Ukraina, Krym 2009 – część druga – czyli jak to na wybrzeżu było + powrót

Na Krym wybrałem się z 3 znajomymi w sierpniu 2009 roku. Zrobiliśmy pętelkę: Symferopol, Bakczysaraj (ze skalnymi miastami), Sewastopol, Bałakława, Ałupka, Aj-Petri, Jaskółcze Gniazdo, Liwadia, przełęcz Angarska, Symferopol. W drodze powrotnej liźnięty został też Kijów.

To jest druga część relacji krymskiej. Przeczytaj wcześniej pierwszą część.

Sewastopol – jedna baba, drugiej babie wsadziła do domu turystów

Wsiadamy do pociągu i jedziemy. Po kilkudziesięciu minutach na drodze obok torów widzimy czterech rowerzystów. Zdziwiony? 😀 Pociąg wiezie nas do Sewastopola. Miasta/bazy floty czarnomorskiej. Przed wjazdem na dworzec objeżdżamy zatokę nad którą to miasto leży. Na dworcu już nas witają babiczki z noclegiem. Po 40-50 hrywien. Wybieramy taki za 40 i jedziemy gdzieś na osiedle 20 minut marszrutką z numerem (wow… marszrutki mają numery:D). Rozkładów dalej nie mają 😉

Nocleg mamy na wielkim blokowisku. Przechodzimy z przystanku przez plac z dmuchaną zjeżdżalnią, placem zabaw, stoiskiem z melonami, do 10-piętrowego bloku (nie jedynego w okolicy). Drzwi na jakiś śmieszny klucz, winda, która w Polsce by została wyłączona z użycia 5 lat temu. Wchodzimy do mieszkania. Jedna babiczka przekazuje nas drugiej babiczce (praca grupowa). Dostajemy 2 pokoje (weszły by tam jeszcze z 2 osoby) z dywanami na ścianach (arrasy? 😉 ). Brak ciepłej wody (trzeba grzać), w przedpokoju nowoczesna lodówka (my dostajemy taką „made by wczesne CCCP”). Po mieszkaniu biega przepiękny kociak. Świetne futerko. Nieźle bawił się moją politechniczną smyczą do komórki.

W klozecie deska połamana na 6 kawałków. Źle? Gdzie tam… Jest ładnie posklejana przezroczystą taśmą klejącą. Dostajemy klucze, informację, że morze blisko. Supermarket też. W supermarkecie śmietanka „Łaciate” (przynajmniej taka sama szata graficzna), oraz polewy do lodów z Tymbarka (z nieprzetłumaczoną nalepką). Produkty ukraińskie tanie. Produkty dużych koncernów (np. Danone) porównywalne jak w Polsce (jak nie drożej). No i do tego kiełbasa warszawska. Obrzydliwa. Chyba jak każda tam. 😉

Rano ruszamy na podbój Sewastopola. Tym razem trolejbusem. 0,75 hrywny za przejazd (o ile dobrze pamiętam). Marszrutki są szybsze, ale dwa razy droższe. W trolejbusie bilety można kupić u kierowcy, lub osoby sprzedającej bilety. Wygląda to czasami tak: kupujesz u kierowcy, druga osoba ci go kasuje, a jeszcze co jakiś czas wsiada do tego trolejbusu kontrola, która te bilety sprawdza. W bardziej zatłoczonych trolejbusach są dwie osoby do sprzedawania/kasowania. Prosty sposób na bezrobocie 😀 Po drodze zauważam sklep z reklamą firmy „Barlinek” – czyli podłogi.

Flota, Lenin, ślub i flagi rosyjskie

Wysiadamy w centrum, wymieniamy walutę (da się tylko USD, EURO oraz rosyjskie ruble). PLN jest trudno spotkać na Krymie. Kupuję też mini atlasik po Sewastopolu. Ruszamy na podbój miasta. Najpierw park z panoramą „Obrona Sewastopola”. W parku są też 2 fontanny, parę pomników, resztki fortu, pomniki (m. in. jednego z kapitanów statku broniącego miasta), widok oraz dużo kotwic z zatopionych statków. A także kramiki z pamiątkami, kucyki, sprzedawcy wycieczek zorganizowanych oraz turyści.

Przy parku hotel o nazwie Ukraina. Kontrastuje to troszkę z tym, że Krym jest bardziej rosyjski niż Ukraiński. A po rozpadzie ZSRR flota czarnomorska z jakiegoś dziwnego powodu został podzielona na dwie równe części: 87 i 13%. Do tego w tych 13 procentach było najwięcej złomu. Zgadnijcie kto dostał lepsze „łódki”. Co jakiś czas słychać przepychanki dotyczące stacjonowania rosyjskiej floty w Sewastopolu.

Po drodze jest Sobór Opieki Przeświętej Bogurodzicy – przepięknie odnowiony. W środku trafiamy na ślub. Ja wyglądał? Babiczka od miejsca na środku cerkwi rozwinęła czerwony dywan. Na jego końcu stanęła para młoda. Gości nie było za dużo (chyba tylko rodzina). Przychodzi pop (prawosławny ksiądz) wyglądający jak wokalista jakiegoś fińskiego zespołu death metalowego. Idzie po dywanie do pary młodej i zaczyna czytać modlitwy. Miałem wrażenie, że były one powtarzane kilkanaście razy. Do tego kilkadziesiąt znaków krzyża. Ciekawostką było nałożenie obrączek. Para młoda nałożyła je sobie tylko na koniuszek palca. Następnie pop kilkukrotnie zamienił je miejscami. Wszystko odbywało się na końcu cerkwi.

Następnie przeszli na środek (gdzie pop stał teraz tyłem do pary młodej) i modlił się dalej. W tym czasie babiczka marudziła na turystów chodzących po dywanie (no i zaczęła go zwijać. Nieźle wygląda ślub gdy zaraz za sobą masz zwinięty dywan i kobietę czekającą aż z niego całkiem zejdziesz.

W cerkwiach podoba mi się zwyczaj zakrywania włosów kobiet (czyli chustki przy wejściu) oraz zapalanie świeczek. Wrzucanie monety i oświecanie żaróweczki już nie ma tego „czegoś”. Co ogień to ogień. Dodam jeszcze, że większe wrażenie robią na mnie wnętrza cerkwi drewnianych np. z Beskidu Niskiego czy Sądeckiego.

Następny przystanek: meczet. Ściągamy sandały i samodzielnie (meczet pusty) wchodzimy do wewnątrz. W środku jak… w łazience. Niebieskie kafelki. Do tego lewe skrzydło zasłonięte łazienkowymi zasłonkami: miejsce prawdopodobnie dla kobiet.

Dalej uliczkami dochodzimy pod kolejny Sobór. Przed nim pomnik dwóch gości. „To chyba Piotr i Paweł. Ale czemu oni tacy chudzi…”. Po wczytaniu się w podpis Piotr i Paweł przeistoczyli się w Cyryla i Metodego. Sobór wg przewodnika miał służyć jeszcze niedawno jako dom kultury. Podchodzimy pod drzwi, a z nich wychodzi kobieta i nas zaprasza do środka. To idziemy. Przechodzimy przez jakieś zwykłe pomieszczenia (w permanentnym remoncie) i wchodzimy po schodkach do cerkwi. Miejsce wygląda na bardzo nowe. Wychodzimy innym wyjściem (schodami zewnętrznymi) i ruszamy do kolejnej cerkwi. Obok niej znajduje się budynek „Wieża wiatru”. Okazało się, że to był kiedyś wylot wentylacji dla wielkiej biblioteki.

Na placyku obok stoi ON. Góruje nad miastem, wskazuje kierunek (chyba Moskwę lub słońce). Towarzysz Lenin. Oczywiście stajemy w pozie „wskazującej Moskwę”. Niżej jest budynek Rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, a jeszcze niżej muzeum tejże. W środku modele statków, dokumenty, mapy itp… Przed budynkiem wystawa różnej amunicji. Że się tak wyrażę: takiej dużej amunicji 😉

Przechodzimy do portu pasażerskiego, z którego widać troszkę statków wojennych. Młodsze i starsze osoby zachęcają do przejażdżki kuterkiem obok tych statków. Przechodzimy nabrzeżem Sewastopola. Z murku oglądamy pokazy w delfinarium (wśród Polek 😉 ). W restauracji kolejna para Polaków.

Po przejściu przez miasto wracamy do naszego blokowiska i idziemy nad morze. Pokąpać się. Wracamy deptakiem morskim. Około godziny 21 pojawiają się tam osoby zachęcające do wzięcia udziału w Karaoke. Wiek zachęcaczy to min. 40-50 lat. Do tego telewizor, wzmacniacz, głośnik, mikrofon i jakieś DVD. Czasami ten sprzęt jest mobilny, tzn. na kółkach. Nocleg ponownie w domku z kotem, połamaną deską i dywanami na ścianach.

Bałakława – czy to Chorwacja?

Następnego dnia żegnamy się z gospodynią i ruszamy w kierunku dworca w Sewastopolu. Celem jest Balaklawa. Miejscowość, której jeszcze parę lat temu nie było na mapach (baza okrętów podwodnych ZSRR). Plecaki zostawiamy w przechowalni bagażu. Potem marszrutką na 5KM (czyli miejsce przesiadkowe 5 km od centrum), a potem busikiem do Balaklawy. Po drodze mijamy winnice. Jak to Kasia powiedziała: „hodują winorośle”. 😉

Wysiadamy, spacerujemy nabrzeżem. Miasto jest położone w zatoce połączonej z Morzem Czarnym wąską, skalistą cieśniną. Super miejsce na trzymanie okrętów podwodnych. Nad miastem wznosi się góra z resztkami twierdzy Czembalo. Widok ze skał przypomina wybrzeże chorwackie (na którym jeszcze nie byłem). Z cieśniny co chwila wypływa jakiś statek. W porcie do niektórych kutrów ludzie wnoszą zgrzewki piwa, karimaty, śpiwory. Za niewielką opłatą płyniesz kutrem na jakąś dostępną tylko z morza plażę i tam imprezujesz. Fajnie? 😉

Kierunek Ałupka – parkowy nocleg

Wracając do autobusu widzę, przechodzącego kolesia w koszulce „Kult / Ochrona”. Szybki przejazd busikiem na dworzec w Sewastopolu, odbiór bagażu i przejście na dworzec autobusowy. Kolejka do kasy (na Ukrainie ludzie tłumnie komunikacją jeżdżą – pociągami, autobusami, marszrutkami). Wsiadamy do klimatyzowanego autobusu do Jałty i jedziemy drogą z widokami (mosty, tunele, przepaście) jak na wybrzeżu Morza Liguryjskiego we Francji i Włoszech. Droga z Sewastopola do Jałty nawet dobra. Kierowca autobusu wjeżdżając do jakiegoś turystycznego miasta „przepychał się” pomiędzy samochodami ustawionymi na głównym placu. Trąbił, krzyczał, piętnaście razy robił tył-przód. Ale nikogo nie szturchnął. Miejsca na taki duży autobus za bardzo tam nie było.

My wysiadamy w Ałupce. Jedni lecą na zakupy, a ja spacerując po mało przyjemnych placyku spotykam… parę z Zamościa. Rozmawiamy gdzie byli i jakie wrażenia (Chersonez Taurydzki przereklamowany dla jednej połówki pary, Balaklawa piękna). Pytam czy znają jakieś miejsce na nocleg pod namiotem. Zastanawiają się i… „jedyne miejsce to park przy Pałacu Woroncowa. Jest tam troszkę miejsca, można się skryć.”. Nie mając innego wyjścia poszukujemy w ciemnościach jakiegoś dobrego miejsca. Najlepsze miejsce już jest zajęte przez inny namiot 😀 Rozbijamy się bliziutko jakiejś świątyni z kolumienkami.

Godzina 6:30. Jakiś mężczyzna każe nam się zebrać i iść z parku. Godzina 7 – przychodzi ponownie i tym razem jesteś świadomy tego, że był 😉 Zbijamy namiot (nie zauważył tego namiotu w lepszym miejscu) i ruszamy na plażę. Na razie pusta. Trochę się kąpiemy, trochę śpimy. Przy wejściu na plażę ŚMIERDZI śmieciami. Śmieciarka pojawiła się około godziny 10-11 aby to pozbierać… Ehh…

Tu mieszkał Churchill oraz… Apolinary Baj

Ruszamy na zwiedzanie Pałacu Woroncowa. Zniżka na Euro i ITIC-a była respektowana. Za to nie działało miejsce na zostawienie bagaży. Więc znowu przy wejściu leżą. Zamiast żywopłotu… roślinki z liśćmi laurowymi. Pałac w czasie porozumień jałtańskich był siedzibą delegacji brytyjskiej (Churchila). W tym pałacu mieszkał też przez pewien czas Apolinary Baj, król Bajdocji 😉

Pałac jest bajkowy (ogród wewnątrz) i znajduje się u stóp góry Aj-Petri (św. Piotr). Wokoło pałacu rozciąga się ładnie urządzony park. Nic tylko rozbijać namiot… Przez ten Park można przejść i po kilkudziesięciu minutach dojdzie się do dolnej stacji kolejki linowej na Aj-Petri (1234 m n.p.m.). Na drodze pomiędzy parkingiem do Pałacu, stacją kolejki a główną drogą trafiliśmy na masakryczny korek. Dlaczego się stworzył? Samochody parkują po dwóch stronach drogi, do tego chcą w każdą ze stron przejeżdżać autobusy, busiki i inne samochody. A jak już ktoś się nie mieści to nie ma się jak wycofać. I tak stoi krzycząc i trąbiąc.

Aj-Petri – gdzie ten horyzont?

Do kolejki linowej kolejka. Długa. Stoimy. Co jakiś czas pojawiają się ludzie chcący zawieść samochodem na szczyt góry. Teraz wydaje mi się, że jest to lepsze rozwiązanie. Cena kolejki i taksówki identyczna (50 hrywien). Stanie 2h w kolejce powrotnej nie było przyjemne. No dobra… Wjeżdżamy na szczyt wagonikiem jaki kiedyś na Kasprowy jeździł (albo podobnym), a zaraz po wyjściu napadają na ciebie chłopaki z drapieżnymi ptakami. Wsadzają ci je na ramiona, głowę… I chcą 20 hrywien za zdjęcie (+5 za zrobienie zdjęcia przez kolesia). Nachalni strasznie. Zdjęcia z kilkoma ptakami oczywiście droższe.

Wejście na szczyt płatne (10 hrywien). Na szczycie wstążki przywiązane do barierek (podobno na szczęście) oraz tłum ludzi. No i widok na wybrzeże, morze oraz brak horyzontu (no nie było go… niebo łączyło się z morzem niezauważalnie). W drugą stronę płaskowyż z obserwatorium kosmicznym (no no…). Wracamy przez kramiki do kolejki. Na jednym z nich jest możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Panterą. Młoda, przypięta do stolika krótką smyczą (głowa do stolika). Aż mi jej żal było. Ehhh… Potem 2h w słońcu w kolejce…

Pieniądze leżą na ulicy + Jaskółcze gniazdo

Przy dolnej stacji kolejki odbieramy bagaże zza knajpki hot-dogowej i łapiemy busa. Tym razem ludzie w busie i kierowca mieli z nas polew niezły. Nie dość, że nie umieliśmy się dogadać gdzie chcemy jechać to jeszcze pakowaliśmy się z wielkimi plecakami… No i robiliśmy za przekazywaczy kasy za przejazd od innych pasażerów. Tylko nie umieliśmy przekazywać gdzie oni chcą jechać…

W pewnym momencie… STOP. Busik się zatrzymuje. Cofa kawałek. Kierowca wysiada, podnosi coś z drogi. Wsiada i z uśmiechem na twarzy pokazuje 25 hrywien 😀 Jak on to dojrzał… Wysiadamy „przy” Jaskółczym Gnieździe no i schodkami ruszamy na wieczorne obejrzenie tego czegoś. Co to? Wieża zbudowana na skale wychodzącej w morze. Co oprócz tego? Nic. Wstęp płatny na tarasik, w środku jakaś straaaaasznie droga restauracja. Chociaż nie wiem czy kiedykolwiek bym zapłacił za stolik przy oknie, przez które co chwile zaglądają ci turyści… Robimy siarę w postaci siedzenia pod murkiem na ziemi i czytania przewodnika 😉

Robi się wieczór a miejsca nie ma. Idziemy z powrotem na przystanek i ruszamy w stronę miasta Gaspra. Po drodze 500m jeden hotel z ogrodzonym dojściem do plaży, drugi hotel podobnie. Dopiero jakieś schody w dół. Ciemno jak… Ja z Arkiem schodzimy na dół. Około 300 schodów. Śmierdzi śmieciami. Na dole nie skończony hotel i wejście na plażę. Hura. Wchodzimy na górę (po plecaki). I schodzimy.

Rozkładamy karimaty na plaży. Arek leci jeszcze do morza. A w tym czasie z mola przygląda się nam 3 kolesi. Po chwili znikają. Pojawiają się za nami (na bulwarze). Hmm… Wysłany został najstarszy na rozmowy. Podobno to ich plaża i chcą 50 hrywien za nocleg na niej. Po przedstawieniu faktu, że jesteśmy biedni studenci, przyszliśmy z Jaskółczego Gniazda – mamy nocleg gratis. Mamy nie naśmiecić… Nam to mówią? 😉

Liwadia – a tu nas przypisano do czerwonych państw

Rano do morza 🙂 Potem piechotą wzdłuż drogi (ogrodzonej metalową blachą) i kawałek serpentynami. Dochodzimy do Cerkwi na odludziu (nie licząc drogi przebiegając obok).

Trafiamy akurat na chrzest. Jak wygląda chrzest w cerkwi okiem laika? Wychodzi wokalista metal…. znaczy wychodzi pop z długą brodą, czyta kilkukrotnie to samo. Dziecko jest trzymane (tak mi się zdaje) nie przez rodziców, a rodziców chrzestnych (bo byli starsi już). Pop zanurza je w misie z wodą. Następnie płaczące dziecko „idzie” do białego ręcznika/płachty. Pop namaszcza je jakimś olejkiem na rękach, nogach, karku, głowie i innych miejscach. Potem nożyczkami obcina kawałki włosów (z różnych stron głowy).

Ruszamy pieszo w stronę Pałacu w Liwadii. Jest to Pałac, w którym odbywała się Konferencja jałtańskie (dzięki nim Polskę dołączono do „krajów lubiących kolor czerwony”). Mieszkał tu wtedy Roosevelt (miał problemy z chodzeniem, więc nie musiał się przemieszczać na rozmowy do innych pałaców). Ciekawostką jest to, że pierwszy raz widziałem pałace z tapetami na ścianach. Takimi papierowymi (w Ałupce też chyba były). Kolejną ciekawostką jest to, że teren pierwotnie był własnością polskiego magnata Leona Potockiego (zbudował sobie rezydencję przebudowaną przez cara na pałac).

Wewnątrz stoły rozmów, stoły z protokołami do podpisania, zdjęcia itp. Miejsce warte odwiedzenia (nawet są opisy pomieszczeń po angielsku). Na końcu pałacu kramik z pamiątkami. Wychodzimy przez drzwi do… kolejnego kramiku z pamiątkami, i do kolejnego i kolejnego (cały czas to pomieszczenia pałacu). Przed wejściem do Pałacu, w małej cerkiewce, trafiamy na kolejny chrzest. Tym razem 2 noworodków, jednego chłopaka oraz dwóch kobiet (było już po moczeniu więc miały nieźle rozczochrany fryz – i też ucinane końcówki włosów).

Jałta – czyli komercja jak byk…

Busik do Jałty. Wysiadamy na dworcu autobusowym, zostawiany bagaże w przechowalni i wracamy trolejbusem do centrum. Poszukiwania cerkwi Aleksandra Newskiego nie powiodły się (Bezdroża na swojej mapce umieściły go w złym miejscu). Gdy podchodzę do sprzedawczyni pamiątek i pokazuje zdjęcie cerkwi i po polsku pytam gdzie to, dostaję lekko speszoną odpowiedź: „there and right”. No chyba, że źle dosłyszałem 😉 Przy wejściu na teren cerkwi 5 osób na nasz widok się przeżegnało. Aż tak źle wyglądaliśmy? Aaa… Żebracy… (wcześniej jakoś nie zauważałem więcej takich osób). Potem chwila na wizytę w barze mlecznym (PRL 😀 ).

Trochę po bulwarach (pełno zachodnich sklepów – widzimy łaciński alfabet). Ciekawe były też stoiska na kółkach z przegrywanymi płytami (nawet bez nadruków – zwykłe verbatimki czy inne emteki). Na bulwarze tłumy. Na placu 100 metrów od pomnika Lenina stoi sobie McDonald’s. I na tym placyku spotykamy… Kogo? Oczywiście parę z Zamościa. Nocują (drogo) gdzieś w Ałuszcie. Jałta strasznie droga. Pijemy piwo z widokiem na rozkładającego sprzęt grający kolesia (lat 50) i babcie (wiek 60-90) tańczące do nawet, nawet skocznej muzyki. Szczególnie jedna z szerokim, sztucznym uśmiechem tańczyła taniec robota 😀

Trolejbusem do Massandry

Wsiadamy do trolejbusa, po bagaże, do kolejnego trolejbusa. Przez Jałtę prowadzi najdłuższa chyba na świecie linia trolejbusowa – do Symferopolu można nią dojechać – jakieś 60 km. Do tego liczne miejskie odnogi. Wysiadamy w Massandrze i poszukujemy noclegu w lesie, który kiedyś był przypałacowym parkiem.

Rano na zwiedzanie pałacu (plecaki przy stoisku z pamiątkami). Pałac w Massandrze (nie… tu nie nocował Stalin) jest kolejnym pałacem na Krymie, który turyści odwiedzają. Zwiedzanie tylko z przewodnikiem (trochę dobijające). Dostałem okrzycz za siedzenie na krzesełku od pani muzealnik 😀 (ale to nie było zabytkowe krzesełko…).

Góry Krymskie – też trolejbusem

Z powrotem na trolejbus. Tym razem jedziemy na przełęcz Angarską w

Mając jeszcze parę chwil do zachodu słońca ruszamy zgodnie ze wskazówkami Bezdroży do doliny Przywidzeń. Jakimś cudem wychodzimy jednak na górę o nazwie Dżemerdżi (prawdopodobnie był to południowy szczyt (1 239 m n.p.m.). Wracamy na nocleg.

Samotny powrót adasia

Rano adaś rusza w samotny powrót (tak to jest, jak się nie jest nauczycielem ani studentem i trzeba oszczędzać urlop). Odprowadzany na przystanek, żegnany rzewnymi łzami wsiadam w trolejbus. W taki oto sposób rozpoczyna 56-godzinną podróż powrotną. Kierowca nie ma wydać reszty, śmieje się z tego, że nie rozumiem wszystkiego co mówi a zwiedzam Krym. „Jak się tobie to udało…”. Płacę w końcu o 50 kopiejek mniej niż powinienem (tyle miałem drobniaków).

Wsiadam w Symferopolu w pociąg wcześniej robiąc drobne zakupy. Zabiera mi prowadnik bilet no i dostaje miejsce na dole (oczywiście plackartne). Potem gdy nie rozumiem, o co chodzi z pościelą to pasażer z naprzeciwka po polsku zgrabnie mi tłumaczy, że kiedyś się za nią płaciło osobno – teraz jest wliczona w bilet. Wysiada na pierwszej czy drugiej stacji. Na jednym z postojów zagaduje do mnie Ukrainka. Studentka muzyki z Chersonu. Jedzie z siostrą (studentką ekonomii). Rozmowa nieźle wygląda jak się średnio rozumiemy 😉 Więcej konwersacji nie prowadziłem. Jakiś cichy byłem. Sen.

Krótki kijowski spacer

Wysiadka o 4-5 rano w Kijowie. Bagaż do przechowalni. Przy wejściu do klozeta siedzi dwóch chłopaków. Chyba mówią po polsku. Trafione. Też byli na Krymie, a następny pociąg mają dopiero wieczorem. Ja o 10-11. Są ze Śląska (okolice Rybnika). Przychodzą jeszcze 2 dziewczyny. I jedna dziewczyna widząc moją koszulkę (AKT Watra) pyta się czy znam Piotrka z kursu. No i znam 😉 Czyli świat mały jest…

Oni idą szukać miejsca na ugotowanie śniadania a ja idę na zwiedzanie Kijowa. Nie mam mapy, przewodnika – tylko z pamięci kojarzę, że centrum jest tam… ooo… tam… No i że stacja metra jest blisko. Poszukiwania stacji metra są bezowocne. Ruszam pieszo. Miasto pełne ludzi przy dworcu, dalej jest puściej (w końcu to 5 rano). Przechodzę obok parku, budynków ministerstw, służby bezpieczeństwa… Ooo Cerkiew (chyba św. Włodzimierza). Akurat zamiatany plac przed nią. Jeden koleś wymiata liście na chodnik poza ogrodzenie (miotły wiklinowe).

Dalej jest plac z teatrem oraz budynkiem, który mnie lekko zadziwił (na śpiąco trochę byłem). Z jednej strony idę – ładna kamienica, a za nią taki szklany wieżowiec. Przechodzę na drugą stronę – to samo. Trzecia strona… ten wieżowiec wyrasta z wewnątrz tej kamienicy. Potem plac z Sobór Mądrości Bożej, Monaster św. Michała o Złotych Kopułach oraz pomnik Chmielnickiego. We wschodzącym słońcu złote kopuły cerkwi wyglądały prześlicznie. Kawałek dalej jest Plac Niepodległości (trafiłem na próby wieszania flagi przez żołnierzy). Przy placu zauważyłem wielką połać ziemi z powbijanymi palikami (ułożonymi w okrąg). Po powrocie do Polski dowiedziałem się, że to był największy zegar Europy (w trakcie tworzenia).

Jeszcze tylko przejście przez plac przy pałacu prezydenta i ruszam powolutku (inną drogą w stronę dworca). Żałuję, że nie miałem mapy i sił – byłem strasznie blisko rzeki oraz paru innych zabytków :/ Ale tam wrócę 🙂

Na dworcu miałem jeszcze troszkę czasu to przeszedłem na drugą stronę (tam była przydworcowa cerkiew). Na dworcu tłumy, co chwilę pociąg… Nawet był komunikat po polsku (bo przyjechał pociąg z Polski, z Warszawy). Dzwoni mi komórka. Szef… Ups… chyba zapomniałem zakomunikować, że wrócę 2 dni później :/ SMS wyjaśniający…

Metalowe rozmowy, drogie taksówki i mrówki

Wsiadam do pociągu do Lwowa. „Czwórka” moja zajęta przez starszą kobietę, kolesia w wieku 25-30 lat oraz dziewczynę młodszą ode mnie. Ona się pyta mnie: „turist”. Ja „tak”. Potem troszkę rozmawiamy (3-4h?) o wszystkim. Dziewczyna ma koszulkę z jakimś strasznym potworem, na łańcuszku pentagram, w uszach kolczyki z krzyżem i pentagramem. Oraz japonki w… trupie czaszki 😀 Słucha ostrej muzyki, kojarzyła Behemotha (Vadera nie). Pytała się o festiwale rockowe w Polsce (oraz ceny). Jest studentką stomatologii (2-3 rok). Ma polskobrzmiące nazwisko. Mieszka w Tarnopolu, a wracała z przeciwnego końca Ukrainy. Fajnie się z nią rozmawiało. Do tej rozmowy wykorzystane były kartki i długopis (w celu narysowania tego co się nie da zrozumieć).

W tym pociagu także sen. Wysiadka koło 21 we Lwowie. Szybko pod dworzec w poszukiwaniu jakiegoś transportu do granicy. Marszrutek nie ma. Tylko jeden koleś:

Na Medyka?
Tak.
Ile was jest.
Adin (czyli jeden)
(poszedł sobie)

Zobaczyłem 2 Polaków (z Sandomierza). Koleś do nich zagaduje. Czyli jest już nas 3. Cena za przejazd 120 zł za 2 osoby. Masakra… Co robimy? Trochę stoimy, rozmawiamy (też byli na Krymie ale tylko na imprezach). Mają znajomości wśród milicjantów tamtejszych:

Możecie do mnie przyjechać za rok. Za darmo was przenocuję…
No nie… nie możemy tak za darmo…
No dobra… Będziecie wódkę kupować!

Próby zbicia ceny nie idą nam… Decydujemy się – jedziemy mercem z pękniętą przednią szybą i brakiem pasów z tyłu. Przejście graniczne. Taksówkarz bierze za przewóz Ukraińców w powrotną stronę 20 hrywien (czyli 8 zł). Przechodzimy przez stanowisko ukraińskie szybko (zabierają tą karteczkę – ale jej nie czytają nawet). Potem głosy mrówek: „Są brygady? Są brygady. Jak są brygady to nie idziemy…”. Czymkolwiek te brygady by były wzbudziły popłoch. Przed wejściem ktoś upycha coś w spodniach, ktoś poprawia papierosy w bucie… Na przejściu równouprawnienie: dwie kolejki wg płci i „Poproszę Pana. Poproszę Pana. Poproszę Pana…”. Kobiety czekają (mimo, że były 3).

Teraz Polska

Po polskiej stronie w krzakach ktoś się „przebiera”, ktoś proponuje papierosy czy flaszkę… Jak się z tego miejsca wydostać teraz (godzina 23)? Stajemy na drodze i próbujemy łapać stopa. Problem w tym, że nic nie jedzie. Wyjechał z Biedronki przygranicznej Tir. Adaś przyskakuje, pokazuje kciuka, uśmiecha się (szczególnie, że widzi rejestrację SR – Rybnik). No i tir staje. Kierowca może zabrać jedną osobę. Wypada na mnie. Tir z Biedronki: „Dlaczego ja się dałem przekonać do przejścia do Biedronki, mniej zarabiam, praca po nocach… A tak jeździłem po Europie i było super. A tyle obiecywali.”.

Wysiadam w Przemyślu (bo koleś ma czekać na otwarcie Biedronki w Przemyślu do rana :/ ). Robię sobie nocne zwiedzanie. Przemyśl pięknym miastem jest (nocą widziany). Kamienice odnowione, ładny bruk, oświetlone zabytki… Dowiedziałem się, że Szwejk pił Tyskie (ma na rynku pomnik i trzyma kufel Tyskiego).

Jako, że już było około 1 to trzeba się przespacerować w stronę dworca (wcześniej widziałem, że poczekalnia jest zamknięta od 23 do 3 rano. Najwyżej pośpię przed dworcem. Ułożyłem plecak pod dworcem, usiadłem na karimacie, oparłem się o niego i zaczął drzemać. Po pół godzinie dyżurna ruchu się nade mną zlitowała i otworzyła poczekalnię (ale miała focha na twarzy). Zasnąłem na ławce. Gdy wstałem, popatrzyłem na ten drzemiący tłum – tych kolesi skądś znam. Aaa… To Ci z przejścia. Oni stopa nie złapali i zaczęli iść. Gdy po godzinie padli ze zmęczenia – dopiero wtedy ktoś ich zabrał.

Wsiadłem o 5 w pośpiecha. Do Dębicy miałem cały przedział na sen dla siebie. Potem wsiadły 3 pielęgniarki. Potem jeszcze 2 dziewczyny. Jednej należą się duże podziękowania za zagadanie – rozmowa mnie uratowała (już nie wiedziałem co robić – miałem dość podróży). Okazało się, że to studentka Inżynierii Środowiska z Kalisza. Pogadanka o studiach była 😀 (i kłótnie na naukowe tematy 😉 ). W każdym razie przeżyłem, wysiadłem w Katowicach, potem autobus i dom około 14…

To już koniec?

I tak kończy się moja pierwsza podróż na wschód. Czy było warto? Było. Kraj jest normalny mimo, że biedniejszy. I na dodatek jest tam też pięknie. Nie bać się wyjazdu. Jaki koszt? Około 500-600 zł za 10 dni (przejazd po polskiej stronie, bilet u prowadnika do Symferopolu, bilet powrotny przez Kijów, marszrutki, jakieś napoje, jedzenie, 2 razy nocleg w Sewastopolu, wstępy do zabytków itp…).

Nie miałem aparatu, więc zdjęcia w większości nie są moje (chociaż aparat wyrywałem i cykałem ;). Można je zobaczyć na mojej picasie. Może któraś z osób wymienionych we wpisie się odnajdzie? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *