Styczniowa Andaluzja – Sewilla, Granada, Kordoba – czyli trochę słońca zamiast śniegu

Mając możliwość kupna tanich biletów Ryanairem można się pokusić o poszukanie miejsca z daleka od zimy. I ruszyć tam celem jego poznania. Jeszcze lepiej gdy ma się w danym miejscu znajomego. Tak był w jednym tygodniu stycznia – wylecieliśmy za śmieszną cenę do Sewilli (hiszpański region Andaluzja). Trasa lotów: Kraków → Düsseldorf Weeze → Sewilla → Bergamo → Kraków. Loty jak loty – wsiadasz, opierasz głowę o ścianę samolotu i zasypiasz w trakcie prezentacji strojów kąp^^^ratunkowych. Międzylądowanie w Weeze – „jaaa… wojna jakaś… ile tu bunkrów – gdzie jeeeeest terminal!”.

Kontrola bagażu zarekwirowała mi jedną rzecz. Pasztet. A rozmowa z celnikiem wyglądała mniej więcej tak.

(jakieś szprechania po niemiecku)
– Inglisz?
– OK. Czy mam Pan jakieś płynne rzeczy w bagażu?
– Nie, wszystko w tym woreczku jest (cud, nawet go wyciągnąłem do kontroli).
– Proszę rozpakować.
(z uśmiechem na twarzy celnik ogląda futerał z obiektywem i jakieś inne duperele).
– Co to? (wskazuje na pasztet w plastikowym opakowaniu)
– Ojej… nie wiem jak jest „pasztet” po angielsku…
(czytamy małe literki składu – po polsku niestety)
– To jest takie coś z kurcząt.
– Pastet… Hmm… To jest półpłynne. A jak jest półpłynne to jest płynne.
(uśmiech na twarzy)
– Czy chce Pan wyjść i to zjeść?
(żartujesz koleś? łyżeczką jeść pasztet bez chleba?)
– Nie, może Pan wyrzucić.

Tym sposobem pasztet został na ziemi niemieckiej.

Sewilla – miasto katedry z minaretem

W Sewilli byliśmy około 18-19 – szybkim krokiem na przystanek autobusowy (co 30 minut) i do centrum (za 2,40 euro). Dookoła już ciemno, ale dostrzegamy wzdłuż drogi drzewa pomarańczowe z… pomarańczami oczywiście. Tego nie zobaczysz na polskiej ulicy – a co dopiero w styczniu. Z okolic dworca Santa Justa odbiera nas Dominik – noclegodawca. Mieszka w zimnym mieszkaniu bez kaloryferów z jednym Polakiem oraz Francuzem. W okolicy dworca zakupujemy w najtańszym supermarkecie DIA „stejki” na kolację.

Po kolacji ruszamy w miasto… na pokaz tańca flamenco. Rozpoczyna się w jednej restauracji/barze około 23. Miejsce nie mialo tablicy informacyjnej na zewnątrz. Ludzi pełno. Stoimy przy barze bo innych miejsc nie ma (ale i tak miejsce dobre do oglądania). Tańczy kobieta, jeden koleś gra na gitarze a drugi klaszcze, tupie i śpiewa. Nie wiedziałem, że to taki smutny taniec. Przed rozpoczęciem tancerka poprosiła, aby nie filmować – zdjęcia można robić. „I proszę być cicho i nie rozmawiać”. Następnego dnia, w przewodniku odnajdujemy zdjęcie tancerki i śpiewaka… Znani 😉

Pokaz trwał około godziny – druga część miała się odbyć około 2 w nocy w mniejszej sali. My ruszamy na pierwszy spacer, na jednym placu próbujemy pomarańczy, ja robię zdjęcie jakimś hiszpańskim dziewczynom idącym/wracającym na imprezę. Nocą miasto świetnie jest oświetlone – szczególnie Katedra i Giralda – czyli minaret katedry sewilskiej. Tak… Kiedyś tu był meczet, wieża jest pozostałością. Na jednym z placów Dominik pokazuje nam pałac (ratusz?), na którego jednej ze ścian ilość zdobień się zmienia (z lewej nie ma, z prawej są… albo na odwrót?).

Rankiem (heh… 10-11?) spacer niedzielny. Tj. najpierw na jednej z głównych alei festyn dla dzieci (ruch samochodowy zatrzymany), potem pierwszy park i wchodzimy teren Plaza de España (Plac Hiszpański) – czyli placu otoczonego przez pałac. Zbudowano go w latach 20. XX wieku na wystawę Iberoamerykańską (chociaż nie za bardzo potrafię znaleźć informację czy się taka odbyła). Później kręcono tutaj nawet sceny Gwiezdnych Wojen (Planeta Naboo). Ja tych filmów nie oglądałem, więc w sumie się nie znam…

Dookoła placu ceramiczne obrazy oznaczające wszystkie hiszpańskie regiony, można popływać łódką lub rowerkiem dookoła placu. Miejsce niezłe – nie wiem do czego ten pałac służyć – czy ma tylko wyglądać? Obok park Marii Luisy – zbudowany też na wystawę, ale Expo (Światową) w 1930. W słoneczny dzień pełno ludzi spacerowało, karmiło kaczki czy inne ptactwo.

Przechodzimy teraz z tyłu uniwersytetu do jednego z kościołów – dziwne mają msze… Zero śpiewów. Smutno jakoś. W jednym z barów dowiadujemy się, że są różne ceny przy barze, przy stolikach i na zewnątrz. Wchodzimy do sewilskiej katedry. Wysoko, kamienne filary. Wewnątrz jest grobowiec Krzysztofa Kolumba (ale chyba bez ciała). Ciekawym miejscem jest umieszczone lustro można sobie popatrzyć na katedrę pod innym kątem. Wewnątrz urządzono też wystawę – najciekawsze tam dla mnie były rysunki (prawie jak z AutoCada) z okresu budowy budynku. I niby to my teraz jesteśmy nowocześni…

 


Aby wejść na Giraldę, czyli wcześniej wspominaną dzwonnicę (dawny minaret) nie pokonuje się żadnych schodów. Nie ma też windy. A co jest? Podjazd/pochylnie? Dla niepełnosprawnych? Gdzie tam… muezin miał tam wjeżdżać na koniu, wiec miał równiej… 😉 Widok z góry na całe centrum Sewilii – na dachach pranie, baseny, stoliki itp… I wąsko wszędzie. Dziedziniec z boku katedry to… ogród pomarańczowy. Dalej spacerujemy… a to lody, a to wino… Tapas w barze na Gwadiwalkarze w okolicy wieży Torre del Oro. I kiedyś przypływały na to nabrzeże statki wypełnione skarbami z Ameryki… no no no 😉 Nieźle wygląda nocą oświetlone budowle w Sewilli – i mosty oraz Plaza de Espana. Wracamy się wyspać przed podróżami…

Cordoba – miasto z katedrą wewnątrz meczetu

Wstajemy wczesnym, jak na Hiszpanię, rankiem i na stacji Santa Justa (10 minut pieszo od naszego noclegu) wsiadamy do pociągu regionalnego (AVE było droższe). Ciekawostka: na kartę Euro26/EYC była zniżka na bilet, ale tylko do 25 roku życia. W pociągu rolety oknach, automat ze słodyczami/napojami, rozkładane stoliki i rozkładane siedzenia. Skorzystaliśmy z tego ostatniego udogodnienia o odespaliśmy troszkę.

Cordoba (a po polsku Kordowa) powitała nas mgłą i zimnem (coś koło 10 stopni + wiatr). Pierwszym obiektem do zobaczenia była Mezquita czyli meczet z katedrą w środku. Wiedzieliśmy, że podobno do godziny 10 jest wstęp bezpłatny. No to sprint i zdążyliśmy. Do 10 można do katedry wejść „w celach religijnych” gratis. Później cena kilka (albo nawet 10) euro. Więc kto rano wstaje temu… 😉

Zaraz po wejściu rozstawiłem swój statyw aby w ciemnościach meczetu robić zdjęcia dostałem okrzycz „No tripod, no tripod” :/ No to od tego momentu musiałem się bardziej przytulać do filarów (widocznie tak można) aby utrzymać aparat w miarę długo…

Wewnątrz meczetu/katedry można podziwiać przepiękne arabskie zdobienia, jest miejsce wskazujące w jakim kierunku muzułmanie (mihrab). Ciekawostka – mihrab w Mezquicie nie kieruje w Mekki co jest dziwne. Teraz gdy meczet jest oficjalnie katedrą to nikt się tam chyba nie modli… ale któż to wie…

W części katedralnej usłyszałem język polski. Było to starsze małżeństwo ze Szwecji. A na dodatek pracujące wcześniej na uniwersytecie w Linkoping (byłem tam niedawno u znajomego parę miesięcy wcześniej).

Przed katedrą ogród z pomarańczami – to chyba standard tam. Nad Mezquitą góruje dawny minaret – oczywiście na planie kwadratu. A same ściany/mury robią niesamowite wrażenie (szczególnie gdy się spojrzy na islamskie symbole przy wejściach do chrześcijańskiej katedry…).

Wyszliśmy. Jeść. Poszukiwania supermarketu nieudane wiec w bageterii przygotowano nam bułki z bekonem/szynką/czymś mięsnym oraz innymi rzeczami (rzucały się w oczy jakieś zielone „wodorosty” – była to pieczona/smażona papryka zielona). Spacerując wąskimi uliczkami zaglądamy do patio domów – ukwieconych (patio – „dziedziniec” domu, na który wychodzi większość chyba okien – placyk otoczony z każdej strony budynkiem i bez dachu zazwyczaj). Kwiaty też są na ulicach – stoimy przy uliczce z pelargoniami na ścianach. Ładnie to wygląda, robimy zdjęcie i gdy ruszamy w głąb „pożera” nas wycieczka Japończyków. Okazuje się, że uliczka jedną z atrakcji miasta – żelazny punkt 🙂 „Tak o” ją zauważyliśmy.

Na placach miasta pomniki, knajpki, kościoły, wieże (kiedyś oczywiście minarety – w tej części arabskiego świata minarety stawiano na planie kwadratu – okrągłe są np. w Turcji). Podchodzimy po Alcazar – twierdzę/pałac z ogrodem. Niestety w poniedziałki był nieczynny. No to ruszyliśmy w kierunku mostu nad rzeką. Pogoda się poprawiła – świeciło nieźle słońce. Osobniki ciepłe (czyli ja) namówiły osobniki mniej ciepłe (reszta) do pozbycia się wierzchnich nakryć, by na zdjęciach wyglądać na bardziej uradowanych temperaturą jaką u nas w styczniu rzadko spotkać można. Rzeka, która przepływa przez Cordobę to Gwadalkiwir – ta sama, która przepływa przez Sewillę. Prawdopodobnie jakiś czas wcześniej musiała wylać ponieważ było trochę porozrzucanego piachu po bulwarach. Nawet jeden mały budynek miał piachu w sobie po połowę pierwszego piętra (ale to budynek bezpośrednio nad rzeką – wykorzystywany do kontroli przepustu, a może dawniej młyn).

Most nad Gwadalkiwirem przypominał Most Karola w Pradze (dawno go widziałem, wiec może to tylko wrażenie). Bardzo nadaje się do robienia na nim i jemu zdjęć. Widok z mostu rozciąga się na całe stare miasto. Więc jest nieźle i można się powygłupiać 😉

W Kordobie jest jeszcze kilka zabytków, których niestety z powodu odjeżdżającego autobusu o 17 nie odwiedziliśmy. Autobusu wiozącego nas do Granady. Zdążyliśmy jeszcze posjestować w knajpie, przejść całkiem innymi uliczkami wchodząc na jakiś bardziej współczesny plac w nowszej części miasta, zahaczając o supermarket. Następnie w parku, na ławce skonsumowaliśmy posiłek i ruszyliśmy dalej.

Granada – odpoczynek w pałacu z widokiem

Przejazd autobusem przez wyżynne tereny Hiszpanii pokazuje, że tu chyba nie ma nic płaskiego… Ok. dwudziestej dojeżdżamy na dworzec autobusowy w Granadzie. Rozmawiamy z kobietą w informacji turystycznej na dworcu – za mapkę na której nam wszystko wytłumaczyła chce 1 euro. :/ Jeszcze chciała nam wcisnąć zwiedzanie miasta na Segway-ach – weź wytłumacz kobiecie, że wcale nam nie zależy na tym by godzinę sobie pojeździć (szczególnie, że 15 euro to w sumie nie jest też mała suma 😉 ).

Dworzec autobusów dalekobieżnych jest oddalony od ścisłego centrum miasta o jakieś 3km. Potrzebujemy autobus – u kierowcy kupujemy kartę zbliżeniową (5 euro – 7 przejazdów) + 2euro kaucja. Gdybyśmy kupili/doładowali kartę od razu za 10 euro to przejazdów byłoby już 15-16. Niezły patent – kierowca oddaje kaucję za kartę gdy już jej nie potrzebujemy. Dla turystów super rozwiązanie. W PL trzeba chyba zawsze wniosek o taka kartę wypełniać – i to nigdy nie u kierowcy czy w automacie…

Bez problemu trafiliśmy do hostelu – 12 euro za noc. Warunki hostelowe + śniadanie + taras na dachu z widokiem na centrum (łazienka na korytarzu). Nie ma tragedii finansowej 🙂 W PL jest coś w podobnej cenie w jakimś w miarę ciekawym mieście trudniej znaleźć. A to ścisłe centrum.

Wieczorem spacer po mieście, który przemienił się długi spacer po wymarłych ulicach tj. Katedra Santa María de la Encarnación. Weszliśmy też na na wzgórze schodami pomiędzy domami (aż do ślepej uliczki z widokiem na miast i rowery i pranie na dachach) oraz pod jedną z Bram Alhambry. No i powrót. Ja jeszcze zdążyłem się ustawić do nocnego zdjęcia jednej z fontann – a ona w czasie ustawiania ostrości zrobiła pstryk… I się wyłączyła na złość. Wieczór był zimny.

Rankiem wczesnym spakowaliśmy się i ruszyliśmy się do Alhambry – tak aby zdążyć przed prawdopodobnymi kolejkami do kas. Alhambra to twierdza, pałace i ogrody (oraz inne mniejsze budynki). Miejsce zachwycające architekturą (mury twierdzy, zdobienia pałaców, zbiorniki wodne oraz fontanny… Ogólnie nieźle 🙂 Przejście całego kompleksu (do którego wlicza się także pałac Generalife na pobliskim wzgórzu) zajęło nam około 4h. Można dłużej bo i można poleżeć na słońcu, i posiedzieć w ogrodach…

Robiąc zdjęcia zostałem zaczepiony przed dwie dziewczyny – Niemkę i Koreankę. „Czy jesteś profesjonalnym fotografem?” (akurat leżałem prawie przy jakiejś fontannie 😀 ). Niemka sama stwierdziła, że spróbuje zrobić zdjęcie podobne jak ja. Męczyła się by przyjąć podobną pozę strasznie 😀 Zapytałem skąd jest – podała nazwę „Black Forest”. Cholera… Gdzie to może być… Aaaa…. Szwarcwald. Trzeba było mówić tak a nie po angielsku 😉 Później spotkaliśmy je jeszcze na wieży twierdzy, gdzie oddawały się przyjemności jedzenia śniadania.

Kawałek dalej zainteresowałem się pewnymi owocami wiszącymi na drzewie (bez liści akurat wtedy). Ni to pomidor, ni to brzoskwinia ani nawet jabłko… Dziwne. Pewna kobieta widząc osobę z grymasem na twarzy „co to do cholery jest?!” postanowiła pomóc. „Kaki”. „Eee….”. „Ten owoc to Kaki a po angielsku to tak” (najpierw chyba mówiła po hiszpańsku a potem szybko przeszła na angielski. Kobieta okazała się Belgijką obecnie mieszkającą we Francji. A w Granadzie jest na wakacjach ze swoim mężem – bankowcem-emerytem (Anglikiem). Wcześniej mieszkali i pracowali w różnych krajach – pamiętam chyba tylko Madagaskar. A ich córka/synowa pracuje w Unicredito i często przyjeżdża do Polski (pewnie do Pekao S.A.). „Po to aby u Was było Better” „Ale u nas już jest dobrze 😉 „, „No to aby by było bardziej better” 😀

Widok z Alhambry był cudowny. Bo i cała Granada, i Sierra Nevada (ośnieżone trzytysięczniki), okoliczne wzgórza i góry oraz widoczna reszta zabytku. Po wyjściu ruszyliśmy ścieżką (pod jednym z mostów Alhambry) w dół w kierunku Albaicinu – charakterystycznej dzielnicy białych domów. Zwiedzanie miało polegać na przejściu trasą polecaną przez przewodnik. A wyglądało: „patrzcie… schody… chodźmy nimi w górę – tam będzie fajny widok” – i tak kilkukrotnie aż weszliśmy na plac z Kościołem w tej dzielnicy. Tam w jednym z barów napój orzeźwiający + tapas (tym razem pieczona bułka tarta z czymśtam). Schodząc do centrum (mapa z przewodnika nie obejmuje wszystkich dróg) trafiliśmy na uliczkę na której poczułem się trochę jak na arabskim targu. „Aj hew wery czip prajs for ju, maj friend.” Sprzedawano herbatki, przyprawy, pamiątki, skórzane rzeczy itp. Jedyną różnicą było to, że jakoś czyściej, krew z krowich półtusz nie płynęła środkiem.


Przed wejściem do katedry trafiliśmy na sjestę – odpoczęliśmy dzięki temu w słońcu na jednym z placów. Opalanie w styczniu… Nieźle brzmi, co nie? Omijamy obok katedry starsze kobiety wciskające każdemu jakieś gałązki. Wg. informacji od Dominika miały one chcieć wróżyć i chcieć kasę… Nasza przyszłość jest jasna – wchodzimy do Katedry. Nie lubię białych, otynkowanych wewnątrz kościołów. Wolę cegłę, kamień – katedra w Granadzie to nie to. Ale warto bo ołtarz, bo wysoko, bo… Po wyjściu jeszcze Capilla Real z zewnątrz, przejście paroma uliczkami, informacja turystyczna (dają gratis mapy). Następne knajpa, w której Łukasz wziął sobie wino z „najwyższej półki”. Takiej wysokiej, że barman wchodził na bar, a wino okazało się brandy czy czymś takim innym obrzydliwym 😉 Tapas tym razem to jajko w majonezowym sosie, ryba w innym sosie + czipsy. I to wszystko na jednym talerzu.

Posewillowane…

Co dalej? Supermarket znaleziony przez przypadek (ogólnie to jakoś strasznie trudno nam wychodziło znajdowania spożywczaków). W autobusie oddajemy kartę i wsiadamy w kolejny autobus (tym razem aż 3h) do Sewilli. Na miejscu jesteśmy chwilę po 23. „Idziemy pieszo?” „Eee… Zgubimy się w tej części miasta…”. Ten dworzec jest po przeciwnej stronie centrum niż dworzec kolejowy Santa Justa (oraz nasz nocleg). Trochę się pogubiliśmy – jeden barman wyraził zdziwienie, że szukamy drogi PIESZO do dworca. W nagrodę za wskazanie drogi odwiedziliśmy jego knajpę celem uraczenia się smakiem Sangrii. Cóż to Sangria? Wino, z dużą ilością pokrojonych owoców (jabłka, pomarańcze itp.), lodem, czasami sokami… Świetnie gasi pragnienie. Tego wieczora spotkaliśmy również kibiców jednego z sewilskich klubów, z których największe wrażenie zrobiły na nas starsze panie w szalikach klubowych. Tego dnia odbywał się mecz: Sevilla FC – Villarreal CF. Kolejnego dnia grały takie zespoły: Betis Sevilla vs. FC Barcelona.

Ostatni dzień – ruszamy ponownie do Centrum Sewilli. Wczesnym rankiem idziemy z Dominikiem w kierunku biblioteki uniwersyteckiej, bo w niej jest internet i można się uczyć 😉 Po drodze Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, a przed wejściem… lodowisko. Tylko z dachem. A tu sobie świeci słońce i jest koło 20 stopni. W PL w takiej temperaturze to chyba wszystkie lodowiska znikają… Chodząc ulicami Sewilli, a także innych miast musieliśmy się przyzwyczaić do nie zwracania uwagi na światła na przejściach. One nie są nikomu tam potrzebne. Nawet policjanci nie zwracają na przechodzenie na czerwonym uwagi.

Obranym celem jest Alcazar – czyli zespół pałacowy z ogrodami. Najpierw wystawa ceramiki andaluzyjskiej. Pisałem, że uwielbiam ichniejsze zdobienia (czy to na ścianach budynków, posadzkach)? Jak nie to piszę. 🙂 Pałac oczywiście w stylu, który przypomina mi Maroko. Pisałem, że uwielbiam? Pisałem przy okazji Alhambry. Tym razem nie było „No Tripod”, więc było mi wygodniej i dlatego zgubiłem resztę grupy 😀 Przez to pominąłem piwnice/podziemia/cośtam. No żesz… Na terenie Alcazaru są też ogrody – w nich pasą się pawie, a „turysty z Polska” raczą się smakiem San Miguela. W Hiszpanie ma zakazu picia alkoholu w miejscach publicznych, więc 😉

Arena walk byków Plaza de Toros znajduje się nad samym Gwadalkiwirem. Ciekawe miejsce, ale chyba na zdjęciach robi większe wrażenie (że jest większe). I ciekawostka – o ile dobrze pamiętam arena nie jest okrągła całkiem 🙂 Wraz ze zwiedzaniem zwiedza się muzeum walk byków – troszkę eksponatów wewnątrz jest.

Przechodzimy na drugą stronę rzeki – gdzie jakiś koleś puszcza bańki mydlane na ulicy. Jedna udaje mi się uchwycić (bańkę) – chyba jednak nie znalazło to uznania w oczach bańkarza – przestał. Z drugiej strony rzeki widać ładnie panoramę nabrzeża i centrum z wyróżniającą się Giraldą (minaret katedry) i Torre del Oro. Obiad jemy w jakimś „fast-fudzie” w okolicy stacji metra Puerta de Jerez. Tak, mają w Sewilli linię Metra oraz linię tramwajową (z 4-ma przystankami – na szczęście ją przedłużają).

Korzystając ze zbliżającego się wieczora ponownie gubimy się w sewilskiej „medinie”. Oczywiście po drodze knajpa z winem czy innymi trunkami w jakiejś jednej z bocznych uliczek jak najbardziej była potrzebna do podbudowania sił 🙂 W Maroku piłem codziennie 3-4 herbaty. W Hiszpanii też 3-4… ale kieliszki wina/piwa… Co kraj to obyczaj (turystom w Polsce to by pewnie lano wódkę 😉 ).

Wieczorem supermarket – chciałem spaghetti zrobić. Ale nikt nie chciał, to rzeczy nakupiłem dla jednej osoby. Z tym, że sos okazał się… cały daniem już z makaronem… (ale okazał się już w trakcie gotowania normalnego makaronu) Tak to jest jak się zna po hiszpańsku „una cerveza por favor”. 😉 W mieszkaniu Dominik ze swoim francuskim współlokatorem prowadził rozmowy (po hiszpańsku) dotyczące różnych spraw. Dla mnie szokiem było to, że rozmowę rozumiałem. I czasami coś dopowiadałem – ale po polsku/angielsku. Jednym z takich tematów był dubbing/lektor w filmach – Francuz nie rozumiał jak można oglądać filmy z lektorem zamiast z dubbingiem. „A to chociaż macie lektorów damskich i męskich? Nie? Masakra…” 😀

Co dalej? Koniec. Ranny autobus na lotnisko i lot do Bergamo. O pobycie chwilowym w Bergamo już pisałem. Polecam również album ze zdjęciami z Andaluzji 🙂 Nie wszystko udało się zwiedzić… ale i tak było to jedno z fajniejszych miejsc, które odwiedziłem 🙂 Nie za dużo tekstu? Wybaczcie…

Jedna myśl do “Styczniowa Andaluzja – Sewilla, Granada, Kordoba – czyli trochę słońca zamiast śniegu”

  1. …i zapomniałeś dodać, że „una cervesa” to było Twoje ulubione i najczęściej używane wyrażenie w języku hiszpańskim! Teraz tekst jest pełny 🙂 Było przepięknie, interesująco, kosmopolitycznie (szczególnie w Grenadzie), nic dodać nic ująć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *