Kabhi Gorce, khabhie deszcz

Czasami fajnie jest wrócić w miejsca w których się już było. Najlepiej jeszcze w innych okolicznościach przyrody. Czyli czasem śnieg, czasem deszcz. Te parę zdjęć to porównanie 2 wyjazdów w Gorce.


Pierwszy raz w tą zimę: z Lubomierza na chatkę Hawiarska Koliba. W śniegu po pas. Czas mapowy 3-4 h. Czas nasz: około 9 h. Szukanie szlaku pod śniegiem. Przedzieranie się przez polany zasypane śniegiem. Duża ilość kryzysów. A potem niewychodzenie z chatki przez kolejne kilkadziesiąt godzin… i gotowanie, gotowanie, pieczenie, smażenie… 😉

W zeszły weekend w podobnej grupie przeszliśmy się z Lubomierza-Rzek na Turbacz. I z powrotem. Pogoda nie sprzyjała zbytnio – połowę drogi lało. Część szlaku pamiętaliśmy z zimowego przejścia – czasami mieliśmy braki (hmm… ze zmęczenia?). Znajdowaliśmy teraz znaki których nie było widać zimą (na kamieniach).



Co jeszcze? A to, że można jechać na stopa z GOPR-em, można ponownie wsłuchiwać się głos na dworcu autobusowym w Krakowie („…odjedzie z dolnej płyty dworcaaaa”). Można w pociągu śpiewać Myslovitz po śląsku (…ulicom pójda w dół, zicna na ławce…) smarować kromki dżemem lub pasztetem, jeść batony na spółę w ilościach niezdrowych. I ogólnie robić siarę 😉 A co… Nie często się jedzie pospiesznym 😀

Więcej zdjęć z Gorców pragniesz ujrzeć? Jesienią oraz zimą.

Płonąca 80-tka Omnitechu

Co można spotkać jadąć autobusem linii 80 KZK GOP z Tarnowskich Gór do Gliwic? Kolejny autobus tej samej linii, ale za to cały w pianie 🙂 Jako, że zrobił się korek to przeszedłem się obok wraku i złapałem stopa po drugiej stronie. Jak wsiadałem to 2 kobiety dosiadły się. I rozmawiając między sobą cieszyły się nawet, że to Volvo się spaliło. W kolejnym autobusie (57) kolejne 2 osoby rozmawiały o tym zdarzeniu i też nie miały cienia żalu. Hihi… cóż za zgodność pasażerów. 🙂

We wpisie są 2 zdjęcia wraku (zobacz album).

Przy okazji: okazało się, że kierowca autobusu miał 0,6 promila alkoholu, a pożar wynikł z powodu niesprawnych hamulców.

Z Taize autostopem na południe – autostopowa relacja, część 3

Pamiętasz co się działo wcześniej? Nie czytałeś? Jak tak można… Część pierwsza oraz druga relacji z wyjazdu autospowego Andzi, Żaby i adasia. Takie nasze wspólne 4500 km. Trochę mi powoli idzie relacjonowanie, ale cierpliwości nigdy dość 😉

No to dojechaliśmy do Taizé około 19 w sobotę. Wysiadamy, zaraz jakaś dziewczyna do nas podbiega i zaprasza do zapisania się. No to podążamy za nią i przekazuje nas Polakowi (sama była chyba Niemką). Dostajemy mapkę, informację gdzie się rozbić i sobie rozmawiamy… Podchodzi kolejna Polka i mówi do tamtego Polaka: „czy zauważyłeś, że to sąsiedzi?” I wskazuje na moją koszulkę z napisem Politechnika Śląska.

Taizowskie osiem dni

Rozbijamy namiot. No i robimy krótki spacer. Pojawiamy się też na wieczornej modlitwie. Właśnie… Nie napisałem co to jest Taizé (a nie każdy musi wiedzieć): jest to międzynarodowa wspólnota ekumeniczna. Może być znana z organizacji Europejskich Spotkań Młodych pod koniec roku w różnych miastach Europy. A oprócz tych spotkań ludzie przyjeżdżają do Taize. Tak jak my. Więcej informacji można znaleźć na stronie taize.fr oraz w Wikipedii.

Wieczorna modlitwa (poranna i południowa zresztą też) robi wrażenie. W skrócie: wchodzisz do kościoła, zabierasz śpiewnik, siadasz sobie gdzie chcesz (na podłodze, nie ma ławek) i śpiewasz w różnych językach (nie znanych wcześniej). Po angielsku, francusku, niemiecku, polsku, hiszpańsku, niderlandzku, rosyjsku, łacinie itp… W śpiewniku, jakby co, masz tłumaczenia (aby nie śpiewać bezmyślnie). Śpiewy są medytacyjne (posłuchaj). Czy coś więcej trzeba wiedzieć?

W niedzielę połaziliśmy po okolicy (białe krowy, TGV z daleka, stare kamienne kościółki) oraz trafiliśmy do takiego parku gdzie zrobiliśmy furorę różnymi ćwiczeniami fizycznymi 😉 Takimi jak wybicie z biodra. Andzia piłkarką jest… Potem był tzw. łelkom, czyli przywitanie grup przyjeżdżających w niedzielę. I załapaliśmy się na sprzątanie kościoła, a chcieliśmy kuchnię… Wieczorem msza z już wcześniej opisywanym komórkowym księdzem (czytał pismo na mszy z komórki!).

Dalej Taize 😉


No dobra. Ale co jeszcze się tam robi. Nasz dzień po kolei? Wstajemy rano (ok. ósmej) na modlitwę poranną. Dziewczyny dziwiły się, że opornie się budziłem (a to do mnie nie podobne na wyjazdach) Warczały na mnie, że opóźniam wyjście 😉 Po modlitwie były śniadania (czyli miska na kakao, bułka, masło, czekolada). Potem oczekiwanie na Extra Food 😉 O 10 spotkanie biblijne (wybraliśmy trochę za bardzo ambitne jak na nasze umysły) a po nim spotkania w małych grupach 10-osobowych. Czyli 5 Polaków, 2 Słowaczki, 3 Niemki oraz Anglik (jaki on akcent miał… boszzzee…) Bardzo mało rozmowny byłem (jak zwykle). Cóż poradzę…

Potem pierwsze sprzątanie: razem z jednym młodym Niemcem dostałem odkurzacz. Znaczy taką machinę odkurzającą. Ja pcham, on odkurza. A potem zmiana. Dostaliśmy teren do sprzątnięcia (trochę przeganialiśmy ludzi znajdujących się w kościele jeszcze) i tak od 13 do 14. A potem obiad (więcej niż cała reszta). Obiad w ogrodzie to: tacka, miseczka, jakieś coś (makaron z czymś, warzywa z czymś, ryż czy ziemniaki z czymś – w zależności od dnia), jakiś serek i inna drobnica. Zazwyczaj dobre 🙂 Nawet niejadek adaś nie marudził (marudził tylko co do ilości). Chociaż w pierwszy dzień pracy nie wiedzieliśmy o obiedzie dla sprzątających. No i tego dla wszystkich już nam brakło. Potem nam cała grupa sprzątających co chwilę przypominała: „Dinner in the garden”. 😉

W planie dnia następnie były spotkania tematyczne. Mi się udało (przez czysty przypadek) trafić na warsztaty pantomimy. Naprawdę 😀 Potem zrywałem dziewczynom wyimaginowane kwiatki (taniej, co nie? 😉 ).

Cluny od tyłu


W poniedziałek po południu zrobiliśmy sobie 3-godzinny wypad do Cluny – okolicznego miasteczka. Ładne. Nie wiedzieliśmy co się tam znajduję, więc łaziliśmy uliczkami. Weszliśmy w jakąś mniej uczęszczaną. Patrzymy → brama. Wchodzimy? Baa… Schody → Wchodzimy. Oo… sklepik z pamiątkami pełny ludzi. Wyjście ze sklepiku do jakiejś sali (koncertowej?). Z tej sali było kolejne wyjście, tym razem do parku (na tych drzwiach był podobno zakaz wstępu – ja nie pamiętam). A w parku stało sobie, jak gdyby nigdy nic, Opactwo. No to zwiedzamy. Jakieś grupy z przewodnikami nas mijają a wszyscy idą w przeciwną stronę. Dziwne… Na dziedzińcu robię zdjęcia skaczącym dziołchom, ze Śląska 😉 Idziemy dalej a tam… kasy. Hmm… Czyli zawracamy i zwiedzamy zgodnie ze strzałkami.

W Taize spędziliśmy 8 dni. Najbardziej nas rozwalały rozmowy z Portugalką (lingwistką). Tak mieszała języki, że uśmiech się pojawiał na naszych twarzach: „People aus Polska” czy też próba wymówienia nazwy pewnego polskiego miasta: Szestoszkowa… Zgadnie ktoś co to za miasto? 😉 Z rozmów, ze Słowaczkami wiemy, że język polski polski jest bardziej śmieszny dla Słowaków niż dla nas słowacki. Śmieszył ich drapacz chmur a nas mrakodrap. Do tego nasze „ślisko, ślisko” to wydzielina z nosa po słowacku. Było takich wyrazów co niemiara. Oprócz tego każdy rozmawiał po jakiemu potrafił – Portugalka po portugalsku rozmawiała z Albańczykiem mówiącym po włosku. Czad… Ciekawym doświadczeniem było pranie: była wielka bala na wodę. I aby ją napełnić trzeba było trzymać ją pod prysznicem na klacie i nogą naciskać włączanie wody.

Po modlitwach można sobie pogadać z braćmi (także z tym głównym). No a ja ustawiłem się przy ścianie, wycelowałem aparat i… karząca ręka Alojza mnie dosięgła. Dostałem okrzycz (po francusku) za robienie zdjęć od samego przełożonego wspólnoty 😀 To coś więcej niż błogosławieństwo. Zdjęcie było bez flesza.

Co jeszcze ciekawego? A na przykład polskie spotkanie z 2 braćmi: jeden (Benua) strzelał takie miny przy pewnej sytuacji, gdzie można było dostać galaretki… Nie jestem w stanie tego opisać – jak Jaś Fasola. Patrząc na niego byliśmy (jak to mówi Andzia) „spulani” 😉 Albo rozmowa z polskim bratem Markiem i jego zdanie, że nie korzysta ze Skypa tylko GTalka.

Śmigające TGV i wyjazd z Taize (z bratem)

W okolicy Taize przebiega linia TGV Paryż-Lyon (LGV Sud-Est). Można było zaobserwować pociągi jadące co 2-3 minuty. Nawet z bliska. Ale zrobić takiemu zdjęcie z mostu to jest wyzwanie. Zanim mój Canon A85 ustawił ostrość to TGV już był za mostem. I weź tu rób zdjęcia pociągom. Na jednym z mostów była też tablica z informacją, żeby nie przechodzić przez płot. Nic dziwnego. Ale ta informacja była m.in. po polsku.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Taize. Monika miała się skontaktować ze swoją rodziną na południu Francji i poinformować ich o tym, że chyba do nich przyjedziemy. Z tym, że pojawił się problem. Tam nie znano innego języka niż francuski (a mieli znać). A my tego języka za bardzo nie rozumiemy. Z pomocą przyszedł nam brat Marek. Przedstawiliśmy mu nasz problem, daliśmy telefon i… mieliśmy wszystko załatwione. Rano pakowanie i ruszamy. Wychodzimy za Taize i pierwszym kierowcą został… czarnoskóry brat z Taize. Jechał do Cluny do pracy (w stroju roboczym – pracował pewnie w jakiejś fabryce czy warsztacie).

W następnym zaczęły się kłopoty. Znaczy jak zwykle ja źle wybrałem miejsce do zatrzymania. Wskutek czego zrobiliśmy sobie kółeczko z pętelką (do tego robiąc pieszą wycieczkę po Macon). Po południu zostaliśmy na jakimś badziewnym zjeździe na drogę ekspresową. W okolicznej wiosce nie było sklepu, więc aby kupić wodę udałem się restauracji. Zapytałem o cenę: 2,5 Euro. Udałem, że nie zrozumiałem i kobieta mi napisała mi cyferki na kartce. No to zakryłem palcem „,5” i kobieta się zgodziła. Tym sposobem utargowałem 50 centów… Cena i tak straszna, ale wyjścia nie było.

Po kilkukrotnej zmianie kartek wybraliśmy jazdę do jakiegoś miasteczka w okolicy: La Clayette. Znowu limuzyna 😉 30 kilometrów i trafiamy do miasteczka z przepięknym zamkiem, kempingiem i zamkniętymi supermarketami. Po 19 nic nie kupicie w takiej miejscowości (tak jest chyba w całej Francji). W poszukiwaniu sklepu przeszliśmy to całe miasteczko wzdłuż i wszerz. Natykając się na grupę młodych pytamy po angielsku o sklep. Na 6 osób jedna zajarzyła o co nam chodzi, przetłumaczyła reszta i zaczęli nam tłumaczyć jak dojść (po francusku, głośno i wyraźnie 😉 ) Doprowadziło to nas do restauracji. Chyba się nie dogadaliśmy. I do tego wina się znowu nie napiliśmy 🙁

Vodka from Holland – polskie skojarzenia

Rano (12, bo wcześniej lało – genialne peleryny mamy – takie Potterowe) jedziemy dalej. Trafiamy na miłych ludzi, a to nas wywiozą na wylotówkę, a to zaproponują nocleg. Niektórzy mówią po angielsku, niektórzy nie. Może to już pisałem, że jak mówią to mylą Poland z Holland. A potem przychodzi im na myśl pierwsze skojarzenie z Polską: VODKA. Są też tacy, których brat ma żonę z Polski albo koleżanka była w Polsce, bo ma tam chłopaka. Miłość polsko-francuska kwitnie 😉

Tego dnia przejeżdżamy z La Clayette przez Charlieu, Roanne do Thiers. Ostatni odcinek był tragiczny. Po wyjściu wszyscy musieliśmy wyzdrowieć. Klimatyzacja, górskie serpentyny oraz nierówna jazda kierowcy zrobiła swoje. Thiers okazało się miastem strasznie wąskich uliczek. To tam znalazłem ciekawy sposób na przestrzeganie zakazu postoju.

Próbując wydostać się z miasta chcieliśmy pojechać miejskim autobusem pod autostradę. Ale autobus zatrzymał się obok przystanku i zanim zdążyliśmy podnieść plecaki odjechał. Wtedy stanęliśmy w środku miasta, za zakrętem, na wąskiej ulicy. Najpierw chciała nas zabrać jakaś para w małym samochodzie z nieotwieralnym bagażnikiem. Próby otwarcia bagażnika nogami nie dały rezultatu. Po chwili zabrała nas pewna kobieta jadąca do Clermont-Ferrand. Nie chcieliśmy się pakować do wielkiego miasta, więc wysadziła nas na stacji benzynowej, zgodnie z nomenklaturą: lekko badziewnej. 1 samochód na 5 minut? Na stacji spędziliśmy noc, rozbijając namiot pod nadajnikiem sieci komórkowej. Ciekawostka socjologiczna: we Francji kobiety kierujące samochodami przeważają. Naprawdę.

Własny autobus z własnym kierowcą, TA Francuzka i Citroen ORANGE

Rano, tym razem około 10 stajemy na wyjeździe i z żartów pokazujemy kartki kierowcy autobusu. No i tym sposobem mamy wieeeelkiego mercedesa z kierowcą. Nasz pierwszy złapany autobus. Kierowca podstawy angielskiego znał, więc nie było się trudno dogadać. Przejeżdżamy obok Clermont-Ferrand z górującym nad miastem dawnym wulkanem Chaîne des Puys. Jedziemy też nową autostradą (nie było jej ukończonej na naszych kilku mapach). Pełno mostów, wiaduktów nad głębokimi dolinami. Piękne tereny Masywu Centralnego. Wysiadamy na zjeździe w okolicy miasta Tulle.

Tam zatrzymuje się samochód z Francuzką. A może Francuzka w samochodzie? W każdym razie opiszę ją, bo to była TA Francuzka 🙂 Opis wyglądu na specjalne życzenie Darii 😉 Czerwona sukienka w białe groszki. Dół sukienki złożony z 2 warstw (jedna to ta w groszki, a pod spodem takie coś podziurkowane też czerwone). Do tego buty: brązowe kowbojki. W samochodzie bałagan. Pomagając jej w porządkowaniu (nieśmiało pomagając) znalazłem gdzieś na siedzeniu jakiś stanik czy też biustonosz 😉 Po drodze z nią słuchamy różnej muzyki od rapu z paryskich przedmieść do coverów przebojów śpiewanych przez wokalistę o śmiesznym głosie (żabim?) 😉 Dostałem też za zadanie poszukanie w jej torebce komórki. Nie było jej tam, ale za to tam też był straszny bur… bałagan. A że była strasznie miła to zaproponowała nam nocleg i tłumaczyła słowa piosenek 🙂 Jechaliśmy z nią 100km do miasta Aurillac.

W Aurillac Andzia zostaje zagadana przez jakąś cygankę, która zaczyna z nią gadać po niemiecku 😉 W czasie łapanie stopa przechodzi obok nas gość z torbą i kartką z napisem Toulusse. Pozdrowił nas i poszedł dalej. Po paru godzinach w słońcu zabiera nas gość, który 2 godziny wcześniej przejeżdżał obok nas. Wysiadamy po 30 km i tam znowu łapiemy dłuuugo. Gdy już chcieliśmy zmienić kierunek to zatrzymał się stary, pomarańczowy, dostawczy Citroen. A z niego wyskakuje kierowca oraz… autostopowicz z torbą powitany wcześniej 🙂 Szybkie przepakowanie dostawczaka i pojawiają się 3 miejsca dla nas. Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów ze strasznie śmiesznymi ludźmi 😀 Po wyjściu wymieniamy się wizytówkami, a za grosiki otrzymujemy centy na szczęście.

Belgijska odsiecz i wreszcie w Sanvensie

Z Figeac zabiera nas Belgijka. Jest tak miła, że chcę nas podwieźć kilkanaście kilometrów dalej niż sama jedzie. Do Sanvensy, naszego celu. No ale się gubimy 😀 I nie znajdując w okolicy żadnego mieszkańca dzwoni do Thierrego (rodzina Moniki) pytając o drogę. Thierry obiecuje, że za 5 minut będzie. No i przyjeżdża i dziekuje Belgijce za dotrzymanie nam towarzystwa. I tutaj zaczyna się rodzinne spotkanie z genealogią oraz francuską kuchnią w tle. To tyle w części 3. Będzie jeszcze jedna. Nie wiem kiedy 😀

Pamiętajcie, że można przeczytać pierwszą i drugą część tej relacji na tym blogu. A także kilka pomniejszych wpisów fotograficznych w kategorii Autostop 😉

Strasburg i Dijon czyli pierwszy kontakt z Francja (relacja autostopowa część 2)

Czytałeś pierwszą część relacji? Nie? Możesz przeczytać, albo chociaż przyjrzeć się mapie 😉 Ten wpis dotyczy kolejnych kilku dni – pierwszy nasz kontakt z Francją, Francuzami, językiem, Marokańczykami, kierowcami autobusów. Od Strasburga przed Dijon do Taize… I to wszystko (no prawie) autostopem w 3 osoby. Więcej wpisów z autostopu po Europie w kategorii Autostop na tym blogu.

Strasburg – bonżur bagietka

16 lipca – dojechaliśmy z rodziną Moniki za most w Strasburgu. I idziemy piechotą w stronę jakiegoś centrum. Powitały nasz krzaki, nierówne ścieżki rowerowe, brak chodników. Krajobraz taki trochę PRL-owy. Niemiło. Jeszcze z nieba coś kropiło – czyli pierwsze francuskie wrażenia średnie. Dochodzimy wreszcie na przystanek tramwajowy. Jaki ten tramwaj dziwny i do tego jeździ po torowisku na murawie… Krótka walka z automatem biletowym: aby wybrać bilet kręci się gałką, a miejsce na wrzucanie monet było niewidoczne dla nas – dziękujemy pierwszej napotkanej Francuzce za wskazanie odpowiedniej dziury 😉 Kupujemy bilet za 3,3 Euro – ważny przez 24h dla 3 osób. Super!


Wsiadamy i jedziemy do centrum w poszukiwaniu informacji turystycznej – chodzi o zostawienie bagaży. Tam nas odsyłają na dworzec kolejowy. Tramwaj przejeżdża prze jakiś tunel i… wjeżdża pod ziemię. Takie metro. Na dworcu prześwietlają nam bagaże. Żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia monitora z bebechami naszych plecaków. Dworzec w Strasburgu to stary dworzec (zabytkowy pewnie) zasłonięty przeszkloną, wielką kopułą/jajem/dżdżownicą… Kilka dworców w Polsce powinno się tak zasłonić.

Ruszamy zwiedzać centrum. Nocleg mamy w samym centrum u Johanna z hospitalityclub.org a umówieni jesteśmy z nim około godziny 20, więc zostało kilka godzin. Uliczka tu, piekarnia – wchodzę i próbuję kupić bagietkę. Podobno najlepiej wyszło mi słowo „Bonjour” wypowiedziane takim tonem, że nawet sprzedawczyni gotowa by była mi kasę oddać. A podobno to trzeba wymawiać tak miło i przyjaźnie 😉 Potem idziemy tą uliczką, tamtą i się zgubiłem. Znaczy kierunki mi się pokręciły. Chwila studiowania mapy i już wiemy gdzie jesteśmy. Jak można to wchodzimy do kościoła protestanckiego. Przy wejściu kartki w kilkunastu językach (w tym polskim) z opisem wnętrza kościoła. Przechodzi mostem nad kanałem, robimy jakieś zakupy w spożywczaku i siadamy na ławce nad kanałem i jemy 🙂 A co? Można na ławce jeść?

Co dalej? Mamy bilet dobowy to jedźmy do dzielnicy instytucji europejskich. Wsiadamy w jeden tramwaj, na pierwszym przystanku (Plac Republiki?) przesiadka. Według tablicy świetlnej do najbliższego tramwaju mamy 24 minuty. Tak rzadko tam tramwaje jeżdżą? Aaa… Pewnie wszyscy tam limuzynami podjeżdżają. No to robimy rundkę po placu. W międzyczasie przejeżdża nasz tramwaj nie zapowiedziany na tablicy świetlnej. „O ty niedobra tablico!”. Czekamy parę minut i nadjeżdża kolejny tramwaj – nie pamiętam czy zapowiedziany. Przy okazji – tramwaje w Strasburgu są inne niż gdzie indziej. Są szersze (przypominają pociąg), drzwi jak w dostawczych samochodach (duże, przesuwane), niska podłoga.

Wysiadamy naprzeciwko Parlamentu Europejskiego. Wchodzimy… W środku tego okrągłego budynku jest… dziura, plac. Monika: „ale muszą tu energii zużywać na ogrzewanie tego budynku” oraz „straszne musiały być obliczenia projektowe zapotrzebowania ciepła i strat – OZC Purmo to im chyba milionami błędów rzucało”. Zboczenie zawodowe 😉

Wychodzimy na plac przed i przechodzimy pod masztami z flagami. I… na jednej z nich tabliczka „Stocznia Gdańska”. A na innym: „Gdańsk, City of freedom”. Nawet był wpis o tym parę dni temu. Przechodzimy z drugiej strony Parlamentu, karminy łabędzie, patrzymy na kajakarzy, barkę („tam płyną terroryści chcący rozwalić parlament!”). Powrót tramwajem do Centrum. Zdążyliśmy przed zamknięciem Katedry wejść do środka. Po drodze w jednym ze sklepów z piwem natrafiliśmy na piwo Tyskie. Tyskie ponad wszystkie – na najwyższej półce stało. Następnie uliczką w poszukiwaniu noclegu. Znaleziony. Teraz tylko po bagaże i miejmy nadzieję, że nikt nas w bambuko nie zrobił.

Halo Johann! Nocny spacer po Strasburgu

Podchodzimy pod dom przed 8 a Johann (tak nasz gospodarz się nazywał) stoi przy drzwiach. Pytanie „czy ty jesteś Johann?”, przywitanie itp. Przechodzimy jakimś długim korytarzem (w ścianie jakieś stare piece). No i wchodzimy do mieszkania. A tam… Jakiś jeszcze jeden gość i Chinka/Japonka, 2 fotele z TGV, stół nie pasujący do niczego, telewizor jakieś szafki oraz bałagan. Chociaż bałagan najpierw 😉 Johann okazuje się informatykiem – to wszystko wyjaśnia?

Dostaliśmy miejsce w living roomie na materacu. Mieliśmy też do dyspozycji kuchnię, łazienkę oraz ubikację. Pogawędziliśmy trochę, podszkolono nas we francuskim, dowiedzieliśmy się, że Johann był kiedyś w Polsce (u ludzi z hospitality)… Następnie otrzymaliśmy klucze i informację, że możemy wrócić kiedy chcemy. Skorzystaliśmy z tej możliwości i ruszyliśmy nocą pozwiedzać Strasburg. Najpierw kierunek Katedra. Około 22 miała odbyć się jej iluminacja w rytm muzyki. Przepięknie było. Kilkaset (kilka tysięcy?) lamp. Potem dzielnica kanałów Petite France. Pod jednym z mostów właśnie do snu układa się grupka prawdopodobnie autostopowiczów. A my z wysepki na wysepkę, z uliczki w uliczkę. I tak do północy. Powrót do Johanna i sen na materacu… Ale cóż to za materac był 😉

Lingwistyczne popisy

Wstajemy rano aby (tak jak się dogadaliśmy wcześniej) pojechać z Johannem na autostradę. Jechał do pracy tamtędy. Około 10 już na stacji i zaczynamy łapać. Pierwszy jest Fireman czyli strażak. Znał to jedno słowo po angielsku 😉 I dojeżdżamy na dużą stację pod Selestat. Z widokiem na zamek, bociany pomiędzy samochodami, supermarket…

W samochodzie strażaka były pierwsze próby nawiązania kontaktów po francusku. Nikt z nas wcześniej do czynienia z francuskim nie miał. Rozmówki w dłoń i mamy nasz wierszyk:

Bonżur,
Wu parle angle?
Że słi Polone.
Wuzale a … (kartka z nazwą miejscowości)?
Za me pel Ana, Że ma pel Monik, Że ma pel Adam

Potrafimy liczyć (ę, du, tła), wiemy, że sien to pies i może jeszcze potrafimy przeprosić (pardą lub eksjuzemła), podziękować (mersi)… I to by było na tyle. No i mieliśmy jeszcze rozmówki 😉

Ślepej kurze ziorko numer 2

No koniec tych lingwistycznych popisów. Wracamy na stację. Czekamy tam w słońcu długo… Samochodów przejechała obok nas straszna ilość. Wszystkie z prędkością 20km/h. Część jeszcze stała na skrzyżowaniu przed nami. I nic. Jacyś nieczuli. Dopiero zatrzymał się Uwe – Niemiec mówiący po francusku i angielsku. Jak to powiedział: „zrobiło mi się was żal”. No i jedziemy VW Transporterem (prawie 300 km) do Dijon.

Po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy na parking. Uwe wyskakuje zza kierownicy, biegnie na tył samochodu, otwiera drzwi i szuka… I… znajduje zagłówki dla mnie i Moniki (siedzieliśmy na siedzeniach bez nich). Genialne. Co nie? I jak to potem powiedział: „to dlatego aby było Wam wygodnie”. Byliśmy jego pierwszymi autostopowiczami.

Dijon – najpiękniejsze miasto we Francji

Uwe wybiera trasę do Dijon (jedzie pomóc znajomym przy winobraniu) nie autostradami, więc jakichś wielkich prędkości nie mamy. Po południu w piątek dojeżdżamy do centrum Dijon (jakieś 100km od celu na niedzielę). Robimy wycieczkę z plecakami po mieście, znajdujemy informację turystyczną (a tam mapę z kempingiem), sklep (tu dowiadujemy się, że półsłodkie są tylko szampany).

No i idziemy na pizzę do restauracji 😉 Nasze wejście do restauracji zostało pewnie zapamiętane przez kelnerów. Zaprowadzili nas jak najdalej, tak aby nas (i naszych plecaków) nie było widać. Zamówiona pizza, ale coś do picia by się przydało, ale nie wydamy 3 Euro za wodę… Małą na dodatek. Na szczęście przynoszą nam kranówę 😉 Po fakcie wyczytaliśmy informacje o wodach w rozmówkach. Woda kranowa jest gratis, mineralna nie. Jakby ktoś odwiedził kiedyś taką restaurację to mu się ta informacja przyda.

A wraz z pieniędzmi za pizzę zostawiamy kelnerowi naszą wizytówkę. Haa… Mieliśmy własną wizytówkę, stworzoną po jakiejś imprezie w Solarisie – burza mózgów, kombinowanie z obsługą Gimpa i wyszło co wyszło. Dostawali ją od nas kierowcy, kelner, ludzie w Taize i inni. Czasami dostawaliśmy wizytówki na wymianę. Mamy dzięki temu zniżki w paru firmach 😉 A jak się udało to rozdawaliśmy też polskie grosze. Kilka razy ludzie kategorycznie odmawiali ich przyjęcia. Trzeba było tłumaczyć, że to „na szczęście z Polska”.

Recepcja kempingu w Dijon już oczywiście zamknięta, ale rozbijamy się gdzieś na kawałku wolnego miejsca. Pijemy nasze wino (jeden korkociąg się ułamał). I sen. Rano ruszamy na dworzec zostawić bagaże i już bez obciążenia zwiedzamy miasto dokładniej. Moim zdaniem Dijon było najpiękniejszym miejscem gdzieś byliśmy. Kilka starych kościołów, kamienice, fontanny, place, pałac, łuk triumfalny… Pięknie. I nie było tłumów. Można się pobawić fontannami. Obok to samo robiły jakieś małe dziewczynki.

Marokończycy wiozą nas…

Spod dworca ruszamy autobusem na granicę miasta (w końcu to miasto ponad 200-tysięczne). I łapiemy naszego pierwszego Marokańczyka w sportowym wozie. Zrozumiałem tylko, że samochód super, ale musi uważać na policję. 😉 Potem kolejny samochód z… Marokańczykami. Tutaj mieliśmy już trochę obaw. Ale wsiedliśmy. I dojechaliśmy przy dźwiękach arabskiej muzyki na kraniec Chalon-sur-Saone. Tego miasta nie polecamy. Czuliśmy się tam mało bezpiecznie. To taki irracjonalny lęk gdy myślisz, że wszyscy Arabowie cały czas się na ciebie gapią. Naszym celem stało się jak najszybsze wyjechanie stamtąd. Wsiadamy do autobusu: kieruje biała kobieta, obok niej stoi arabski chłopak: tłumacz, bodyguard, przewodnik po dzielnicy?

Wysiadamy w centrum. Może i ładnie. Ale mamy klapki na oczach i lecimy na kolejny przystanek aby wyjechać na jakąś wioskę z winnicami (już wieczór się zbliża a mamy mapę burgundzkich winnic ;). Autobus znaleziony, wsiadamy i kupujemy bilet do Buxy, takiej miejscowości kilkanaście kilometrów do Chalon. A płacimy 15 Euro za bilety. No ej… Coś jest nie tak. Ale wsiadamy bo nie mamy lingwistycznych możliwości dogadania się z kierowcą. Siadamy na miejsca, autobus rusza, patrzymy na bilety a tam: Chalon → Taize. Znak? Dyskutujemy czy wykorzystać bilet do końca czy też wysiąść w tym Buxy. Decydujemy i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy w Taize. Dzień przed planem. I tutaj skończę drugą część relacji. 🙂

Relacja autostopowa (część 1)

4400 km, 25 dni, 3 osoby – autostopem. Noclegi w namiocie na stacjach, przy moście, na kempingach, w Taize, bez namiotu na plaży, u gościa z hospitalityclub, u 2 rodzin Moniki oraz w naczepie TIR-a. Kilkadziesiąt samochodów od staroci po limuzyny, 12 narodowości kierowców, kilka różnych języków w użyciu… Osoby biorące udział to: Anna/Andzia, Monika/Żaba oraz Adaś/Adaś 😉 Więcej w kategorii Autostop na tym blogu.

Gliwicki start

Początek 14. lipca na naszej uczelni: chwila oczekiwania na korytarzu i rozmowa ze sprzątaczką: „A wy przyjechaliście z wakacji sprawdzić czy się na studia dostaliście?”. Widocznie strasznie młodo wyglądamy. Ale to dobry znak – kierowcy nie będą się nas bać. Następnie przejazd z rodzicami Moniki na zjazd z autostrady (Rybnicka w Gliwicach). Chwila pożegnań i Golf odjeżdża obrzucając nas błotem spod kół.

Pierwsza kartka (a jest już godzina 12:30): Wrocław. Piąty samochód i jedziemy z maturzystą z Wałbrzycha (przyszłym architektem) wracającym z jakiegoś konwentu gier fabularnych na Śląsku. Jesteśmy jego pierwszymi stopowiczami w jego niewielkim samochodzie. Słuchamy Trójki – może to właśnie dzięki niej nas zabrał (konkurs Wielki Wyścig właśnie trwał).

We Wrocławiu suszymy plecak Żaby wrzucony przez nią do rowu z wodą. Robimy też wejście do hipermarketu w celu skorzystania z ubikacji. Do tych samych toalet udały się 2 inne autostopowiczki (z plecakami w wózku sklepowym). Stacja benzynowa przy A4 na Bielanach w remoncie. Jakaś para w związku z tym stoi na autostradzie (niebezpieczne trochę). My wybieramy miejsce przed stacją (kawałek zakreskowanego asfaltu). 10 minut i zatrzymuje się samochód na nie polskich rejestracjach, z kierownicą po prawej stronie. Czyżby już trzeba było po angielsku nawijać?

Kierowca okazał się Polakiem mieszkającym w Oksfordzie. Jedziemy cały czas 100-105 na godzinę. A wszystkich wyprzedzamy. Po pewnym czasie dotarło do nas, że na liczniku są mile… A w radiu eska leci sobie piosenka: Manchester – Dziewczyna Gangstera. A spiker w radiu na jej koniec: „To był polski Coldplay…”. Wraz z Andzią jak na zawołanie parsknęliśmy śmiechem.

Wysiadamy na skrzyżowaniu w Krzywej (A4/A18). I przed stacją benzynową jemy „obiad” kanapkowy. Na stację wjeżdża VW Transporter na niemieckich tablicach. „On będzie nasz!”. No i się zatrzymał. Andzia po niemiecku pyta się czy potrafią mówić po angielsku. Oni po polsku odpowiadają, że po polsku też potrafią. 2 mężczyzn z Tarnowskich Gór 😀 (dla mniej zorientowanych – ja mieszkam w TG). Jedziemy do Drezna.

Drezno

Około 19 wysiadamy na stacji koło centrum handlowego Na stacji rytuał: oglądanie mapy i robienie jej zdjęcia. Wsiadamy w tramwaj i jedziemy na kemping po drugiej stronie miasta w celu zanocowania. Ale przejeżdżając przez centrum postanowiliśmy jednak wysiąść licząc, że gdzieś zanocujemy 😉 No i zrobiliśmy sobie ponad półtoragodzinny spacer po centrum miasta. Miasta przepięknie odnowionego po nalotach dywanowych w czasie II wojny światowej. Ciekawostką w Dreźnie były wyświetlacze na przystankach autobusowych i tramwajowych z informacjami o najbliższych przyjazdach.


Po spacerze trzeba było dojechać na kemping. Tramwaj → przesiadka → autobus → i jesteśmy na kempingu. Recepcja zamknięta… Ktoś po niemiecku wskazuje, gdzie możemy się rozbić. Nie mamy żetonów na prysznice – trudno. Pozostaje umywalka. Kafelkarze w łazience nie byli zbyt dobrzy, bo woda stała w innych miejscach niż kratki odpływowe 😉

Halo Jola, Halo Hof (błądzenie po okolicach autostrad)

Wstajemy rano… Hmm… 9? I ruszamy autobusem o 10:30. Autobus → przesiadka koło dworca kolejowego → tramwaj → jesteśmy w miejscu, które wydawało mi się dobre do łapania stopa. Wydawało mi się. Robimy spacerek wzdłuż drogi, przestawiamy jakieś słupki drogowców, aby ewentualny samochód miał gdzie się zatrzymać. Nic z tego – idziemy dalej. Dopiero zatrzymuje się nam kobieta w Citroenie C3 z małym dzieckiem na przednim siedzeniu. Odważna, ale nie mówiąca po angielsku. Dowozi nas do Freibergu. Miasto obchodzimy piechotą na drugą stronę. Ktoś się zlitował i wywozi nas na zjazd na autostradzie. Ale na marny zjazd.

Dodam, że w mojej nomenklaturze stacje oraz zjazdy dzielą się na:

  • stacje i zjazdy
  • stacje i zjazdy lekko do dupy
  • badziewne stacje i zjazdy

To był badziewny zjazd. W dodatku z tablicą na Hof – miejscowość ta utkwiła nam głęboko w pamięci. Musimy łapać po przeciwnej stronie drogi – z braku lepszego miejsca. Jeden samochód zatrzymuje się ale po chwili odjeżdża. Czyżbym wystraszył? W końcu po wypróbowaniu kilku różnych kartek zabiera nas ktoś do Chemnitz – mały odcinek, ale zawsze to coś. Chemnitz to zjazd lekko do … niczego. Bo mieszkańcy Chemnitz jadący w naszą stronę (HOF!!) wjeżdżają innym zjazdem po drugiej stronie miasta. A nuż się uda. Udało się tylko na kolejny zjazd w okolicy Zwickau. Zjazd poza moją nomenklaturą – 1 samochód na minutę. W okolicy 2 domy a przy płocie jednego stoi dziadek z lornetką i gapi się na nas. Jest to kolejne dziwne miejsce na łapanie stopa – wysepka na skrzyżowaniu 😀

Ślepej kurze ziorko

Rezygnujemy – idziemy szukać noclegu. W okolicy jest stacja benzynowa (tzw. Autohof). Znajdujemy miejsce w lasku w okolicy stacji. Namiot rozbity i kobiety idą się obmyć. Na stacji spotykają Polkę, która proponuje nocleg w naczepie jej TIR-a. Polka i jej mąż mieszkają w Zabrzu. Andzia też 😉 No to jak adaś wewnątrz naczepy pozamiatał to można nocować. Pierwszy raz w TIR-ze 🙂

Rano idziemy ponownie na ten niemiły zjazd. No i nic. Zmieniamy plan. I łapiemy coś do centrum Zwickau. Zatrzymuje się pierwszy samochód. Tfu… limuzyna. W środku starszy mężczyzna z wielkim Roleksem na ręku. Pokazuję na mapie wjazd, na który chcemy się dostać. Zabiera nas do tej wioski. Okazuje się, że tam nie ma wjazdu. Moja mapa jakaś dziwna 😉 A że potrafił tylko po niemiecku to się nie dogadaliśmy aby nas tam wysadził – mielibyśmy troszkę bliżej. Zawiózł nas z powrotem na nasz ukochany wjazd na Hof. A dokładniej na skrzyżowanie 300m od tego zjazdu.

No nic. Łapiemy autobus do Centrum Zwickau i piechotą wychodzimy na drugą stronę miasta… Ach ten mój GPS w głowie 😉 Zatrzymuje się nam Turek i podwozi nas kilkaset metrów do komisu. Mówi, że za „jakiś czas” będzie jechał na autostradę. Na razie dziękujemy i próbujemy łapać coś innego. Jeden niemiecki kierowca z rodziną przejeżdża obok nas 3-4 razy (chyba się zgubił). Za każdym razem pokazywaliśmy mu kartkę – oni i my się pouśmiechaliśmy do siebie 😉

Po pół godzinie zatrzymuje się nam terenowe Audi Q7. Z niego wyskakuje ten nasz Turek. No i jedziemy w okolice Plauen. Po drodze nie ma stacji benzynowej – wysiadamy na zjeździe. Jak zwykle badziewnym. Tam tablica kierunkowa na… oczywiście, że Hof. Tutaj zaczynamy sobie śpiewać (zmieniając imiona na Helga, Hans itp.) wierszyk:

Halo Jola, Halo Helmut. Das ist Jola. Das ist Helmut.

Nie jedzie nic, więc wyciągamy butlę gazową i przy autostradzie robimy sobie ciepłą herbatę, jakiś gorący kubek czy kisiel. Zmieniamy miejsce na inne aż w końcu wystawiamy kartkę do centrum. Pierwszy samochód się zatrzymuje (nowe BMW) i wywozi nas nawet na dobre miejsce za miastem (nadrabia drogi dla nas, bo inna droga była w remoncie).

Tam stoimy chwilę i zatrzymuje się zielony samochód Ford Fiesta zawalony zakupami. W środku uśmiechnięta Niemka pyta czy się zmieścimy. Daliśmy radę się zmieścić pomiędzy zgrzewkami napojów. Nawijała i się śmiała mimo, że ja i Monika nic nie rozumieliśmy a Andzia piąte przez dziesiąte 😀 Wysiadamy przy zjeździe autostradowym. Robię szybki bieg w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Gdy wracam widzę z daleka TIR-a stojącego obok dziewczyn i mężczyznę zapinającego spodnie i pasek… O co biega!? Gość wyskoczył z rozpiętymi spodniami i mówiąc:

„Das ist szajse plac nach Sztutgart” (pisownia zasłyszana).

Po kilkunastu minutach jedziemy z parą aż 100km za Stuttgart. Chyba się Tirowiec pomylił 😉 A my nazywamy tego stopa: „Ślepej kurze ziorko cz. 1”. Po tej jeździe zachorowałem – cały czas przeciąg, więc się nie dziwię. To samo tyczy się klimatyzacji ustawionej na kilkanaście stopni niżej niż temperatura na zewnątrz… Zachęcam kierowców do postudiowania instrukcji klimatyzacji.

Zostajemy wysadzeni w lesie w okolicy miejscowości Horb. W miejscu gdzie pojawienie się ludzi pieszych powinno dziwić. I dziwiło przejeżdżających kierowców. Wyglądaliśmy jakby nas UFO wysadziło… Ruszamy pieszo w kierunku miejscowości. Po drodze łapiąc. Po kilkuset metrach jedziemy już z jakąś kobietą, która także nadrabia kilka kilometrów i zawozi nas do Lossburga. Tam mieszka rodzina Moniki – celem było odwiedzenie ich. Mamy adres, więc trafiliśmy.

Potem zostaliśmy nakarmieni, napojeni i ochrzczeni pątnikami: „Nam by się tak nie chciało…. Jesteście szaleni”. Dyskusje prowadzone po polsku, niemiecku, śląsku i angielsku. Po angielsku dlatego, bo była tam też kuzynka Moniki z Kanady. Jej konstrukcje zdaniowe łączące 3 języki były genialne 🙂 Jej ulubione słowo po polsku: durne. Stamtąd był napisany krótki wpis na bloga. Rozmowy, śpiewy a sen dopiero o 2. Rano szwarcwaldzkie śniadanie a po nim zostajemy podwiezieni do Strassburga przez góry Szwarcwaldu (jakieś 70km).

Czyli to już Francja…. Czekaj na dalszą część… 🙂 W międzyczasie można obejrzeć zdjęcia z całej wyprawy w albumie Picasaweb. Dokładniejszą relację, spisała już Andzia. Marki samochodów, ilość samochodów itp 😉

Dworzec kolejowy w Strasburgu

Dworzec kolejowy w Strasburgu jest lekko dziwny. Stoi sobie zabytkowy budynek dworcowy z XIX wieku. A nad/przed nim zbudowano przeszkloną kopułę/półjajo (na zdjęciu obok) zasłaniającą stary dworzec. I w niej znajduje się wejście na stację podziemnego tramwaju.

Ciekawe rozwiązanie – może i wygodne dla podróżnych. Ale sam wolałbym oglądać odrestaurowany stary dworzec niż to szkło. No chyba, że dałoby się tak zrobić z Centralnym w Warszawie czy też z dworcem w Katowicach. 😉

Technologia w Taizé

Godzina 22, niedziela któregoś tam lipca. Kościół w Taizé we Francji. Odbywa się msza święta po polsku.

W trakcie mszy zauważamy wysokiego (2m?) księdza, który bawi się komórką. Może za chwilę ją schowa… Nie… Pokazuje księdzu siedzącemu obok – wymieniają jakieś uwagi. Dziwne zachowanie.

Trwają czytania. Po polsku, rosyjsku i jeszcze jakiemuś. W pewnym momencie ksiądz od komórki mówi coś (jakąś część mszy – nie wiem co to było) patrząc na swoją komórkę. Po czesku lub słowacku. Hmm… Chwilę później – ewangelia. Polski, rosyjski… I podchodzi ten czeski/słowacki ksiądz i czyta ewangelię z komórki w swoim języku. Zaskoczenie totalne. Czyżby jakiś programik z czytaniami czy też internet?

Parę dni później. Spotkanie z polskim bratem z Taizé. Rozmowa o innych braciach. Jeden często podróżuje – obecnie jest gdzieś w południowo wschodniej Azji. No i taka rozmowa:

– Czy rozmawiają jakoś bracia z nim?
– Tak, przez internet. Nawet dzisiaj z nim rozmawiałem.
– Przez Skype?
– Nie… Gmaila… Lepsza jakość…

Wiek tego brata to jakieś ponad 50 lat…

ps. Informacyjnie dopiszę, że zdjęcie we wpisie nie przedstawia tej mszy a próbę chóru. Msza odbywała się w innej częsci tego kościoła…