiek bym zapłacił za stolik przy oknie, przez które co chwile zaglądają ci turyści… Robimy siarę w postaci siedzenia pod murkiem na ziemi i czytania przewodnika 😉

Robi się wieczór a miejsca nie ma. Idziemy z powrotem na przystanek i ruszamy w stronę miasta Gaspra. Po drodze 500m jeden hotel z ogrodzonym dojściem do plaży, drugi hotel podobnie. Dopiero jakieś schody w dół. Ciemno jak… Ja z Arkiem schodzimy na dół. Około 300 schodów. Śmierdzi śmieciami. Na dole nie skończony hotel i wejście na plażę. Hura. Wchodzimy na górę (po plecaki). I schodzimy.

Rozkładamy karimaty na plaży. Arek leci jeszcze do morza. A w tym czasie z mola przygląda się nam 3 kolesi. Po chwili znikają. Pojawiają się za nami (na bulwarze). Hmm… Wysłany został najstarszy na rozmowy. Podobno to ich plaża i chcą 50 hrywien za nocleg na niej. Po przedstawieniu faktu, że jesteśmy biedni studenci, przyszliśmy z Jaskółczego Gniazda – mamy nocleg gratis. Mamy nie naśmiecić… Nam to mówią? 😉

Liwadia – a tu nas przypisano do czerwonych państw

Rano do morza 🙂 Potem piechotą wzdłuż drogi (ogrodzonej metalową blachą) i kawałek serpentynami. Dochodzimy do Cerkwi na odludziu (nie licząc drogi przebiegając obok).

Trafiamy akurat na chrzest. Jak wygląda chrzest w cerkwi okiem laika? Wychodzi wokalista metal…. znaczy wychodzi pop z długą brodą, czyta kilkukrotnie to samo. Dziecko jest trzymane (tak mi się zdaje) nie przez rodziców, a rodziców chrzestnych (bo byli starsi już). Pop zanurza je w misie z wodą. Następnie płaczące dziecko „idzie” do białego ręcznika/płachty. Pop namaszcza je jakimś olejkiem na rękach, nogach, karku, głowie i innych miejscach. Potem nożyczkami obcina kawałki włosów (z różnych stron głowy).

Ruszamy pieszo w stronę Pałacu w Liwadii. Jest to Pałac, w którym odbywała się Konferencja jałtańskie (dzięki nim Polskę dołączono do „krajów lubiących kolor czerwony”). Mieszkał tu wtedy Roosevelt (miał problemy z chodzeniem, więc nie musiał się przemieszczać na rozmowy do innych pałaców). Ciekawostką jest to, że pierwszy raz widziałem pałace z tapetami na ścianach. Takimi papierowymi (w Ałupce też chyba były). Kolejną ciekawostką jest to, że teren pierwotnie był własnością polskiego magnata Leona Potockiego (zbudował sobie rezydencję przebudowaną przez cara na pałac).

Wewnątrz stoły rozmów, stoły z protokołami do podpisania, zdjęcia itp. Miejsce warte odwiedzenia (nawet są opisy pomieszczeń po angielsku). Na końcu pałacu kramik z pamiątkami. Wychodzimy przez drzwi do… kolejnego kramiku z pamiątkami, i do kolejnego i kolejnego (cały czas to pomieszczenia pałacu). Przed wejściem do Pałacu, w małej cerkiewce, trafiamy na kolejny chrzest. Tym razem 2 noworodków, jednego chłopaka oraz dwóch kobiet (było już po moczeniu więc miały nieźle rozczochrany fryz – i też ucinane końcówki włosów).

Jałta – czyli komercja jak byk…

Busik do Jałty. Wysiadamy na dworcu autobusowym, zostawiany bagaże w przechowalni i wracamy trolejbusem do centrum. Poszukiwania cerkwi Aleksandra Newskiego nie powiodły się (Bezdroża na swojej mapce umieściły go w złym miejscu). Gdy podchodzę do sprzedawczyni pamiątek i pokazuje zdjęcie cerkwi i po polsku pytam gdzie to, dostaję lekko speszoną odpowiedź: „there and right”. No chyba, że źle dosłyszałem 😉 Przy wejściu na teren cerkwi 5 osób na nasz widok się przeżegnało. Aż tak źle wyglądaliśmy? Aaa… Żebracy… (wcześniej jakoś nie zauważałem więcej takich osób). Potem chwila na wizytę w barze mlecznym (PRL 😀 ).

Trochę po bulwarach (pełno zachodnich sklepów – widzimy łaciński alfabet). Ciekawe były też stoiska na kółkach z przegrywanymi płytami (nawet bez nadruków – zwykłe verbatimki czy inne emteki). Na bulwarze tłumy. Na placu 100 metrów od pomnika Lenina stoi sobie McDonald’s. I na tym placyku spotykamy… Kogo? Oczywiście parę z Zamościa. Nocują (drogo) gdzieś w Ałuszcie. Jałta strasznie droga. Pijemy piwo z widokiem na rozkładającego sprzęt grający kolesia (lat 50) i babcie (wiek 60-90) tańczące do nawet, nawet skocznej muzyki. Szczególnie jedna z szerokim, sztucznym uśmiechem tańczyła taniec robota 😀

Trolejbusem do Massandry

Wsiadamy do trolejbusa, po bagaże, do kolejnego trolejbusa. Przez Jałtę prowadzi najdłuższa chyba na świecie linia trolejbusowa – do Symferopolu można nią dojechać – jakieś 60 km. Do tego liczne miejskie odnogi. Wysiadamy w Massandrze i poszukujemy noclegu w lesie, który kiedyś był przypałacowym parkiem.

Rano na zwiedzanie pałacu (plecaki przy stoisku z pamiątkami). Pałac w Massandrze (nie… tu nie nocował Stalin) jest kolejnym pałacem na Krymie, który turyści odwiedzają. Zwiedzanie tylko z przewodnikiem (trochę dobijające). Dostałem okrzycz za siedzenie na krzesełku od pani muzealnik 😀 (ale to nie było zabytkowe krzesełko…).

Góry Krymskie – też trolejbusem

Z powrotem na trolejbus. Tym razem jedziemy na przełęcz Angarską w

Mając jeszcze parę chwil do zachodu słońca ruszamy zgodnie ze wskazówkami Bezdroży do doliny Przywidzeń. Jakimś cudem wychodzimy jednak na górę o nazwie Dżemerdżi (prawdopodobnie był to południowy szczyt (1 239 m n.p.m.). Wracamy na nocleg.

Samotny powrót adasia

Rano adaś rusza w samotny powrót (tak to jest, jak się nie jest nauczycielem ani studentem i trzeba oszczędzać urlop). Odprowadzany na przystanek, żegnany rzewnymi łzami wsiadam w trolejbus. W taki oto sposób rozpoczyna 56-godzinną podróż powrotną. Kierowca nie ma wydać reszty, śmieje się z tego, że nie rozumiem wszystkiego co mówi a zwiedzam Krym. „Jak się tobie to udało…”. Płacę w końcu o 50 kopiejek mniej niż powinienem (tyle miałem drobniaków).

Wsiadam w Symferopolu w pociąg wcześniej robiąc drobne zakupy. Zabiera mi prowadnik bilet no i dostaje miejsce na dole (oczywiście plackartne). Potem gdy nie rozumiem, o co chodzi z pościelą to pasażer z naprzeciwka po polsku zgrabnie mi tłumaczy, że kiedyś się za nią płaciło osobno – teraz jest wliczona w bilet. Wysiada na pierwszej czy drugiej stacji. Na jednym z postojów zagaduje do mnie Ukrainka. Studentka muzyki z Chersonu. Jedzie z siostrą (studentką ekonomii). Rozmowa nieźle wygląda jak się średnio rozumiemy 😉 Więcej konwersacji nie prowadziłem. Jakiś cichy byłem. Sen.

Krótki kijowski spacer

Wysiadka o 4-5 rano w Kijowie. Bagaż do przechowalni. Przy wejściu do klozeta siedzi dwóch chłopaków. Chyba mówią po polsku. Trafione. Też byli na Krymie, a następny pociąg mają dopiero wieczorem. Ja o 10-11. Są ze Śląska (okolice Rybnika). Przychodzą jeszcze 2 dziewczyny. I jedna dziewczyna widząc moją koszulkę (AKT Watra) pyta się czy znam Piotrka z kursu. No i znam 😉 Czyli świat mały jest…

Oni idą szukać miejsca na ugotowanie śniadania a ja idę na zwiedzanie Kijowa. Nie mam mapy, przewodnika – tylko z pamięci kojarzę, że centrum jest tam… ooo… tam… No i że stacja metra jest blisko. Poszukiwania stacji metra są bezowocne. Ruszam pieszo. Miasto pełne ludzi przy dworcu, dalej jest puściej (w końcu to 5 rano). Przechodzę obok parku, budynków ministerstw, służby bezpieczeństwa… Ooo Cerkiew (chyba św. Włodzimierza). Akurat zamiatany plac przed nią. Jeden koleś wymiata liście na chodnik poza ogrodzenie (miotły wiklinowe).

Dalej jest plac z teatrem oraz budynkiem, który mnie lekko zadziwił (na śpiąco trochę byłem). Z jednej strony idę – ładna kamienica, a za nią taki szklany wieżowiec. Przechodzę na drugą stronę – to samo. Trzecia strona… ten wieżowiec wyrasta z wewnątrz tej kamienicy. Potem plac z Sobór Mądrości Bożej, Monaster św. Michała o Złotych Kopułach oraz pomnik Chmielnickiego. We wschodzącym słońcu złote kopuły cerkwi wyglądały prześlicznie. Kawałek dalej jest Plac Niepodległości (trafiłem na próby wieszania flagi przez żołnierzy). Przy placu zauważyłem wielką połać ziemi z powbijanymi palikami (ułożonymi w okrąg). Po powrocie do Polski dowiedziałem się, że to był największy zegar Europy (w trakcie tworzenia).

Jeszcze tylko przejście przez plac przy pałacu prezydenta i ruszam powolutku (inną drogą w stronę dworca). Żałuję, że nie miałem mapy i sił – byłem strasznie blisko rzeki oraz paru innych zabytków :/ Ale tam wrócę 🙂

Na dworcu miałem jeszcze troszkę czasu to przeszedłem na drugą stronę (tam była przydworcowa cerkiew). Na dworcu tłumy, co chwilę pociąg… Nawet był komunikat po polsku (bo przyjechał pociąg z Polski, z Warszawy). Dzwoni mi komórka. Szef… Ups… chyba zapomniałem zakomunikować, że wrócę 2 dni później :/ SMS wyjaśniający…

Metalowe rozmowy, drogie taksówki i mrówki

Wsiadam do pociągu do Lwowa. „Czwórka” moja zajęta przez starszą kobietę, kolesia w wieku 25-30 lat oraz dziewczynę młodszą ode mnie. Ona się pyta mnie: „turist”. Ja „tak”. Potem troszkę rozmawiamy (3-4h?) o wszystkim. Dziewczyna ma koszulkę z jakimś strasznym potworem, na łańcuszku pentagram, w uszach kolczyki z krzyżem i pentagramem. Oraz japonki w… trupie czaszki 😀 Słucha ostrej muzyki, kojarzyła Behemotha (Vadera nie). Pytała się o festiwale rockowe w Polsce (oraz ceny). Jest studentką stomatologii (2-3 rok). Ma polskobrzmiące nazwisko. Mieszka w Tarnopolu, a wracała z przeciwnego końca Ukrainy. Fajnie się z nią rozmawiało. Do tej rozmowy wykorzystane były kartki i długopis (w celu narysowania tego co się nie da zrozumieć).

W tym pociagu także sen. Wysiadka koło 21 we Lwowie. Szybko pod dworzec w poszukiwaniu jakiegoś transportu do granicy. Marszrutek nie ma. Tylko jeden koleś:

Na Medyka?
Tak.
Ile was jest.
Adin (czyli jeden)
(poszedł sobie)

Zobaczyłem 2 Polaków (z Sandomierza). Koleś do nich zagaduje. Czyli jest już nas 3. Cena za przejazd 120 zł za 2 osoby. Masakra… Co robimy? Trochę stoimy, rozmawiamy (też byli na Krymie ale tylko na imprezach). Mają znajomości wśród milicjantów tamtejszych:

Możecie do mnie przyjechać za rok. Za darmo was przenocuję…
No nie… nie możemy tak za darmo…
No dobra… Będziecie wódkę kupować!

Próby zbicia ceny nie idą nam… Decydujemy się – jedziemy mercem z pękniętą przednią szybą i brakiem pasów z tyłu. Przejście graniczne. Taksówkarz bierze za przewóz Ukraińców w powrotną stronę 20 hrywien (czyli 8 zł). Przechodzimy przez stanowisko ukraińskie szybko (zabierają tą karteczkę – ale jej nie czytają nawet). Potem głosy mrówek: „Są brygady? Są brygady. Jak są brygady to nie idziemy…”. Czymkolwiek te brygady by były wzbudziły popłoch. Przed wejściem ktoś upycha coś w spodniach, ktoś poprawia papierosy w bucie… Na przejściu równouprawnienie: dwie kolejki wg płci i „Poproszę Pana. Poproszę Pana. Poproszę Pana…”. Kobiety czekają (mimo, że były 3).

Teraz Polska

Po polskiej stronie w krzakach ktoś się „przebiera”, ktoś proponuje papierosy czy flaszkę… Jak się z tego miejsca wydostać teraz (godzina 23)? Stajemy na drodze i próbujemy łapać stopa. Problem w tym, że nic nie jedzie. Wyjechał z Biedronki przygranicznej Tir. Adaś przyskakuje, pokazuje kciuka, uśmiecha się (szczególnie, że widzi rejestrację SR – Rybnik). No i tir staje. Kierowca może zabrać jedną osobę. Wypada na mnie. Tir z Biedronki: „Dlaczego ja się dałem przekonać do przejścia do Biedronki, mniej zarabiam, praca po nocach… A tak jeździłem po Europie i było super. A tyle obiecywali.”.

Wysiadam w Przemyślu (bo koleś ma czekać na otwarcie Biedronki w Przemyślu do rana :/ ). Robię sobie nocne zwiedzanie. Przemyśl pięknym miastem jest (nocą widziany). Kamienice odnowione, ładny bruk, oświetlone zabytki… Dowiedziałem się, że Szwejk pił Tyskie (ma na rynku pomnik i trzyma kufel Tyskiego).

Jako, że już było około 1 to trzeba się przespacerować w stronę dworca (wcześniej widziałem, że poczekalnia jest zamknięta od 23 do 3 rano. Najwyżej pośpię przed dworcem. Ułożyłem plecak pod dworcem, usiadłem na karimacie, oparłem się o niego i zaczął drzemać. Po pół godzinie dyżurna ruchu się nade mną zlitowała i otworzyła poczekalnię (ale miała focha na twarzy). Zasnąłem na ławce. Gdy wstałem, popatrzyłem na ten drzemiący tłum – tych kolesi skądś znam. Aaa… To Ci z przejścia. Oni stopa nie złapali i zaczęli iść. Gdy po godzinie padli ze zmęczenia – dopiero wtedy ktoś ich zabrał.

Wsiadłem o 5 w pośpiecha. Do Dębicy miałem cały przedział na sen dla siebie. Potem wsiadły 3 pielęgniarki. Potem jeszcze 2 dziewczyny. Jednej należą się duże podziękowania za zagadanie – rozmowa mnie uratowała (już nie wiedziałem co robić – miałem dość podróży). Okazało się, że to studentka Inżynierii Środowiska z Kalisza. Pogadanka o studiach była 😀 (i kłótnie na naukowe tematy 😉 ). W każdym razie przeżyłem, wysiadłem w Katowicach, potem autobus i dom około 14…

To już koniec?

I tak kończy się moja pierwsza podróż na wschód. Czy było warto? Było. Kraj jest normalny mimo, że biedniejszy. I na dodatek jest tam też pięknie. Nie bać się wyjazdu. Jaki koszt? Około 500-600 zł za 10 dni (przejazd po polskiej stronie, bilet u prowadnika do Symferopolu, bilet powrotny przez Kijów, marszrutki, jakieś napoje, jedzenie, 2 razy nocleg w Sewastopolu, wstępy do zabytków itp…).

Nie miałem aparatu, więc zdjęcia w większości nie są moje (chociaż aparat wyrywałem i cykałem ;). Można je zobaczyć na mojej picasie. Może któraś z osób wymienionych we wpisie się odnajdzie? 😉

Ukraina, Krym 2009 – czyli na wschodzie musi być jakaś cywilizacja

„Pojedzie ktoś na Ukrainę, na Krym?” Takie pytanie zadawałem znajomym przez parę tygodni… Odpowiedzi, że tam strasznie, że daleko, że okradną/zgwałcą/zamordują, że tamto, siamto… 😉 Część też nie miała czasu (żeby nie było, że wszyscy na „nie” byli).

To jest pierwsza część relacji krymskiej. Przeczytaj później drugą część.

W końcu udało się zebrać grupę 4 osobową: Kasia (z którą uwielbiam nawzajem sobie marudzić i się wkurzać), Jacek (obydwoje znani z kursu w AKT Watra) oraz Arek (znajomy Jacka).

Jaki plan? Pojechać tam i pozwiedzać (góry, wybrzeże, miasta, skalne miasta…). Czym dojechać? Pociągiem…

Podróż do Lwowa z Katowic – opuszczamy UE

Spotykamy się w nocy z piątku na sobotę 7/8 sierpnia 2009 w Katowicach na dworcu PKP. Stamtąd ruszamy zawalonym pasażerami pociągiem do Przemyśla. Najpierw trochę rozmawiamy, potem głowa na plecaku i nynu… Co jakiś czas budziła nas potrzeba fizjologiczna innych pasażerów (chcieli do WC dojść…).

Gdzieś od Krakowa (czy kawałek dalej) w pociągu zrobiło się luźniej więc najpierw nasza kobieta dostała miejsce w przedziale. Ale widocznie musiała „bardzo zasłużyć”, bo siedziała z osobami intensywnie (i głośno) komentującymi polityczne sprawy Polski i Ukrainy. Mężczyźni dosiedli się do przedziału w którym można było przenocować 🙂 Pewnie w nagrodę za dobre sprawowanie.

Wysiadamy w Przemyślu, chwila na wymianę drobnej kwoty na ukraińską walutę (hrywna ukraińska UAH) i wsiadamy w busika do granicy w Medyce. Informacyjnie: kurs wymiany jest w Przemyślu o wiele bardziej atrakcyjny niż np. na Śląsku. No i do tego hrywna leci na łeb na szyję…

Wracamy do busika: w środku pełno Polaków z wielkimi plecakami (z tego powodu było można zauważyć lekkie niezadowolenie kierowcy – przecież te 2 miejsca na których te plecaki leżały mogły dać dodatkowy przychód… ;)) Przejazd do Medyki to było jakieś 2zł (może 3…).

Ruszamy spod dworca… Adaś krzyczy „Drzwi na tyle nie są zamknięte!”. Na szczęście, żaden z plecaków nie zdążył wylecieć 😉 Po kilkunastu minutach pojawiamy się na granicy. Wysiadka i zdążamy krokiem niespiesznym na przejście graniczne. A tam tłum kilkudziesięciu osób: turyści z plecakami oraz mieszkańcy okolicznych miejscowości przechodzący w wiadomych celach… I dwie kolejki: UE i reszta świata. Do polskich celników stoi dłużej reszta świata a do ukraińskich UE (czyli my).

W tłumie: „Czy poda ktoś parę tych karteczek, które trzeba wypisać?”. Na tej karteczce trzeba napisać swoje dane, po co się jedzie na Ukrainę, w które miejsce… Dostałem okrzycz bo czegoś tam nie wypisałem (chyba tego, że przechodzę pieszo granicę 😀 ) Najlepsze jest to, że karteczka jest po ukraińsku i angielsku a wszyscy ją wypisują po polsku (lub mieszanie). U mnie było „cel podróży”: turistic oraz „jak”: pieszo 😀

Dostałem pierwszą pieczątkę w nowym paszporcie, połowę karteczki i opuściłem pierwszy raz UE (nie liczę okresu gdy PL nie było w UE 😀 ). Za granicą kantory, sklepiki, bary no i przystanek marszrutek. Czyli busików jeżdżących to tu, to tam… Wsiadamy do takiej do Lwowa, czekamy aż się zapełni do ostatniego miejsca. Cena przejazdu marszrutką do Lwowa: 15 hrywien. Jeszcze przed odjazdem zakupujemy pierwsze ukraińskie piwo… Koszt piwa to jakieś drobne hrywny (w przeliczeniu 1-1,5 zł). Za naszym przykładem idą kolejni pasażerowie busika… Ciężko się je piło w czasie jazdy po niezbyt równej drodze do Lwowa.

W busiku grupa 8 osób z Przemyśla (proszę zapamiętać nazwy grupek spotykanych, bo będą się powtarzać 😀 ). Dziwią się, że jedziemy do Lwowa nie mając kupionych biletów na pociąg… Ktoś z nich wcześniej zrobił sobie wycieczkę do Lwowa w celu zakupu takowych… U nas to nie wchodziło w grę: za daleko i nie znaliśmy terminu wyjazdu jeszcze parę dni temu…

W czasie jazdy adaś zaczął czytać słowa na sklepach, reklamach. I cieszył się jak dziecko gdy mu się udało przeczytać хот-дог (czyli Hot-dog 😀 ). Nie miałem wcześniej do czynienia z cyrylicą, więc to nowość dla mnie.

Kilkadziesiąt godzin w pociągu do Symferopolu

We Lwowie poszukiwania kantoru (dziura w ścianie) oraz próba zakupu biletu w kasie. To teraz napiszę o dworcach ukraińskich: cuda… Dworzec we Lwowie to budynek, który kojarzy mi się od wewnątrz z dworcem w Bielsku-Białej. Z tym, że kilka razy większym (dworzec w Kijowie był jeszcze większy – zdjęcie obok właśnie kijowski dworzec przedstawia). I tłumami podróżnych, kilkunastoma kasami (i kolejkami do nich), czystymi poczekalniami… Ja chcę aby nasze dworce tak wyglądały. Wszystkie dworce, które widziałem w czasie podróży robiły bardzo pozytywne wrażenie.

Do pociągu 40 minut a my w kolejce. Decyzja: próbujemy u „prowadnika” wagonu. Prowadnik to osoba zajmująca się pasażerami. Na długich trasach (np. naszej – 25h) są takie 2 osoby. Prowadnik rozdaje pościel, budzi przed stacją docelową, dokłada do pieca na wrzątek oraz sprzedaje piwo 😉

Udaje się kupić bilety: 3 osoby w jednej kuszecie (służbowej) oraz jedna w innej kuszecie (w innym wagonie) – 220 hrywien za każdą osobę (normalna cena to około 120 hrywien). Wyruszamy w naszą do tej pory najdłuższą podróż pociągiem (Arek jechał już transsyberyjską, więc dla niego to akurat krótko 😉 )

Co można robić w wagonie? Spać, pić piwo, patrzeć przez okno, zalewać sobie herbatki/zupki wrzątkiem, chodzić do klozeta (przed stacjami jest zamykany), grać w karty, nie patrzeć przez okno… Na postojach można kupić od miejscowych „babiczek” lody, zimne piwo, chleb, ciastka, wędzone ryby, pieczone raki i inne pożywienie… Gdy piliśmy przed naszą kuszetą piwo zakupione na takim postoju prowadnik pogroził nam palcem: „piwo to ja sprzedaję”.

Jak wygląda wagon? No jak wagon, duży wagon. W środku mieści się około 60 osób. Jak wszystkie pociągi na Ukrainie jest strasznie wielki… Wystarczy na stacji stanąć przy nim i od razu czujemy się jak mrówki. A co dopiero jak staniemy koło lokomotywy… Rozplanowanie miejsc do leżenia: dwa miejsca wszerz wagonu (ze stolikiem pomiędzy), dwa miejsca „na piętrze” też wszerz. Potem przejście oraz wzdłuż wagonu kolejne dwa miejsca (góra-dół). Każda taka szóstka oddzielona od kolejnych miejsc „ścianką działową”. Brak drzwi czy zasłonek 😉 czyli śpimy a koło nóg nam ktoś przechodzi. Parę razy w drodze powrotnej budziły mnie smyrnięcia ramion po stopach 😉 Tak wygląda wagon „plackartny”. Są jeszcze wagony tzw. „kupelne” i tam już zamykane miejsca…

Myśmy dostali miejsce służbowe – więc byliśmy burżujami w naszym wagonie 😉 Najlepsze miejsce miała Kasia: na samej górze – normalnie to się tam przechowuje materace. Miejsce jest 2 i pół metra nad podłogą. Wspinaczkę miała niezłą. Prawie jak ścianka.

Co z tymi śmieciami…

Co jeszcze zapamiętaliśmy? Wypiliśmy to piwo za które pogrożono nam palcem. Trzy puste butelki stoją obok nas. Podchodzi prowadnik, bierze pierwszą. Pusta. Sru przez okno… Druga? Pusta – sru… Trzecia to samo… I w taki oto sposób dochodzimy do tematu: „śmieci na Ukrainie”. Co w tym temacie? To, że te śmieci leżą wszędzie. W lesie, przy torach, na chodniku, w parku, na plaży, na schodach, przy pałacu, przy cerkwi, meczecie, supermarkecie, skalnej twierdzy… Dosłownie wszędzie. Wydaje ci się, że mamy śmieci w Polsce pełno? Wydaje ci się… Nie wiem z jakiego powodu tak ludzie tam mają. Podobne wrażenia miałem po pobycie w Turcji oraz niektórzy ludzie po pobycie w Grecji. Że jest cieplej to znaczy: śmiecimy?

Chyba jako jedyni chodziliśmy tam ze swoimi śmieciami w poszukiwaniu koszy. Ja do domu przywiozłem śmieci wytworzone przez siebie w pociągach powrotnych 😀

Pierwsze Leniny – Symferopol

Przejeżdżamy stepami, lasami, nad rzekami, w miarę normalną prędkości. Z Lwowa do Symferopola jest około 1300-1400km (nie wiem dokładnie). Na stepach wygląd domków jest jak sprzed 50 lat (spalona ziemia i lekko pochyły dom z chaszczami dookoła). Przed Symferopolem (stolica Krymu) główka Lenina ozdabia jakąś dużą elektrownię. Stację przed Symferopololem milicja rozgania osoby próbujące coś sprzedać pasażerom… Dlaczegóż to – nie wiemy.

Wysiadamy około godziny 15 w Symferopolu. Ponownie piękny dworzec. Z fontanną i wielką ilością ławek (w większości zajętych przez pasażerów). W przewodniku wyczytaliśmy, że bilety w przedsprzedaży kupuje się w innym miejscu miasta. No to ruszamy. Widzimy wielką ilość busików, trolejbusy (na Krymie jest najdłuższa linia trolejbusowa w Europie – o niej później). Przechodzimy przez drogę i na skwerku macha do nas Lenin. Nasz pierwszy Lenin pomnikowy. Możemy go dotknąć w stopę.

Na skwerku plac zabaw. Niespotykany. Wszystkie urządzenia zabawowe obklejone wielokolorowym „igielitem” (nie mam pomysłu jak to nazwać). Wyglądało to jak choinki. I było w miarę miękkie. Kawałek dalej przejście dla pieszych: stanęliśmy i samochód nam się zatrzymał. To jest akurat niespodziewane – potem mieliśmy tylko wrażenie, że wszyscy jeżdżą jak chcą. Byle szybciej (i zwrotniej). Kolejne skrzyżowanie – światła. I licznik odmierzający ile sekund zostało do zielonego/czerwone. Super sprawa. Chociaż jak ci napisze 67 sekund to już nie jest miło 😉 Jest takie coś w jakimś polskim mieście?

Przechodzimy przez plac z czołgiem, czerwonymi gwiazdkami na pomnikach oraz Soborem. Kontrasty tzw. 😉 Wreszcie udaje nam się znaleźć miejsce kupowania biletów kolejowych.

– Bilety Symferopol-Lwów…

– Nie ma

– Bilety Symferopol-Odessa…

– Nie ma

– Bilety Symferopol-Cherson…

– Nie ma… są tylko do Kijowa.

W taki o to sposób staliśmy się posiadaczami biletów powrotnych przez stolicę państwa ukraińskiego. I to na dodatek na 2 różne dni. Adaś miał plan wrócić po tygodniu z powodu braku dużych ilości dni urlopowych. No i tak spóźniłem się o 2 dni 😉 Ale co tam… Reszta chciała zostać dłużej i jechali kilka dni po mnie. Ja za to miałem przed sobą samotny powrót… Ale na razie zwiedzanie Krymu.

Wracamy na dworzec. Znajduje się tam jeden „marszrutkowiec”, który by nas dowiózł do Bakczysaraju za 5 Euro za osobę. Ekhm… Elektriczka kosztuje 4,5 hrywny (jakieś 2zł). Podziękowaliśmy. Dostaliśmy głośną informację, że „elektriczkami to jeżdżą żule i menele”. Czy jakoś tak 😉

Po chwili mija nas grupa osób z Przemyśla z szeroko otwartymi ustami 😀 (zdziwiony? a my jesteśmy zdziwieni, że jeszcze nie masz plej fresz 😉

W oczekiwaniu na elektriczkę (czyli lokalny pociąg elektryczny) zwiedzamy okoliczny targ, obserwujemy pasażerów oraz siedzimy. Chwilę po 21 wsiadamy do pociągu. Cholernie szerokiego… Na ławach mieszczą się prawie 3 osoby a przejście jest szersze niż w polskich pociągach. Konduktorki posiadają urządzenia do wystawiania biletów (masakra… a w PL wszystko ręcznie… I kto tu do Euro jest przygotowany? 😉 ).

Bakczysaraj – Pałac Chanów…

Jedziemy. Wysiadamy w ciemną noc w Bakczysaraju. I zdążamy przez ciemne miasto uliczkami na wschód… Idziemy i idziemy, mijamy jakieś knajpy z imprezami (tak, tam mają muzykę i tańczą nawet 😉 ) Przechodzimy koło jakiegoś starego budynku z minaretami: może to Pałac Chanów?

Skręcamy w uliczkę boczną – w górę. Ciemno jest strasznie. Od wybrania jednej z kolejnych odnóg odwodzi nas głośne szczekanie psów. Pewnie na uwięzi – ale jak zauważyć w ciemną noc jak długi jest łańcuch?

W końcu wychodzimy na polanę. Polanę pod skałami, a ponad miastem. Z widokiem – mmmm…. Rozbijamy namioty zastanawiając się co to za światełko na szczycie skał.

Wstajemy niezbyt wcześnie i ruszamy na skałki. Widoki ze skał (a także spod namiotu) mieliśmy świetne. Na skałkach okazuje się, że nie byliśmy jedynymi osobami nocującymi w tej okolicy (200 m od nas kolejne 3 namioty a na skałkach obozowisko kolejnych paru osób).

Po obejściu skałek wracamy do namiotów. Witają nas słowa ledwo co obudzonej Kasi: „A to wy już byliście na skałkach? A jaaaa?”.

Po złożeniu obozowiska schodzimy do Pałacu Chanów krymskich. Przed wejściem dostajemy wizytówki okolicznych knajpek. Wejście: bilety droższe niż wg przewodnika Bezdroży (pewnie spowodowane to jest spadającą wartością hrywny). W grupie mamy 2 studentów, nauczyciela (karta ITIC) oraz adasia (karta Euro<26). Próbujemy kupować zniżkowe bilety. Nie pamietam czy się udało czy też nie. Ale w kolejnych zabytkach muzeach raz przechodziły wszystkie zniżki, raz tylko studenckie a innym razem tylko Euro czy ISIC ;) Najlepiej pokazywać i chcieć zniżkę studencką. Najwyżej nie dadzą.

Pałac Chanów Krymskich – czyli pałac, meczet (najważniejsze miejsce dla Tatarów Krymskich), dwie bramy, harem, cmentarz i inne budynki. Nasze wielkie plecaki zostawiamy przy wejsciu na ławce. Pani sprawdzająca bilety pozwoliła (czy miała pilnować to nie wiem…).

Wchodzimy na wewnętrzny dziedziniec – tam krótkie obmycie twarzy i rąk w wodzie ciurkającej z kranika. Przepuszczamy grupę z przewodnikiem (i tak nic nie rozumiemy) i powoli zwiedzamy komnaty/pokoje itp. Na jednym z dziedzińców pomagam Kasi zajrzeć do wnętrza fontanny (trzeba było ją podnieść). Gdy zacząłem ją opuszczać to chwyciła się drewnianej kratki i ją… wyrwała 😀 No dobra… Wyciągnęła. Ale potem nie chciała wejść tak jak była. Cichutkim krokiem ruszamy dalej.

Czas na harem. Co te kobiety całymi dniami tam robiły? Wąchały te róże na dziedzińcu? Jeszcze kolejny dziedziniec i wejście do muzeum z różnymi eksponatami (np. stare księgi pisane innymi alfabetami). Do meczetu nie można było wejść (patrzymy przez okienka). Patrząc ze schodów na cmentarz zastanawiamy się czy groby (a dokładniej twarze zmarłych) wskazują Mekkę. Wyszło nam, że mniej więcej tak. Po drodze widzimy ludzi z przewodniki Pascala czy Bezdroży po Krymie. Polacy? 😉

Na terenie pałacu widzę jak przechadza się dziewczyna w przepięknym zwiewnym stroju. Okazuje się, że przy stoisku z pamiątkami można sobie wypożyczyć taki strój i zrobić zdjęcia (duży wybór).

Wychodzimy z terenu pałacu i poszukujemy jakiegoś posiłku. Czytaj taniej knajpki. W czasie tych poszukiwań widzimy zdziwioną grupę zdziwionych Przemyślan (tych z busika i Symferopolu) 😉 Spali pod skalnym miastem (o nim za chwilę). Rozmawiamy, tłumaczymy im w jaki sposób się dostaliśmy tutaj, oni opowiadają o miejscu na nocleg, pytają o knajpki itp… Krym jest mały (o tym też za chwilę 😀 )

Wchodzimy do knajpki raz pod pałacem zaciągnięci tam przez jedną z kobiet. Od razu zostajemy zaprowadzeni na… zaplecze celem zostawienia plecaków. No tak… Inaczej klimat byśmy popsuli. Zamawiamy jakieś danie dnia (zupkę i ryż z czymśtam – nie pamiętam). Przy płaceniu okazuje się, że mamy zapłacić za 6 porcji. Pani poszła na łatwiznę i policzyła nas wraz z jakąś parą rowerzystów. Tę parę widziałem (chyba) wieczorem w Symferopolu jak swoje rowery wynosili z dworca ładnie zapakowane w jakieś pokrowce.

Monastyr Uspieński, Czufut Kale – wszystko w/na skałach

Wsiadamy w marszrutkę i dojeżdżamy pod wejście do prawosławnego Monastyru Uspieńskiego. Kawałek pod górę i ukazuje się nam klasztor wydrążony w skale. Szybkie przebieranie w dłuższe spodnie i wchodzimy do wewnątrz (Kasia nie umie się zdecydować jaką chustkę wybrać przy wejsciu). Udostępnione do zwiedzania jest parę korytarzy (od których odchodzą jakieś kolejne) oraz cerkiew w skale. Pomiędzy nami przechadzają się cisi mnisi z długimi brodami. Wewnątrz zakaz robienia zdjęć oraz kramik z dewocjonaliami.

Ruszamy dalej obserwując skały oraz wykute w nich „domki”. Kierując się w stronę Czufut-Kale przechodzimy obok wejścia na mały cmentarz karaimski (Karaimi – dawny odłam judaizmu). Podchodzimy pod skalne miasto Czufut-Kale położone na górze stołowej. Jest to twierdza zamieszkiwana dawniej przez wspomnianych wcześniej Karaimów. Znajdowała się tam również, w innym okresie, stolica Chanatu Krymskiego (zauważcie, że to inna religia). Na terenie twierdzy znajdują się Kenesy (świątynie kaimskie), meczet, wiele wykutych w skale pomieszczeń, bramy, mury itp…

Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od pytania czy możemy zostawić plecaki przy wejściu: „Możecie, ale ja tego pilnować nie będę.”. Plecaki leżą oparte o mur przez prawie 2h. Widoki świetne w te przepaście. Z jednego z pomieszczeń dobiega muzyka. A ta jakiś muzykant gra i zbiera do futerału. I sprzedaje płyty. Z informacji otrzymanych od mego znajomego ten sam koleś był tam już rok wcześniej 😀

W jednym z budynków zachęceni przez jakiegoś turystę skusiliśmy się na kielicha. Kielicha jakiegoś lokalnego trunku. Podobno coś koło 40% o smaku… Ciekawym. Do tego cukierki (pyszne, cukrowe). Wyżerliśmy cały pojemniczek, który otrzymaliśmy. Na głównej drodze w twierdzy są koleiny. Po co? Aby mieszkańcy mogli gdzie wylewać pomyje.

Na kolejnym miejscu widokowym spotykamy parę z przewodnikiem Pascala, którą widziałem wcześniej w Pałacu Chanów. Są z Zamościa, nocują u jakiegoś Tatara. Kupili bilet na pociąg przez internet u jakiegoś mieszkańca Lwowa (wcale taniej nie zapłacili niż my u prowadnika wagonu). To nie ostatnie z nimi spotkanie.

Wracamy do wejścia. Plecaki… są. Już jest godzina 18, więc ruszamy w stronę kolejnego miasta skalnego – Tepe Kermen, aby tam zanocować. Dochodzimy do wejścia do wieeeeeelkiego cmentarza karaimskiego. Rzucamy monetą czy iść przez niego czy też obejść go inną trasą. Moneta mówi iść.

W tej samej chwili dojeżdża do nas czteroosobowa grupa rowerzystów ze Lwowa. Mają lepsza mapę i też chcą dojechać do Tepe Kermen. Na tej mapie jednak tak wielkiego cmentarza nie ma. W końcu ruszamy. Najpierw rowerzyści przodem. Gdy na głównej drodze pojawiają się kawałki drzew wyprzedzamy ich. Dżentelmeński adaś pomaga żeńskiej części grupy w przenoszeniu rowerów ponad grobami. Jako, że cmentarz ciągnie się i ciągnie, a rowery słabo się mieszczą pomiędzy grobami, Lwowiacy postanawiają zawrócić. Oczywiście jeszcze ich zobaczymy… i to nie raz 😀

Droga do Tepe Kermen

Przewodnik Bezdroży ma jakoś zagmatwanie opisaną trasę do Tepe Kermen – nie trafiamy tego dnia tam. Z tego powodu nocujemy na polance przy ognisku. Przed zmrokiem latam sobie po strasznych krzakach i odnajduję przepiękny widok na dolinę otoczoną wysokimi skałami. Jakbym tam spadł to by mnie nie znaleźli. Wróciłem w to samo miejsce rano przed wyjściem. Przedzieranie się przez te chaszcze spowodowało pewną ilość czerwonych kresek na mych pięknych łydkach 😉

Podczas składania namiotów przez przecinkę zauważamy przejeżdżających czterech rowerzystów. Lwowiacy. Nie wiemy czy trafili do Tepe Kermen. My ruszamy dziś w butach górskich w dół doliny. Dochodzimy do miejsca noclegowego opisanego w przewodniku (mieliśmy tu być wczoraj). Stąd już kawałek na skalne miasto (góruje ponad 200 metrów na doliną). Plecaki zostawiamy w krzakach i na lekko zwiedzamy kolejne pomieszczenia skalne. Miejscami skały są zbudowane z… muszelek. Tak. Takich malutkich, spotykanych choćby w Bałtyku. Grube warstwy takich skał (jeżeli można je tak nazwać) da się zauważyć.

Ze szczytu miasta widać przepięknie Góry Krymskie, doliny oraz wszystko co dookoła. Także bazę MSW Ukrainy. Schodzimy do drogi w ostrym słońcu. W wiosce siadamy po sklepem i zajadamy się lodami, ciasteczkami (smak przepyszny, po przyjeździe uświadomiono mi, że to smak sękacza). Przechodzi obok nas kolejna para z przewodnikiem Bezdroży „Już ma go dość, ceny nieaktualne, zgubić się można jak się idzie tak jak tam pisze”. Zapamiętałem jeszcze, że mieli nieźle uwalone stopy (sandały) białym pyłem z dróg.

Pod sklepem bawią się dzieci. Piszą po drodze, jeżdżą na rowerach, pomagają w sklepie. Przyjeżdża marszrutka. Jadąc do Bakczysaraju widzimy kolejne wielkie skały. Wyprzedzamy też czterech rowerzystów. Zgadnijcie jakich 😀

Rozmowy na temat posiłku oraz krzyża

Nie wysiadamy na pewnym przystanku (takim najbliżej dworca). Gdy się orientujemy, że źle zrobiliśmy to kierowca mówi, że już nie może się zatrzymać (barierki przy drodze). A obiecuje, że nas podwiezie w drodze powrotnej. Przy dworcu jemy obiad w restauracji. Pokarmy podaje dziewczyna/kobieta wyglądająca na Tatarkę. Gdy dostajemy menu (w cyrylicy), adaś zostawia grupę i rusza w jej stronę. I małymi kroczkami (pokazując tekst palcem stara się rozszyfrować posiłki).

Co to? (wskazuję palcem pierwszy wyraz)
Szto e to?
Ok. Szto e to? (wskazuję palcem pierwszy wyraz)
Pierwsze danie, zupa. (po rosyjsku lub ukraińsku – nie rozróżniam).
Aaaa… Zupa…
A to co co? Pewnie drugie danie.
Szto e to? (z pięknym uśmiechem – takim chcącym mnie czegoś nauczyć 😀 )
A no fakt… Szto e to…
Drugie danie.

No i w taki sposób dowiedziałem się co można zamówić (były 3 drugie dania). Ja zamówiłem solankę (taka fajna zupa – wcale nie słona jak można po nazwie sądzić), do tego takiego placka z mięsem (czeburek), coś jeszcze oraz piwo. Dobre wszystko 🙂 A ja taki niejadek podobno. Po posiłku podziękowaliśmy uśmiechem pani w restauracji. Odpowiedziała podobnym.

Adaś wymusza na grupie wycieczkę pieszą do lokalnej cerkwi. Pokornie idą za nim 😉 W cerkwi trwa akurat sprzątanie. Babiczki zapraszają do środka. Zapytowuję dlaczego prawosławny krzyż jest podwójny z łamaną belką. Dowiaduje się, że chodzi o tablicę INRI. Oraz o to, że w katolickich kościołach Chrystus ma przybite nogi jednym gwoździem a tutaj dwoma. I ta belka dolna oznacza to miejsce (jedna strona wskazuje na niebo, druga na piekło). Niby tego samego można się dowiedzieć z Wikipedii, ale tak było fajniej.

Koniec części pierwszej. Zainteresowany? Przejdź do części drugiej 🙂 Możesz też zobaczyć zdjęcia na picasie.

Niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej

Człowiek zrobi wiele aby pochodzić po Tatrach. Wstanie o 3:20… Wyruszy o 4:00 (jednakże wcześniej będzie marudził o przesunięcie terminu wyjazdu co najmniej godzinę – snu trza…). Poprowadzi pojazd mechaniczny, który wielkiej mocy do rozpędzenia nie ma. Będzie pomstował na wolniejsze pojazdy (czyt. rowery, maluchy, fotoradary), że znów się trzeba rozpędzać…

Ale ten człowiek będzie silny. Nie da po sobie pokazać słabości. Nawet gdy na dwójce silnik wyje, a oczy mówią: „zmruż powieki”…

W weekend przedmajowy udało się zorganizować (dzięki Pani ŚUM-owatej) wyjazd na niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej… Start z TG o 4 rano, potem Mikule, Glajwic i Tychy. Z Tychów 3 wehikuły ruszyły w stronę słońca i gór. Trasa wiodła przez Pszczynę, Bielsko (chyba co skrzyżowanie fotoradar…), Żywiec i Korbielów (musieliśmy się rozpędzić, a ktoś nowym samochodem tarasował nam drogę
jadąc 40…) Potem chwila przez Słowację, obok jeziora Orawskiego, ponownie przez granicę do Chochołowa. Aż wreszcie wita na Witów i wlot do Doliny Chochołowskiej. Okazało się, że najsłabszy samochód przyjechał pierwszy 😀 (bo na nas czekali na granicy ;).

Śniadanko o 9. W mocnym słońcu. Jakub terrorysta prezentował się nad
wyraz „ciepło” w polarze i zimowej kurtce… Ruszamy do kolejki po
bilet do parku. Tam patrzymy jak wygląda traktoropociąg z pasażerami
upchanymi prawie jak w 820/840/870 KZK GOP. Przekrój turystów bardzo
duży, ale chyba naszymi w miarę dużymi plecakami przyciągaliśmy wzrok.


Już na pierwszej polance krokusy. Kto żyw, ten się rzucił robić „makra-kusy”… Powoli, wśród drzew, płynącego potoku, rzesz turystów doszliśmy około południa do schroniska. Jako, że oprócz mnie były tam same lenie to najpierw trzeba było sobie coś zjeść, posiedzieć na słońcu itp… Dopiero gdy moje marudzenie stało się nieznośne niektórzy zebrali się i ruszyliśmy jeszcze wyżej. W krainę prawie wiecznych śniegów…

Cel nie był ambitny… Pójdziemy na Grzesia i jak się uda („adaś… nie uda się”) to może na Rakoń. Powoli, jak słoń ociężale, ruszyła ta grupa po szlaku powoli, ospale… I jak to to, jak to się stało, że doszli na Grzesia, by zeżreć zająca… A zając był słodki i mówił „Wielkanoc”. A myśmy go tak bez uczuć odarli z odzienia, i jedli i jedli… jak grubasy kiełbasę… Patrząc na szczyty. Mieliśmy tyle dobroci w duszach, że został obfotografowany na polankach i szczytach – w jego ostatniej drodze. A wszystko to przez nią… Przez właścicielkę wcieloną. To ona go na pożarcie nam (i sobie szczególnie) dała.

Koniec tego udawania studenta filologii… 😉 W drodze na Grzesia mijaliśmy różnych ludzi (wszyscy w dół kierowali swe kroki) w niekoniecznie dobrze wybranym obuwiu. A śniegu nie było wcale mało… Widoki przepiękne 🙂 Jak fajnie w Tatrach ośnieżonych… Na Grzesiu po kontemplacji podzieliliśmy się na 2 grupy. Patryk otrzymał harem złożony z 3,5 kobiety, a Barbara harem męski złożony z 4 silnych, odważnych mężczyzn…

Najpierw kosodrzewina. Z jednej strony grzbietu śnieg, z drugiej już nie… Lekko w dół, lekko w górę… „Ooo… patrzcie… tam ktoś z Wołowca na nartach zjeżdża”. Podchodzimy na Rakoń. Tam obiad. Czyli pyszne parówki pyszne + chleb. Siedzimy z widokiem na stronę słowacką. Skupiany swój wzrok na jednym z Rohackich Stawów (zamarzniętym – dziwne, co nie?) oraz wielu szczytach słowackich Tatr Zachodnich
(ośnieżonych lub nie…). „Patrzcie… kilka lat temu zrobiliśmy takie kółko, następnego dnia takie… itp…”

Przy podchodzeniu na Rakoń minęliśmy grupę chcącą zejść do Doliny Chochołowskiej. Czyli tam gdzie my. Wybrali drogę bez szlaku z południowej strony Rakonia. Po obejrzeniu jak wyglądają trasy stwierdziliśmy, że też pójdziemy tam gdzie oni… 2 mężczyzn poszło przodem. A dwóch innych (w tym adaś) zostało sam na sam z Barbarą na tyłach… I 3 kroki – 6 zdań rozmowy… I tak powolutku schodziliśmy i
kontemplowaliśmy widoki na polską część Tatr Zachodnich. Na dole dostaliśmy okrzycz… „Co tak wolno?!” A jakże by inaczej 😀

Potem ponownie spotkaliśmy narciarzy zjeżdżających z Wołowca…
Zazdrościłbym im gdybym się nie bał po stokach z mniejszym nachyleniem
jeździć… Gdy przejechali obok nas okazało się, że to TOPR-owcy. Przy
okazji: Wołowiec już drugi raz nie pozwolił na siebie wejść niektórym
z nas… Trza go kiedyś (za trzecim razem) zdobyć. To kiedy ruszamy?

Po zejściu do schroniska kąpiel, wysępienie od niektórych jednego z
droższych piw w ich życiu. Niektórzy mieli wielką radość z adasia
biegającego po dworze z sandałkach i poszukującego butów. Które
„podobno” wypadły przez okno… I weź tu uwierz kobiecie… Brrr…

Potem przedstawianie filmów – chyba najbardziej utkwiły w pamięci
„Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” czy też
„Pamiętnik nimfomanki” pokazywane bez słów 😉 No i w końcu sen.

Rano podział przez pączkowanie. Część chce wrócić. A druga część
niekoniecznie. No i nasz plan ewoluuje z minuty na minutę. Najpierw
chwalę się swoimi łydkami i stopami w sandałkach na szlaku ze
schroniska w Chochołowskiej (jak nie było słońca było lekko zimno…).
Ale czego nie zrobi człowiek dla opalenizny 😀 Nawet sprawdziłem jaką
temperaturę ma woda w potoku… Oj niską ma… W każdym razie stopy
zostały obmyte. Aha… tym razem wszedłem z zabezpieczeniem, więc
żaden kamień mi w stopę nie wlazł.

Na polanie ostatni rzut oka na krokusy, na Wołowiec i inne szczyty…
I idziemy do Kościeliskiej. Oczywiście doszliśmy do samochodów na
zakurzonym parkingu (i po co myłem samochód przed wyjazdem?). Ale
dalej mamy plan dojechać do Kościeliskiej. My nie krowy…
Jedziemy na Babią – wejdziemy sobie z Krowiarek. Jeszcze tylko
zahaczamy o granicę administracyjną nieznanego miasta na Zakop. i już
jesteśmy w drodze.

Na Krowiarkach. Leżymy. Nic się nie dzieje. Chyba, że uznamy, że kromka pół na pół pasztet/dżem podana z adasiowego kolana jest dzianiem się… Leżymy. No i na Babią nie idziemy. „Eee… Tam jest 3h… Nie zdążymy do domu dojechać… W ogóle spaleni jesteśmy, leniwi, zmęczeni…”. No to co dalej? Jedziemy do domu przez Kalwarię Zebrzydowska.

Po drodze jeszcze fotostop z widokiem na Babią (marny widok – bo z drutami) oraz postój przy budowie elektrowni wodnej w Świnnej Porębie. No i to jest coś co robi wrażenie. Od razu ekipa energetyków zajęła się przeliczaniem mocy, prędkości napełnienie zbiornika (wyszło nam, że wcale to długo trwać nie musi…). Ekipa biologów podważała niektóre wypisane zalety ekologiczne. Jeszcze tylko przejście z
aparatem na teren budowy „no bo tam jest lepszy widok na drugą stronę zapory” i ruszamy dalej.

W Kalwarii najpierw obiad (kierowcy na znak protestu przeciwko piciu piwa przez pasażerów nie popili niczym obiadu). Potem msza (chyba „nikt” nie zasnął… jeśli dobrze pamiętam). Krótkie obejście kościoła oraz klasztoru i zjazd na Rynek w Kalwarii na lody.

Kolejny stop w Tychach – lekkie wymiany pasażerów w pojazdach i przez Gliwice, Zabrze do TG… Wyjazd ogólnie lekko leniwy. Zdjęcia dostępne u adasia, Darii, Maćka, Andzi, Pawła i Patryka.

Walentynkowe Gorce z sercem na tyłku

Pobudka 3 rano. Jeden autobus, drugi autobus… Katowice witają 🙂 Jako, że do pociągu jeszcze chwila to odganiamy jednego kolesia proszącego o złotówkę:

Co będę owijał w bawełnę… Na wino mi brakło…

Potem przechodzi zobaczyć jak wygląda dojście na perony dla osób niepełnosprawnych. Wygląda genialnie – najpierw dzwonek na wysokości głowy. Głowy stojącego człowieka. Potem otwierają bramę i delikwent na wózku przejeżdża przez nieznane otchłanie dworca, wyjechać na powierzchnię windą towarową… Nie mieliśmy odwagi zadzwonić…

Dojeżdża kolejni ludzie z ekipy. Wsiadamy do piętrowego składu i rozpoczyna się poranny śmiech 🙂 Do Krakowa z lekkim opóźnieniem dojeżdżamy – Kuba terrorysta na cały głos oznajmia, że:

Zapomniałem, że tu się wjeżdża do ciemnoty…

Na szczęście Krakusi chyba mają spokojne usposobienie, bo żadnych rękoczynów nie było. Przechodzimy na dworzec autobusowy w poszukiwaniu naszego autobusu. I wyryte zostaje nam w umysłach wyrażenie: „…na dolnej płycie dworcaaaa”. Pasażerowie musieli się dziwić jako pomagaliśmy zwiększyć słyszalność zapowiadającego dopowiadając te słowa do każdej jego wypowiedzi. Z taki długim przeeeeciągnięciem.

Wsiadamy do busika, który gna po śniegu wyprzedzając co wolniejsze pojazdy. Po dojeździe do Lubomierza wita nas sypiący śnieg i biała. główna droga… No to ruszamy 🙂 Kawałek to drogą a po zejściu na szlak wita nasz przyjemny (jeszcze) śnieg w ilościach znacznych. Podeszliśmy pod chatę na Rzekach i gospodarzowi zapłaciliśmy za nocleg w chacie oddalonej o kilka godzin drogi… O my głupcy… A jakby tak nas zasypało? Kasa za nocleg byłaby nie wykorzystana 😀

Na początku jest w miarę fajnie (nie licząc braku widoków, śniegu nie wydeptanego i sypiącego). Kijki okazują się przeszkadzające. Tylko Paweł je wykorzystuję, bo jak mówi „się przynajmniej nie kolebię za bardzo…”. Reszta chodzi jak pijane pingwiny 😉

Śnieg, wszędzie śnieg… Coraz więcej go leży. Po kilku godzinach terrorysta Kuba mówi: „Ja bym był za tym, aby się wrócić”. Został spacyfikowany. Przedzieramy się przez pierwszą dużą polanę… Miejscami po pas. Potem lasem i podejście na Gorc (1226m). Widoki rozległe… na chmury. Z Gorca powolutku schodzimy. Jedna, polanka, druga… odbijamy na inny szlak na kolejnej… polanie. Kaj ten szlak? Aaaa… tam…

Jako, że ruszyliśmy około dziesiątej to około 17 byliśmy już nieźle zmęczeni… Ale trzeba udawać silnych mężczyzn i się nie poddawać – każdy miał jakieś doła… Mój się objawił na jednej polance gdy torowałem na przodzie i zaczynało się robić ciemno… Wyleciałem do przodu, nikt mnie doganiał a ja torowałem, stawałem, torowałem, stawałem… W myślach „musimy cholera tam wejść jeszcze… potem tylko na dół „już” chatka…”.

A jak się zrobiło już całkiem ciemno to wzięło nas coś natchnęło. Latarki w dłoń i w 3 osoby biegamy polankach poszukując śladu szlaku na drzewach… Potem parenaście kroków wstecz, wyciągnięty kompas i idziemy na wschód… Tam musi być cywilizacja. Kawałek przez las i znowu na polankę… JEST! Widać światło (w domyśle chatki). Parę kroków w stronę chatki: „cholera… czy to na pewno światło?”. Pobiegłem… Jest! Wchodzę do chatki, ściągam plecak a tu….

Gapi się na mnie co najmniej 10 par ślepi. No to im odpowiedziałem: „Cześć. Zaraz przyjdzie tu jeszcze 7 osób a ja żadną atrakcją turystyczną nie jestem”. I wyszedłem… I krzyczę: „Jest chatka!”. Odpowiedź: „Uratowani!”. Wysępiłem nawet kilka damskich uścisków 😉

Harcerzy w chatce musiałem nieźle nastraszyć, bo się pozamykali po moim wyjściu 😀 Przyszedł człowiek lasu – trzeba zamknąć chatę.

Aha… Chata, na którą doszliśmy (po 9 godzinach) to Hawiarska Koliba. Chatka zostanie prawdopodobnie od marca zamknięta (obecnemu właścicielowi nie przedłużają dzierżawy). Chata jest fajna, ale zaniedbana… I w pewnym stopniu rozbierana – dobudówkę dzierżawca rozbiera.

Na chacie kominek nie działa, albo działa marnie, piec w kuchni kopci niemiłosierni. Ale harcerze sobie radzą 🙂 Ich sposób na przygrzanie wody do mycia: „otwieramy wszystkie okna, drzwi i palimy w piecu”. W kuchni suszy się pełno butów, skarpetek, kurtek, spodni…. Ale nie przy piecu, co to to nie. Przy elektrycznym grzejniku.

Dostajemy pomieszczenie na nocleg na piętrze… temperatura masakryczna. Robimy pulpę: makaron, mielonka, groszek, kukurydza, ser… (nie pamiętam całego składu). Jako, że zmęczeni to idziemy się myć i spać. Aaa… łazienka 🙂 2 klozety, 2 umywalki, działa prysznice. Działa 50%. Jest ciepła woda – hip hip hura. Jest haczyk do zamknięcia się w klozecie – hura. Do prysznica są drzwi – hura… Tylko dlaczego zostaje tam 40cm szpary? Kąpanie się z widokiem na lustro, w którym widzisz twarz kogoś kto myje zęby jest mało komfortowe…

W nocy zimno. Rano parę razy zostało wypowiedziane takie zdanie: „muszę zainwestować w śpiwór”. Rano = 10. Wychodzimy gdzieś? Coś ty! Na zewnątrz napadało jeszcze więcej śniegu. Harcerze pojechali do Gdyni a my rozpoczynamy porządki – czymś się trzeba zająć. Magistrzy z instytutu techniki cieplnej oraz strażak wzięli się za niesprawny piec – najpierw na komin – stawiamy drabinę… Patryk: „Nie wejdę… na całym dachu jest lód”. No trudno… No to czyścimy piec. „O… śrubki. Ma ktoś śrubokręt?”

Po powrocie z dachu adasiowi strzeliły spodnie na tyłku… No i żebym miał w czym wrócić to się uśmiechnąłem do Agi. Ona pożyczyły od harcerek igłę z nitką i spodnie zostały zeszyte. A że to były walentynki to dostałem także wyszyte serce na tyłku 🙂

Po czyszczeniu sprawdzamy działanie piekarnika na kromkach z serem i papryka – zapiekanki. 🙂 Działa. Nie dymi… Kto zmywa? „Ja nie… ja mam kota”. Po chacie łaziły takie 2 koty. Bardzo lubiły smyranie. A może to smyrający lubili smyrać? Nieważne. W każdym razie, któryś z nich zeżarł nam część sera.

Gramy w totem, potem w króliki/farmera. Ktoś tam układa drewienka z liptona. Gotujemy grzańca, przelewamy do jednego kubka…

– A meningokoki?

– E tam…

Kubek krąży z rąk do rąk. Trzeba mieć jakiś doping przy robieniu pulpy. Wielokolorowej. Para z Warszawy, która się przybłąkała w piątek nocą dostaje od nas tez po porcji 😉 A potem robimy gromkie „Uuuu…” Damska część tej pary gotuje sobie grzańca, wlewa go do kubka i… dolewa wody… Cóż za bezczeszczenie 😀

W międzyczasie przychodzą harcerki. W strojach organizacyjnych – czyli spódniczkach. W śniegu po pas. Niby to wygodne – co się nasypie to od razu wysypie…. A co przyniosły? A pełno żarcia w torbach: jajka, słoiki z sosami, kasze, ryże, princessy itp… Większość harcerek to gdzieś podstawówkowy wiek – może wtedy tyle się je 😉 A to co na zdjęciu to nie wszystko…

Wieczorem półtorej godziny gry w „psychologa” – kto zna ten wie, że można się nieźle ubawić 🙂 I sen. Rano wstajemy, schodzimy do Ochotnicy Górnej (po drodze tarzając się w śniegu). W kościele czujemy jak jesteśmy uwędzeni. A w trakcie ogłoszeń:

Na remont kościoła ofiarę złożyła rodzina x z przysiółka igrek 23, rodzina zet z przysiółka dzeta 56…

O godzinie 12:30 mamy autobus. Coś się nie on pojawia – za to przychodzi parę osób z torbami na kolejny autobus „ten o 12:30 jest zlikwidowany”. Ten drugi też nie przyjeżdża. To co? Stop. Ale jak tu złapać stopa jak tu nic nie jedzie… :/ Przy sklepie proponuje nam przewóz jakiś mężczyzna – podjeżdża pod nas busem i lądujemy w Krościenku (za 80zł).

Poszukiwania obiadu, potem szybki wsiadamy do autobusu do Katowic (trochę rozlatujący się – przez przerdzewiałą ścianę cały czas mi wiało. Autobus robił jeszcze jakieś kółka (jakieś „zdarzenie na zakopiance”) i w Katowicach jesteśmy po 20. No i dom 🙂 Po drodze zaliczamy jeszcze „dolną płytę dworcaaaaa” w Krakowie.

Zdjęcia dostępne na mojej Picasie, a także u Darii, Patryka, Pawła.

W Tatry – sylwestrowa, spóźniona relacja

Godzina 3:30 – pobudka. Trzeba zdążyć na pierwszą 19 do Bytomia, a potem na pierwsze 820 do Katowic. A po co tak wcześnie? A po to aby się jeszcze tego samego dnia pojawić na jakimś tatrzańskim szczycie… (niekoniecznie wysokim). Na dworcu w Katowicach spotyka się 5 wariatów i jedna jeszcze nie zwarjaciowała…

Ruszamy do miasta pod ziemią

Wsiadamy do osobówki do Krakowa. Na peronie obok stoi sobie TLK do Zakopca (pociąg jadący wolniej niż osobówka, a na dodatek spóźniona godzinę i jeszcze droższy). Będzie nas gonić… Ale my się nie damy… i uciekniemy ze średnią prędkością 50km/h… W pociągu mamy spokój. Współpasażerowie niekoniecznie go mają jeżeli słuchają naszych inteligentnych rozmów… W Krakowie bieg z peronu na peron („W prawo, a nie w lewo!!”). Na schodach uratowałem komuś spadające jabłko… Ale zdążył mi ten ktoś zwiać, więc nie otrzymał go z powrotem.

Pociąg do Zakopanego pustawy. Można się wygodnie rozsiąść i zasnąć… Nie, my nie zasypiamy… my kontemplujemy wschodzące słońce przemieszczające się po nieboskłonie z zawrotną prędkością (a może to pociąg zmieniał kierunki co chwilę, że „nasza gwiazda” raziła mnie cały czas?).

Zakopane. „Szukacie noclegu? Tanio.” Nie szukamy. Mamy, tanio. Po przemieszczeniu się przez miasto i Krupówki (po co one…) dochodzimy do naszego miejsca noclegowego. Do naszego poddasza. Przy wyjeździe będą nas boleć plecy od ciągłego schylania się. Andzię nie będą boleć bo to silna kobieta 😛

Sarni skok na skałę

Chwila na przebranie i ruszamy. Pierwsza trasa to Dolina Białego – Sarnia Skała – Dolina Strążyska + wodospad Siklawica. Wychodzimy koło 12-13, więc powinniśmy zdążyć przed zmrokiem. Testujemy kijki trekingowe – pomagają przy podchodzeniu i przeszkadzają przy robieniu zdjęć. W dolince Białego pełno białego śniegu, a aparaty uparły się na robienie zdjęć niebieskiego śniegu. Dolinką spaceruje dużo turystów. Im bliżej Sarniej Skały tym ich jednak mniej. Ale za to się zmienia struktura ubieranego obuwia – w lakierkach to się nieźle zjeżdża po szlaku, co nie? No chyba, że ma się sanki próbuje się je wykorzystać do zjazdu pomiędzy skałami i drzewami…

Niebo bez żadnej chmurki, więc zaobserwowano widoki na:

  • pana rycerza przyprószonego śniegiem (parę osób na szczycie)
  • smog typu zakopiańskiego w dole
  • kawałek Tatr Zachodnich (m.in. na Kominiarski Wierch, ale jakiś taki dziwny z tej strony)
  • kawałek Tatr Wysokich i może Bielskich
  • no i oczywiście Babią, Pilsko, Gorce.

Przepięknie. Schodzimy krokiem ślizgowym (telemarkiem lub tyłkomarkiem) do Doliny Strążyska (niektórym nawet trzymanie się poręczy nie pomagało). Tam odwiedzamy wodospad, oglądamy ceny w bacówce na polanie i wychodzimy z doliny. Bo cen nie zdzierżymy. Należy też pamiętać aby nie ślizgać się tam gdzie ja, bo może się to skończyć wybiciem biodra 😉 Co nie, Andzia? 😉

Terror i bunt grzańcowy

W grupie naszej znajduje się pewien terrorysta. Znany studentom wydziału IŚiE baaardzo ostry doktorant. Ostry nie tylko dla studentów – dla znajomych także. Kazał to – robiliśmy to, kazał tamto – robiliśmy tamto. Chociaż po pewnym czasie zaczęły się bunty 😉 Ale za dużo nie wskóraliśmy. No więc kazał nam iść przez całe Zakopane do pewnej chaty gdzie kobietom zabierają staniki, a facetom majtki (chyba, że też mają staniki). Ale, że szczęścia ci u nas dostatek – było za dużo chętnych do pozbycia się bielizny, więc nasze majtki przeżyły. I tak samo było kolejnego dnia… Na szczęście 😀

Kolejny dzień. Dojeżdżają kolejne dwie niewiasty. Niewiasty dzwonią w środku nocy nie do tego mężczyzny co powinny (czyli dzwonią do mnie) i mówią, że „już” dojeżdżają. Zajęło im to prawie godzinę 😀 Poświęcający się odbiorowi niewiast mężczyzna pokonwersował sobie z góralami na dworcu.

Robimy śniadanie. Herbatę do termosów też. Gdy przychodzi do podgrzewania grzańca w butli brak gazu. Dzień wcześniej byłem maltretowany przez terrorystę i nie mogłem stać przy gotującym się grzańcu. Stać i sprawdzać czy już dobry… A jak go nie było w okolicy i już miałem łyżeczkę w ręku to nie było gazu. Fatum…

Rusinowa Polana z pasącą się gąską…

Podążamy w kierunku jakiejś drogi, po której poruszają się busiki. Wsiadamy do takiego jednego. Inspektorat Transportu Drogowego miałbym niezłe żniwo w tym zapełnionym po dach busiku… A jedziemy gdzie? Na Wiktorówki. A dokładnie to na Zazadnią (niezła nanazwa 😉 Podążając na Rusinową Polanę po drodze mamy małe sanktuarium na Wiktorówkach. Przy podchodzeniu niejaki terrorysta terroryzował tyły za zbyt wolną jazdę 😉 I za wygłupy 😉 Ale jak się tu nie wygłupiać w takich przepięknych okolicznościach przyrody.

Rusinowa Polana. Cud, miód i śnieżynki… Widok na Tatry Zachodnie i adaś udaję, że wie co gdzie jest. Może mi wierzą. A nawet jak nie to nie mają wyjścia 😀

Czekolada!! Chyba nawet z rodzynkami (czyli drugim owocem, który jem)!

Po odpoczynku spożytkowanym na kontemplowaniu widoków (takich jak na zdjęciach obok) ruszamy w górę. Na gęgę… Gęsią Szyję. Powoli po śniegu, z potem na skroni. z mozołem na… Z mozołem na niczym 😉 Po dotarciu na szczyt rozpościerają się przed nami kolejne widoki. I znowu udaję, że wiem co gdzie jest. Potem mnie jakiś turysta prostuję… Trzeba kiedyś po tych Wysokich Tatrach pochodzić wreszcie, bo kobiety będą mi nie ufać jeszcze w sprawie panoramkowania 😉

Na gęsiej szyi odbywa się też posiłek 🙂 Kanapki takie, kanapki takie, herbatka taka lub inna, czekolada 😀 I sesja zdjęciowa: np. „Adaś + 3 baby z czego co najmniej jedna zimna i ośnieżona”, „3 baby”, „baba zamyślona z inną babą w tle”. Bo widok też na Babią był 🙂

Gimnastyka daje wiele radości

Rozpoczynamy schodzenie. Szlak wydeptany, więc większych problemów nie było. Dochodzimy do jakiejś polanki, gdzie nam odbiło. I zaczęliśmy po niej biegać (w głębokim śniegu) i się rzucać na siebie itp. Mam nadzieję, że nikt z TPN tego czytać nie będzie 😀

Po lekkiej gimnastyce ruszamy dalej wśród drzew ośnieżonych, mostków drewnianych do Doliny Suchej Wody. Ktoś dostaje informację, że w Tatrach lawina paru turystów zasypała. Trzeba się tłumaczyć, że to nie nas. Że my jesteśmy stateczni i rozważni. Hihih…

W Dolinie Suchej Wody dziwią nas pomarańczowo-czarne kratownice „Uwaga! Lawiny” na szlaku którym przyszliśmy z Gęsiej Szyi. Tylko skąd tam mogło coś zjechać? Można prosić o oświecenie? Po kilkudziesięciu minutach dochodzimy do Topolowej Cyrhli. I tam łapiemy stopa 😉 I tu zaczyna się pewna opowieść z cyklu „Wierzę w ludzi”. No to po kolei.

Wierzę w ludzi, cześć II

Wystawiam łapkę. Stojący przy przystanku otwiera okno i mówi, że podwiezie. No to wrzucamy tam 4 osoby. Później sie okazało, że musiały zapłacić… No cóż. Kolejne 2 osoby i jadą z jakąś rodzinką. A ja i żaba ostatnim stopem z Krakusem. Porozmawialiśmy sobie miło o nartach („Zakopane nic nie proponuję – wolę Słowację”), imprezach sylwestrowych („Nie idźcie na Krupówki chyba, że chcecie dostać szkłem”). Słuchaliśmy Trójki (Top wszechczasów). Kierowca był tak miły, że nas wysadził w miejscu gdzie chcieliśmy (nadłożył trochę drogi).

No i po jego odjeździe olśnienie. Zostawiłem tam plecak od Andzi, a w nim moje dokumenty, jej dokumenty i portfel. Czad. Najpierw ciche minuty, potem rozważania kiedy on otworzy mój portfel i kiedy zobaczy tam numer telefonu. Były też myśli o tym aby do Trójki zadzwonić i prosić o kontakt na antenie 🙂 Ale rozważanie przerwał telefon do mnie. „Ma pan bardzo dużo szczęścia. Proszę się stawić tu i tu” 😉

Po drodze z Andzią myślimy co kolesiowi kupić… W sklepie stanęło na jakimś Stocku. Przy odbiorze nie chciał przyjąć, więc zostaliśmy ze sztokiem, którego za bardzo nie lubimy… Może wymienimy? No to ładnie w sklepie poszukujemy sprzedawczyni, która nam sprzedała to… „Eee… to nie ta… tamta była starsza”. Potem sprzedawczynie odsyłają nas sobie aż do kierowniczki. Następnie doktorantka pokazała, że potrafi dodawać: 16+16=34. Zaopatrzeni w 2 wina idziemy witać nowy rok 🙂

Taniec z Benkiem

Ktoś zagadał do księdza (opiekuna naszego noclegu) o jakieś pomieszczenie na tańce i radio. Udało się – mamy też kominek (technika spalania) i potret zawsze czujnego Benedykta XVI. 😀 I całe pomieszczenie dla naszej ósemki. W termosach grzańce z naszych win. Znaczy wina 😉 Terrorysta + jeszcze nie zwariaciowała dali popis tańca. Potem próbowali innych nauczyć czegoś – oporni niektórzy są 😀

Potem wyjście na Wierszyki czyli pagórek z widokiem i termosem. Tu robi ktoś jakieś bum, tam bum. I tak z godzinę. A to Szymoszkowa próbuję pobić Gubałówke, a to Gubałówka Kościeliśko, a to centrum próbuje pobić Wierszyki. Od razu się pokazał tzw. Zakopiański smog.

Wracając z Barbarą postanowiliśmy popatrzeć na gwiazdy leżąc na śniegu. I duch pomocy w narodzie nie ginie po wpływie. Parę przechodzących grupek pyta się czy nam nie pomóc 😉 A my tylko oglądamy gwiazdy. Kilka osób spróbowało też poleżeć chwilę z nami 😉 Ale i tak nic nie spadło.

Pączkowanie przez podział

1 stycznia. Nowy rok. Od rana trwają przekonywania Andzi do iścia na narty lub snowboad. Negocjacje przegrała sekcja narciarska – Andzia zasila górski Terrorystan. Oni poszli na Wielki Kopieniec oraz Nosal. A sekcja narciarska na Szymoszkową. Autor też… 🙂 Wypożyczenie nart na 4 godziny („Damy radę?”) i karnet. Na początku spokojnie – kolejek brak. Stok ładny. Jak na umiejętności adasia to za ostry na początku a potem jakiś taki za płaski. Ale źle nie było.

Jakoś tak co chwile na mnie jakieś kobiety wpadały – a to na stoku, a to jedna wyłożyła się przede mną na schodach („Czy cały aparat? Uff… Cały. A panu nic się nie stało?”). Jakiś tak przyciągający jestem chyba… (Taaa….). W kolejce do wyciągu język polski ciężko było usłyszeć. Cała Europa jeździ na Szymoszkowej: Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi, Niemcy, Węgrzy, Anglicy i jakieś inne nieznane nam bliżej języki. A Polacy jeżdżą w Beskidach czy Białce? 😉 Ciekawe kiedy szanowna pani Żaba udostępni zdjęcia z nart…

Powrót na nocleg a tam jedzonko 🙂 Były 2 rodzaje pulpy. Każda dobra 😉 Chociaż niezwarjaciowana patrzyła na nie jakimiś strasznie wybałuszonymi oczami 😉 Na jajecznicę zresztą też 😉

Żegnamy się z 2 kobietami, które idą sobie na pociąg. Wieczorem smakujemy różne rodzaje win: hiszpańskie, chilijskie, bułgarskie i węgierskie. Poszukiwania wina (bo nam brakło) zaprowadziły mnie do sklepu w okolicy Krupówek. Po drodze zauważyłem, że połowa bankomatów nie działa. A pomiędzy nimi przemieszczają się ludzie z wypisanym na twarzy pytaniem: „ten też nie działa?”.

Powrót czyli jak to pani konduktor nie wie gdzie Dąbrowa Górnicza.

2 stycznia. Czas ruszać. Najpierw wyprawa do bliziutkiej Dziury – Dolina ku Dziurze. No i trzeba ruszać na pociąg. Na tej wielkiej ulicy bez klimatu poszukuję mojego bankomatu… Jest, ale nie działa. Kilka innych też nie. W 2 działających nie chce mi wypłacić. Dopiero trzeci się nie buntuje. Potem próba zakupu biletu w kasie… Kolejki. Rezygnacja.

Wsiadamy do pociągu, przyjmuję zamówienia i lecę męczyć konduktorkę. 3 bilety w promocji „Ty i raz dwa trzy” do Zabrza, jeden studencki do Gliwic (dla nie zwarjaciowanej), jeden do Katowic + pośpiech do Rybnika no i jeden terrorystyczny do Oświęcimia. Oczywiście, żeby nie było za łatwo wszystkie miały być przez Dąbrowę Górniczą Ząbkowice 😀 Konduktora zaskoczona. Chociaż co się dziwić, że biedna kobieta nie wie gdzie Zagłębie 😀

– Panie… A gdzie to jest… Ja tego nie mam.
– Da mi pani rozkład sieciowy to pani znajdę.
– Dobrze. Ale niech pan policzy jeszcze kilometry…

Trochę to trwało. Ale się w końcu udało. Dowiedziałem, się też biletu na pośpiech nie można kupić u konduktorki osobówki. Przekombinowane. Po udanych zakupach (gdzieś w okolicy Nowego Targu) mogę wreszcie zjeść swojego hamburgera. Czyli obiad. Po drodze już troszkę zmęczeni nie powodujemy uszczerbku na umysłach współpasażerów. Bo obok nas piją wódkę i śpiewają czasami. Są poza konkurencją.

W Krakowie bieg na osobówkę do Częstochowy. Mamy ponad godzinę stania. Wysiadamy w Dąbrowie Górniczej Ząbkowicach i wsiadamy po paru minutach do piętrusa do Gliwic. Pustego piętrusa. I tak oto nasza podróż dobiega końca. 😉

Jak ktoś jest zainteresowany zdjęciami to polecam moją galerię oraz galerię Patryka („Eee… ale on tych zdjęć nie przebrał” 😉 ) Wybaczcie, że relacja kilkanaście dni po wydarzeniu… Bo z relacjami jak z winem… 😉