Lisia Babia Góra we wrześniu

Gdzie jest pięknie? W górach. Szczególnie jak się trafi na dobrą pogodę i towarzystwo. We pewien wrześniowy weekend wybraliśmy się na Babią Górę – najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego (i najwyższy szczyt w Polsce jeżeli pominiemy Tatry).

Dojazd z przygodami – 1. samochód postanowi przetestować skrót, którym mieliśmy jechać wieczorem na chatkę w Lachowicach.

Zdziwienie wywołał w nas objazd. Po zasięgnięciu języka u jednego tubylca („Tam skrót do Zawoi… O tam… Kaj ten samochód pojechoł. Pojedziecie tam kawałek wonsko. a potym bez wode i bedziecie na tyj drodze.”). To „bez wode” okazało się przejazdem przez rzekę/potok wpław. 😀 Samochód przeżył – bo płytko i płytami wyłożony potok. Ale za chwilę utknął w korku na tej polnej drodze… w korku. 😀

W Zawoi oczekujemy przyjazdu drugiego pojazdu pod kościołem. Przejechali… i musieli się cofać prawie z Krowiarek 😀 No W każdym razie znaleźliśmy się i ruszyliśmy z okolic Dyrekcji BgPN. Najlpierw leniwie zielonym szlakiem na Markowe Szczawiny. Jest tam niedawno zbudowane od nowa schronisko. Wyglądało pozytywnie tylko klozet za 1-2zł :/ No i otoczenie trochę mało zagospodarowane zielenią (ubita ziemia).

Następnie Percią Akademicką – szlak jest miły i przyjemny. W jednym cz dwóch miejscach są łańcuchy (nie do końca potrzebne) no i klamry („poczekajcie na dole aż wejdę i wam zdjęcia z góry będę robił”). Częściowo schodki, powalone głazy. Nie jest to jakiś straszny szlak.

Troszkę denerwuje czekanie na idących w przeciwnym kierunku (przyjęło się, że szlak jest jednokierunkowy, ale nie ma chyba takiego oznaczenia… więc nie ma co narzekać).

Co było na Diablaku (czyli szczycie głównym Babiej Góry)? Ha 🙂 Kamienie, widoki, ludzie i … lis. Lis skrytożerca. Podchodził do ludzi i poszukiwał kanapek z pasztetem (te są jego ulubione). Adze próbował zakosić – nie dała! Zuch dziewczyna!

Jednak część (nieodpowiedzialnych) osób rzucała mu jakieś rzeczy do jedzenia. On jak gdyby nic przechadzał się pomiędzy fotografami szukającymi w miarę dobrego kadru.

Widoku ze szczytu bardzo oszałamiającego ze szczytu nie było, ale nie ma co narzekać. Można się i tak cieszyć! Lekki zarys Tatr, Wielkiego Chocza czy Małej Fatry. I nie wiało! Cud 🙂

Schodzimy – plan był aby przejść przez Małą Babią, ale stwierdziliśmy, że czasowo nie damy rady (aby nie złazić po zmroku). Weszliśmy tylko na Małą (czyli Cyl) i czerwonym na Markowe Szczawiny. Po drodze – jak zwykle w takich wyższych górkach spotykało się, któryś już raz wyprzedzanych turystów. Z Markowych zeszliśmy troszkę inaczej – tj.czarnym szlakiem i potem niebieskim do parkingu. Też ładnie.

Oczywiście musieli się przyzwyczaić do obstrzału fotograficznego – po pewnym czasie już nie przeszkadzali sobie – byli naturalni. Gorsze, że zaczęli mi liczyć czas od zrobienia ostatniego zdjęcia („ej… już 15 minut aparatu nie wyciągnąłeś co się z tobą stało” – a to niedobre ludziki 😉 )

Powrót miał polegać na tym, że jedziemy skrótem do Lachowic i tam nocujemy w Chatce na Adamach. Problem pojawił się zaraz po zjeździe z główniejszej drogi. Przejechaliśmy obok patrolu policji (już ciemno, a w Zawoi trwał festyn – policjanci oczekiwali ‚trunkowych’ kierowców). Za tym patrolem zauważyliśmy, że nie mamy ogona (tj. drugi pojazd gdzieś sie zagubił). No to na pobocze. Czekamy. („Może kontrolę drogową trafili”).

Po paru minutach próbujemy dzwonić – nie ma zasięgu. Okazało się, że jest awaria. Samochód ma zerwany pasek odpowiedzialny za wspomaganie kierownicy i jeszcze chyba oświetlenie (nie znam się – w każdym razie jakiś error). Jechać jechał, ale po 3 km za zjechali w poszukiwaniu warsztatu. Samochód zostawiony i na dwa razy (bo 6 osób nas było) docieramy drugim pojazdem do Lachowic. Na chatce pulpa, jakieś wino, piwo, gry i sen 🙂

Rano kierowca pobiegł naprawiać pojazd, a reszta po długim lenistwie (i pomocy przy sprzątaniu chatki) rusza na Jałowiec. Tam odprawiamy różne dziwne pozy do zdjęć z widokiem na Pilsko… Potem w chatce rozmawiamy z dziewczyną, która sama idzie (aby tylko nie pomylił) od Rabki albo Jordanowa. I też była chwile wcześniej na Jałowcu:

– No myśmy też byli. Trochę się zachowaliśmy może głośno.
– A tak… Chyba was widziałam – skakaliście, biegaliście, rzucaliście się na siebie itp.
– No tak, to my…

Więcej zdjęć w albumie na PicasaWeb. Zachęcam 🙂 Szczególnie, że teraz już prawie zima idzie…

10 thoughts on “Lisia Babia Góra we wrześniu”

  1. W sumie z chatki można Babią dojść i wrócić jednego dnia… Ale to jest dziesięć-kilkanaście godzin drogi. 😉 To przejedź się tam – teraz jest fajnie odremontowana i fajne gry mają. Chociaż fasolek nie potrafiliśmy zrozumieć.

  2. O, miło poczytać o swoich rodzinnych stronach na zupełnie przypadkowo odnalezionym blogu 🙂

    Jeśli chodzi o przejazd przez rzekę, to jest on spowodowany przez remont mostu w Stryszawie (swoją drogą, jest wyznaczony objazd którym również dotrzesz do Lachowic 😉 ) A z tymi jednokierunkowymi szlakami to już od dawna przyjęło się, że takowe na Babiej nie mają prawa bytu ;P

  3. Lachowice, hmm dało sie tam dojechać pociągiem, a teraz buu.. od 12-12-2010 zamknięto ruch pasażerski na trasie Żywiec – Jeleśnia – Sucha B. O Zgrozo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *