Ukraina, Krym 2009 – czyli na wschodzie musi być jakaś cywilizacja

„Pojedzie ktoś na Ukrainę, na Krym?” Takie pytanie zadawałem znajomym przez parę tygodni… Odpowiedzi, że tam strasznie, że daleko, że okradną/zgwałcą/zamordują, że tamto, siamto… 😉 Część też nie miała czasu (żeby nie było, że wszyscy na „nie” byli).

To jest pierwsza część relacji krymskiej. Przeczytaj później drugą część.

W końcu udało się zebrać grupę 4 osobową: Kasia (z którą uwielbiam nawzajem sobie marudzić i się wkurzać), Jacek (obydwoje znani z kursu w AKT Watra) oraz Arek (znajomy Jacka).

Jaki plan? Pojechać tam i pozwiedzać (góry, wybrzeże, miasta, skalne miasta…). Czym dojechać? Pociągiem…

Podróż do Lwowa z Katowic – opuszczamy UE

Spotykamy się w nocy z piątku na sobotę 7/8 sierpnia 2009 w Katowicach na dworcu PKP. Stamtąd ruszamy zawalonym pasażerami pociągiem do Przemyśla. Najpierw trochę rozmawiamy, potem głowa na plecaku i nynu… Co jakiś czas budziła nas potrzeba fizjologiczna innych pasażerów (chcieli do WC dojść…).

Gdzieś od Krakowa (czy kawałek dalej) w pociągu zrobiło się luźniej więc najpierw nasza kobieta dostała miejsce w przedziale. Ale widocznie musiała „bardzo zasłużyć”, bo siedziała z osobami intensywnie (i głośno) komentującymi polityczne sprawy Polski i Ukrainy. Mężczyźni dosiedli się do przedziału w którym można było przenocować 🙂 Pewnie w nagrodę za dobre sprawowanie.

Wysiadamy w Przemyślu, chwila na wymianę drobnej kwoty na ukraińską walutę (hrywna ukraińska UAH) i wsiadamy w busika do granicy w Medyce. Informacyjnie: kurs wymiany jest w Przemyślu o wiele bardziej atrakcyjny niż np. na Śląsku. No i do tego hrywna leci na łeb na szyję…

Wracamy do busika: w środku pełno Polaków z wielkimi plecakami (z tego powodu było można zauważyć lekkie niezadowolenie kierowcy – przecież te 2 miejsca na których te plecaki leżały mogły dać dodatkowy przychód… ;)) Przejazd do Medyki to było jakieś 2zł (może 3…).

Ruszamy spod dworca… Adaś krzyczy „Drzwi na tyle nie są zamknięte!”. Na szczęście, żaden z plecaków nie zdążył wylecieć 😉 Po kilkunastu minutach pojawiamy się na granicy. Wysiadka i zdążamy krokiem niespiesznym na przejście graniczne. A tam tłum kilkudziesięciu osób: turyści z plecakami oraz mieszkańcy okolicznych miejscowości przechodzący w wiadomych celach… I dwie kolejki: UE i reszta świata. Do polskich celników stoi dłużej reszta świata a do ukraińskich UE (czyli my).

W tłumie: „Czy poda ktoś parę tych karteczek, które trzeba wypisać?”. Na tej karteczce trzeba napisać swoje dane, po co się jedzie na Ukrainę, w które miejsce… Dostałem okrzycz bo czegoś tam nie wypisałem (chyba tego, że przechodzę pieszo granicę 😀 ) Najlepsze jest to, że karteczka jest po ukraińsku i angielsku a wszyscy ją wypisują po polsku (lub mieszanie). U mnie było „cel podróży”: turistic oraz „jak”: pieszo 😀

Dostałem pierwszą pieczątkę w nowym paszporcie, połowę karteczki i opuściłem pierwszy raz UE (nie liczę okresu gdy PL nie było w UE 😀 ). Za granicą kantory, sklepiki, bary no i przystanek marszrutek. Czyli busików jeżdżących to tu, to tam… Wsiadamy do takiej do Lwowa, czekamy aż się zapełni do ostatniego miejsca. Cena przejazdu marszrutką do Lwowa: 15 hrywien. Jeszcze przed odjazdem zakupujemy pierwsze ukraińskie piwo… Koszt piwa to jakieś drobne hrywny (w przeliczeniu 1-1,5 zł). Za naszym przykładem idą kolejni pasażerowie busika… Ciężko się je piło w czasie jazdy po niezbyt równej drodze do Lwowa.

W busiku grupa 8 osób z Przemyśla (proszę zapamiętać nazwy grupek spotykanych, bo będą się powtarzać 😀 ). Dziwią się, że jedziemy do Lwowa nie mając kupionych biletów na pociąg… Ktoś z nich wcześniej zrobił sobie wycieczkę do Lwowa w celu zakupu takowych… U nas to nie wchodziło w grę: za daleko i nie znaliśmy terminu wyjazdu jeszcze parę dni temu…

W czasie jazdy adaś zaczął czytać słowa na sklepach, reklamach. I cieszył się jak dziecko gdy mu się udało przeczytać хот-дог (czyli Hot-dog 😀 ). Nie miałem wcześniej do czynienia z cyrylicą, więc to nowość dla mnie.

Kilkadziesiąt godzin w pociągu do Symferopolu

We Lwowie poszukiwania kantoru (dziura w ścianie) oraz próba zakupu biletu w kasie. To teraz napiszę o dworcach ukraińskich: cuda… Dworzec we Lwowie to budynek, który kojarzy mi się od wewnątrz z dworcem w Bielsku-Białej. Z tym, że kilka razy większym (dworzec w Kijowie był jeszcze większy – zdjęcie obok właśnie kijowski dworzec przedstawia). I tłumami podróżnych, kilkunastoma kasami (i kolejkami do nich), czystymi poczekalniami… Ja chcę aby nasze dworce tak wyglądały. Wszystkie dworce, które widziałem w czasie podróży robiły bardzo pozytywne wrażenie.

Do pociągu 40 minut a my w kolejce. Decyzja: próbujemy u „prowadnika” wagonu. Prowadnik to osoba zajmująca się pasażerami. Na długich trasach (np. naszej – 25h) są takie 2 osoby. Prowadnik rozdaje pościel, budzi przed stacją docelową, dokłada do pieca na wrzątek oraz sprzedaje piwo 😉

Udaje się kupić bilety: 3 osoby w jednej kuszecie (służbowej) oraz jedna w innej kuszecie (w innym wagonie) – 220 hrywien za każdą osobę (normalna cena to około 120 hrywien). Wyruszamy w naszą do tej pory najdłuższą podróż pociągiem (Arek jechał już transsyberyjską, więc dla niego to akurat krótko 😉 )

Co można robić w wagonie? Spać, pić piwo, patrzeć przez okno, zalewać sobie herbatki/zupki wrzątkiem, chodzić do klozeta (przed stacjami jest zamykany), grać w karty, nie patrzeć przez okno… Na postojach można kupić od miejscowych „babiczek” lody, zimne piwo, chleb, ciastka, wędzone ryby, pieczone raki i inne pożywienie… Gdy piliśmy przed naszą kuszetą piwo zakupione na takim postoju prowadnik pogroził nam palcem: „piwo to ja sprzedaję”.

Jak wygląda wagon? No jak wagon, duży wagon. W środku mieści się około 60 osób. Jak wszystkie pociągi na Ukrainie jest strasznie wielki… Wystarczy na stacji stanąć przy nim i od razu czujemy się jak mrówki. A co dopiero jak staniemy koło lokomotywy… Rozplanowanie miejsc do leżenia: dwa miejsca wszerz wagonu (ze stolikiem pomiędzy), dwa miejsca „na piętrze” też wszerz. Potem przejście oraz wzdłuż wagonu kolejne dwa miejsca (góra-dół). Każda taka szóstka oddzielona od kolejnych miejsc „ścianką działową”. Brak drzwi czy zasłonek 😉 czyli śpimy a koło nóg nam ktoś przechodzi. Parę razy w drodze powrotnej budziły mnie smyrnięcia ramion po stopach 😉 Tak wygląda wagon „plackartny”. Są jeszcze wagony tzw. „kupelne” i tam już zamykane miejsca…

Myśmy dostali miejsce służbowe – więc byliśmy burżujami w naszym wagonie 😉 Najlepsze miejsce miała Kasia: na samej górze – normalnie to się tam przechowuje materace. Miejsce jest 2 i pół metra nad podłogą. Wspinaczkę miała niezłą. Prawie jak ścianka.

Co z tymi śmieciami…

Co jeszcze zapamiętaliśmy? Wypiliśmy to piwo za które pogrożono nam palcem. Trzy puste butelki stoją obok nas. Podchodzi prowadnik, bierze pierwszą. Pusta. Sru przez okno… Druga? Pusta – sru… Trzecia to samo… I w taki oto sposób dochodzimy do tematu: „śmieci na Ukrainie”. Co w tym temacie? To, że te śmieci leżą wszędzie. W lesie, przy torach, na chodniku, w parku, na plaży, na schodach, przy pałacu, przy cerkwi, meczecie, supermarkecie, skalnej twierdzy… Dosłownie wszędzie. Wydaje ci się, że mamy śmieci w Polsce pełno? Wydaje ci się… Nie wiem z jakiego powodu tak ludzie tam mają. Podobne wrażenia miałem po pobycie w Turcji oraz niektórzy ludzie po pobycie w Grecji. Że jest cieplej to znaczy: śmiecimy?

Chyba jako jedyni chodziliśmy tam ze swoimi śmieciami w poszukiwaniu koszy. Ja do domu przywiozłem śmieci wytworzone przez siebie w pociągach powrotnych 😀

Pierwsze Leniny – Symferopol

Przejeżdżamy stepami, lasami, nad rzekami, w miarę normalną prędkości. Z Lwowa do Symferopola jest około 1300-1400km (nie wiem dokładnie). Na stepach wygląd domków jest jak sprzed 50 lat (spalona ziemia i lekko pochyły dom z chaszczami dookoła). Przed Symferopolem (stolica Krymu) główka Lenina ozdabia jakąś dużą elektrownię. Stację przed Symferopololem milicja rozgania osoby próbujące coś sprzedać pasażerom… Dlaczegóż to – nie wiemy.

Wysiadamy około godziny 15 w Symferopolu. Ponownie piękny dworzec. Z fontanną i wielką ilością ławek (w większości zajętych przez pasażerów). W przewodniku wyczytaliśmy, że bilety w przedsprzedaży kupuje się w innym miejscu miasta. No to ruszamy. Widzimy wielką ilość busików, trolejbusy (na Krymie jest najdłuższa linia trolejbusowa w Europie – o niej później). Przechodzimy przez drogę i na skwerku macha do nas Lenin. Nasz pierwszy Lenin pomnikowy. Możemy go dotknąć w stopę.

Na skwerku plac zabaw. Niespotykany. Wszystkie urządzenia zabawowe obklejone wielokolorowym „igielitem” (nie mam pomysłu jak to nazwać). Wyglądało to jak choinki. I było w miarę miękkie. Kawałek dalej przejście dla pieszych: stanęliśmy i samochód nam się zatrzymał. To jest akurat niespodziewane – potem mieliśmy tylko wrażenie, że wszyscy jeżdżą jak chcą. Byle szybciej (i zwrotniej). Kolejne skrzyżowanie – światła. I licznik odmierzający ile sekund zostało do zielonego/czerwone. Super sprawa. Chociaż jak ci napisze 67 sekund to już nie jest miło 😉 Jest takie coś w jakimś polskim mieście?

Przechodzimy przez plac z czołgiem, czerwonymi gwiazdkami na pomnikach oraz Soborem. Kontrasty tzw. 😉 Wreszcie udaje nam się znaleźć miejsce kupowania biletów kolejowych.

– Bilety Symferopol-Lwów…

– Nie ma

– Bilety Symferopol-Odessa…

– Nie ma

– Bilety Symferopol-Cherson…

– Nie ma… są tylko do Kijowa.

W taki o to sposób staliśmy się posiadaczami biletów powrotnych przez stolicę państwa ukraińskiego. I to na dodatek na 2 różne dni. Adaś miał plan wrócić po tygodniu z powodu braku dużych ilości dni urlopowych. No i tak spóźniłem się o 2 dni 😉 Ale co tam… Reszta chciała zostać dłużej i jechali kilka dni po mnie. Ja za to miałem przed sobą samotny powrót… Ale na razie zwiedzanie Krymu.

Wracamy na dworzec. Znajduje się tam jeden „marszrutkowiec”, który by nas dowiózł do Bakczysaraju za 5 Euro za osobę. Ekhm… Elektriczka kosztuje 4,5 hrywny (jakieś 2zł). Podziękowaliśmy. Dostaliśmy głośną informację, że „elektriczkami to jeżdżą żule i menele”. Czy jakoś tak 😉

Po chwili mija nas grupa osób z Przemyśla z szeroko otwartymi ustami 😀 (zdziwiony? a my jesteśmy zdziwieni, że jeszcze nie masz plej fresz 😉

W oczekiwaniu na elektriczkę (czyli lokalny pociąg elektryczny) zwiedzamy okoliczny targ, obserwujemy pasażerów oraz siedzimy. Chwilę po 21 wsiadamy do pociągu. Cholernie szerokiego… Na ławach mieszczą się prawie 3 osoby a przejście jest szersze niż w polskich pociągach. Konduktorki posiadają urządzenia do wystawiania biletów (masakra… a w PL wszystko ręcznie… I kto tu do Euro jest przygotowany? 😉 ).

Bakczysaraj – Pałac Chanów…

Jedziemy. Wysiadamy w ciemną noc w Bakczysaraju. I zdążamy przez ciemne miasto uliczkami na wschód… Idziemy i idziemy, mijamy jakieś knajpy z imprezami (tak, tam mają muzykę i tańczą nawet 😉 ) Przechodzimy koło jakiegoś starego budynku z minaretami: może to Pałac Chanów?

Skręcamy w uliczkę boczną – w górę. Ciemno jest strasznie. Od wybrania jednej z kolejnych odnóg odwodzi nas głośne szczekanie psów. Pewnie na uwięzi – ale jak zauważyć w ciemną noc jak długi jest łańcuch?

W końcu wychodzimy na polanę. Polanę pod skałami, a ponad miastem. Z widokiem – mmmm…. Rozbijamy namioty zastanawiając się co to za światełko na szczycie skał.

Wstajemy niezbyt wcześnie i ruszamy na skałki. Widoki ze skał (a także spod namiotu) mieliśmy świetne. Na skałkach okazuje się, że nie byliśmy jedynymi osobami nocującymi w tej okolicy (200 m od nas kolejne 3 namioty a na skałkach obozowisko kolejnych paru osób).

Po obejściu skałek wracamy do namiotów. Witają nas słowa ledwo co obudzonej Kasi: „A to wy już byliście na skałkach? A jaaaa?”.

Po złożeniu obozowiska schodzimy do Pałacu Chanów krymskich. Przed wejściem dostajemy wizytówki okolicznych knajpek. Wejście: bilety droższe niż wg przewodnika Bezdroży (pewnie spowodowane to jest spadającą wartością hrywny). W grupie mamy 2 studentów, nauczyciela (karta ITIC) oraz adasia (karta Euro<26). Próbujemy kupować zniżkowe bilety. Nie pamietam czy się udało czy też nie. Ale w kolejnych zabytkach muzeach raz przechodziły wszystkie zniżki, raz tylko studenckie a innym razem tylko Euro czy ISIC ;) Najlepiej pokazywać i chcieć zniżkę studencką. Najwyżej nie dadzą.

Pałac Chanów Krymskich – czyli pałac, meczet (najważniejsze miejsce dla Tatarów Krymskich), dwie bramy, harem, cmentarz i inne budynki. Nasze wielkie plecaki zostawiamy przy wejsciu na ławce. Pani sprawdzająca bilety pozwoliła (czy miała pilnować to nie wiem…).

Wchodzimy na wewnętrzny dziedziniec – tam krótkie obmycie twarzy i rąk w wodzie ciurkającej z kranika. Przepuszczamy grupę z przewodnikiem (i tak nic nie rozumiemy) i powoli zwiedzamy komnaty/pokoje itp. Na jednym z dziedzińców pomagam Kasi zajrzeć do wnętrza fontanny (trzeba było ją podnieść). Gdy zacząłem ją opuszczać to chwyciła się drewnianej kratki i ją… wyrwała 😀 No dobra… Wyciągnęła. Ale potem nie chciała wejść tak jak była. Cichutkim krokiem ruszamy dalej.

Czas na harem. Co te kobiety całymi dniami tam robiły? Wąchały te róże na dziedzińcu? Jeszcze kolejny dziedziniec i wejście do muzeum z różnymi eksponatami (np. stare księgi pisane innymi alfabetami). Do meczetu nie można było wejść (patrzymy przez okienka). Patrząc ze schodów na cmentarz zastanawiamy się czy groby (a dokładniej twarze zmarłych) wskazują Mekkę. Wyszło nam, że mniej więcej tak. Po drodze widzimy ludzi z przewodniki Pascala czy Bezdroży po Krymie. Polacy? 😉

Na terenie pałacu widzę jak przechadza się dziewczyna w przepięknym zwiewnym stroju. Okazuje się, że przy stoisku z pamiątkami można sobie wypożyczyć taki strój i zrobić zdjęcia (duży wybór).

Wychodzimy z terenu pałacu i poszukujemy jakiegoś posiłku. Czytaj taniej knajpki. W czasie tych poszukiwań widzimy zdziwioną grupę zdziwionych Przemyślan (tych z busika i Symferopolu) 😉 Spali pod skalnym miastem (o nim za chwilę). Rozmawiamy, tłumaczymy im w jaki sposób się dostaliśmy tutaj, oni opowiadają o miejscu na nocleg, pytają o knajpki itp… Krym jest mały (o tym też za chwilę 😀 )

Wchodzimy do knajpki raz pod pałacem zaciągnięci tam przez jedną z kobiet. Od razu zostajemy zaprowadzeni na… zaplecze celem zostawienia plecaków. No tak… Inaczej klimat byśmy popsuli. Zamawiamy jakieś danie dnia (zupkę i ryż z czymśtam – nie pamiętam). Przy płaceniu okazuje się, że mamy zapłacić za 6 porcji. Pani poszła na łatwiznę i policzyła nas wraz z jakąś parą rowerzystów. Tę parę widziałem (chyba) wieczorem w Symferopolu jak swoje rowery wynosili z dworca ładnie zapakowane w jakieś pokrowce.

Monastyr Uspieński, Czufut Kale – wszystko w/na skałach

Wsiadamy w marszrutkę i dojeżdżamy pod wejście do prawosławnego Monastyru Uspieńskiego. Kawałek pod górę i ukazuje się nam klasztor wydrążony w skale. Szybkie przebieranie w dłuższe spodnie i wchodzimy do wewnątrz (Kasia nie umie się zdecydować jaką chustkę wybrać przy wejsciu). Udostępnione do zwiedzania jest parę korytarzy (od których odchodzą jakieś kolejne) oraz cerkiew w skale. Pomiędzy nami przechadzają się cisi mnisi z długimi brodami. Wewnątrz zakaz robienia zdjęć oraz kramik z dewocjonaliami.

Ruszamy dalej obserwując skały oraz wykute w nich „domki”. Kierując się w stronę Czufut-Kale przechodzimy obok wejścia na mały cmentarz karaimski (Karaimi – dawny odłam judaizmu). Podchodzimy pod skalne miasto Czufut-Kale położone na górze stołowej. Jest to twierdza zamieszkiwana dawniej przez wspomnianych wcześniej Karaimów. Znajdowała się tam również, w innym okresie, stolica Chanatu Krymskiego (zauważcie, że to inna religia). Na terenie twierdzy znajdują się Kenesy (świątynie kaimskie), meczet, wiele wykutych w skale pomieszczeń, bramy, mury itp…

Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od pytania czy możemy zostawić plecaki przy wejściu: „Możecie, ale ja tego pilnować nie będę.”. Plecaki leżą oparte o mur przez prawie 2h. Widoki świetne w te przepaście. Z jednego z pomieszczeń dobiega muzyka. A ta jakiś muzykant gra i zbiera do futerału. I sprzedaje płyty. Z informacji otrzymanych od mego znajomego ten sam koleś był tam już rok wcześniej 😀

W jednym z budynków zachęceni przez jakiegoś turystę skusiliśmy się na kielicha. Kielicha jakiegoś lokalnego trunku. Podobno coś koło 40% o smaku… Ciekawym. Do tego cukierki (pyszne, cukrowe). Wyżerliśmy cały pojemniczek, który otrzymaliśmy. Na głównej drodze w twierdzy są koleiny. Po co? Aby mieszkańcy mogli gdzie wylewać pomyje.

Na kolejnym miejscu widokowym spotykamy parę z przewodnikiem Pascala, którą widziałem wcześniej w Pałacu Chanów. Są z Zamościa, nocują u jakiegoś Tatara. Kupili bilet na pociąg przez internet u jakiegoś mieszkańca Lwowa (wcale taniej nie zapłacili niż my u prowadnika wagonu). To nie ostatnie z nimi spotkanie.

Wracamy do wejścia. Plecaki… są. Już jest godzina 18, więc ruszamy w stronę kolejnego miasta skalnego – Tepe Kermen, aby tam zanocować. Dochodzimy do wejścia do wieeeeeelkiego cmentarza karaimskiego. Rzucamy monetą czy iść przez niego czy też obejść go inną trasą. Moneta mówi iść.

W tej samej chwili dojeżdża do nas czteroosobowa grupa rowerzystów ze Lwowa. Mają lepsza mapę i też chcą dojechać do Tepe Kermen. Na tej mapie jednak tak wielkiego cmentarza nie ma. W końcu ruszamy. Najpierw rowerzyści przodem. Gdy na głównej drodze pojawiają się kawałki drzew wyprzedzamy ich. Dżentelmeński adaś pomaga żeńskiej części grupy w przenoszeniu rowerów ponad grobami. Jako, że cmentarz ciągnie się i ciągnie, a rowery słabo się mieszczą pomiędzy grobami, Lwowiacy postanawiają zawrócić. Oczywiście jeszcze ich zobaczymy… i to nie raz 😀

Droga do Tepe Kermen

Przewodnik Bezdroży ma jakoś zagmatwanie opisaną trasę do Tepe Kermen – nie trafiamy tego dnia tam. Z tego powodu nocujemy na polance przy ognisku. Przed zmrokiem latam sobie po strasznych krzakach i odnajduję przepiękny widok na dolinę otoczoną wysokimi skałami. Jakbym tam spadł to by mnie nie znaleźli. Wróciłem w to samo miejsce rano przed wyjściem. Przedzieranie się przez te chaszcze spowodowało pewną ilość czerwonych kresek na mych pięknych łydkach 😉

Podczas składania namiotów przez przecinkę zauważamy przejeżdżających czterech rowerzystów. Lwowiacy. Nie wiemy czy trafili do Tepe Kermen. My ruszamy dziś w butach górskich w dół doliny. Dochodzimy do miejsca noclegowego opisanego w przewodniku (mieliśmy tu być wczoraj). Stąd już kawałek na skalne miasto (góruje ponad 200 metrów na doliną). Plecaki zostawiamy w krzakach i na lekko zwiedzamy kolejne pomieszczenia skalne. Miejscami skały są zbudowane z… muszelek. Tak. Takich malutkich, spotykanych choćby w Bałtyku. Grube warstwy takich skał (jeżeli można je tak nazwać) da się zauważyć.

Ze szczytu miasta widać przepięknie Góry Krymskie, doliny oraz wszystko co dookoła. Także bazę MSW Ukrainy. Schodzimy do drogi w ostrym słońcu. W wiosce siadamy po sklepem i zajadamy się lodami, ciasteczkami (smak przepyszny, po przyjeździe uświadomiono mi, że to smak sękacza). Przechodzi obok nas kolejna para z przewodnikiem Bezdroży „Już ma go dość, ceny nieaktualne, zgubić się można jak się idzie tak jak tam pisze”. Zapamiętałem jeszcze, że mieli nieźle uwalone stopy (sandały) białym pyłem z dróg.

Pod sklepem bawią się dzieci. Piszą po drodze, jeżdżą na rowerach, pomagają w sklepie. Przyjeżdża marszrutka. Jadąc do Bakczysaraju widzimy kolejne wielkie skały. Wyprzedzamy też czterech rowerzystów. Zgadnijcie jakich 😀

Rozmowy na temat posiłku oraz krzyża

Nie wysiadamy na pewnym przystanku (takim najbliżej dworca). Gdy się orientujemy, że źle zrobiliśmy to kierowca mówi, że już nie może się zatrzymać (barierki przy drodze). A obiecuje, że nas podwiezie w drodze powrotnej. Przy dworcu jemy obiad w restauracji. Pokarmy podaje dziewczyna/kobieta wyglądająca na Tatarkę. Gdy dostajemy menu (w cyrylicy), adaś zostawia grupę i rusza w jej stronę. I małymi kroczkami (pokazując tekst palcem stara się rozszyfrować posiłki).

Co to? (wskazuję palcem pierwszy wyraz)
Szto e to?
Ok. Szto e to? (wskazuję palcem pierwszy wyraz)
Pierwsze danie, zupa. (po rosyjsku lub ukraińsku – nie rozróżniam).
Aaaa… Zupa…
A to co co? Pewnie drugie danie.
Szto e to? (z pięknym uśmiechem – takim chcącym mnie czegoś nauczyć 😀 )
A no fakt… Szto e to…
Drugie danie.

No i w taki sposób dowiedziałem się co można zamówić (były 3 drugie dania). Ja zamówiłem solankę (taka fajna zupa – wcale nie słona jak można po nazwie sądzić), do tego takiego placka z mięsem (czeburek), coś jeszcze oraz piwo. Dobre wszystko 🙂 A ja taki niejadek podobno. Po posiłku podziękowaliśmy uśmiechem pani w restauracji. Odpowiedziała podobnym.

Adaś wymusza na grupie wycieczkę pieszą do lokalnej cerkwi. Pokornie idą za nim 😉 W cerkwi trwa akurat sprzątanie. Babiczki zapraszają do środka. Zapytowuję dlaczego prawosławny krzyż jest podwójny z łamaną belką. Dowiaduje się, że chodzi o tablicę INRI. Oraz o to, że w katolickich kościołach Chrystus ma przybite nogi jednym gwoździem a tutaj dwoma. I ta belka dolna oznacza to miejsce (jedna strona wskazuje na niebo, druga na piekło). Niby tego samego można się dowiedzieć z Wikipedii, ale tak było fajniej.

Koniec części pierwszej. Zainteresowany? Przejdź do części drugiej 🙂 Możesz też zobaczyć zdjęcia na picasie.

10 myśli do „Ukraina, Krym 2009 – czyli na wschodzie musi być jakaś cywilizacja”

  1. Jak czytam Twoją relację przypomina mi się moja wizyta na Krymie. Żałujcie, że nie mieliście przewodnika, który opowiedziałby Wam o skalnym mieście.

  2. Widocznie to taki standard krymski… 😉 Jakbym miał więcej czasu to by się jeszcze kilka fajnych miejsc zwiedziło… I wtedy byłbym też w innych miejscach 😀

  3. Chyba nie… Ale w Sewastopolu (koło tych blokowisk) plaża była piaszczysta (może nie cała). Trochę tego piasku brakowało na pozostałych…

  4. Ja w opisie się nie odnajdę, ale większość miejsc, które zwiedziłeś widziałem także w tym czasie (13-24 sierpnia 2009) I wiem teraz, że ukraina jest piękna i ma wiele niezwykłych miejsc do obejrzenia. A co do piaszczystych plaż – na pewno jest jedna w Eupatorii 🙂

  5. Nam jeden kelner udawał zwierzęta abyśmy wiedzieli co to za mięso. Bawiliśmy się wtedy my, kelner, barman i dwójka innych klientów (później się okazało, że oni znają angielski i mogli nam wytłumaczyć).

    Miejsc do zwiedzenia na Krymie jest dużo. I naprawdę robią one wrażenie.

  6. Rewelacyjna opowieść… czytałam z niesamowitym zaciekawieniem. Osobiście nigdy mnie nie ciągnęło w te strony, zupełnie inaczej niż moich znajomych – zaczynam rozumieć ich ciągoty w tamte strony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *