Niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej

Człowiek zrobi wiele aby pochodzić po Tatrach. Wstanie o 3:20… Wyruszy o 4:00 (jednakże wcześniej będzie marudził o przesunięcie terminu wyjazdu co najmniej godzinę – snu trza…). Poprowadzi pojazd mechaniczny, który wielkiej mocy do rozpędzenia nie ma. Będzie pomstował na wolniejsze pojazdy (czyt. rowery, maluchy, fotoradary), że znów się trzeba rozpędzać…

Ale ten człowiek będzie silny. Nie da po sobie pokazać słabości. Nawet gdy na dwójce silnik wyje, a oczy mówią: „zmruż powieki”…

W weekend przedmajowy udało się zorganizować (dzięki Pani ŚUM-owatej) wyjazd na niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej… Start z TG o 4 rano, potem Mikule, Glajwic i Tychy. Z Tychów 3 wehikuły ruszyły w stronę słońca i gór. Trasa wiodła przez Pszczynę, Bielsko (chyba co skrzyżowanie fotoradar…), Żywiec i Korbielów (musieliśmy się rozpędzić, a ktoś nowym samochodem tarasował nam drogę
jadąc 40…) Potem chwila przez Słowację, obok jeziora Orawskiego, ponownie przez granicę do Chochołowa. Aż wreszcie wita na Witów i wlot do Doliny Chochołowskiej. Okazało się, że najsłabszy samochód przyjechał pierwszy 😀 (bo na nas czekali na granicy ;).

Śniadanko o 9. W mocnym słońcu. Jakub terrorysta prezentował się nad
wyraz „ciepło” w polarze i zimowej kurtce… Ruszamy do kolejki po
bilet do parku. Tam patrzymy jak wygląda traktoropociąg z pasażerami
upchanymi prawie jak w 820/840/870 KZK GOP. Przekrój turystów bardzo
duży, ale chyba naszymi w miarę dużymi plecakami przyciągaliśmy wzrok.


Już na pierwszej polance krokusy. Kto żyw, ten się rzucił robić „makra-kusy”… Powoli, wśród drzew, płynącego potoku, rzesz turystów doszliśmy około południa do schroniska. Jako, że oprócz mnie były tam same lenie to najpierw trzeba było sobie coś zjeść, posiedzieć na słońcu itp… Dopiero gdy moje marudzenie stało się nieznośne niektórzy zebrali się i ruszyliśmy jeszcze wyżej. W krainę prawie wiecznych śniegów…

Cel nie był ambitny… Pójdziemy na Grzesia i jak się uda („adaś… nie uda się”) to może na Rakoń. Powoli, jak słoń ociężale, ruszyła ta grupa po szlaku powoli, ospale… I jak to to, jak to się stało, że doszli na Grzesia, by zeżreć zająca… A zając był słodki i mówił „Wielkanoc”. A myśmy go tak bez uczuć odarli z odzienia, i jedli i jedli… jak grubasy kiełbasę… Patrząc na szczyty. Mieliśmy tyle dobroci w duszach, że został obfotografowany na polankach i szczytach – w jego ostatniej drodze. A wszystko to przez nią… Przez właścicielkę wcieloną. To ona go na pożarcie nam (i sobie szczególnie) dała.

Koniec tego udawania studenta filologii… 😉 W drodze na Grzesia mijaliśmy różnych ludzi (wszyscy w dół kierowali swe kroki) w niekoniecznie dobrze wybranym obuwiu. A śniegu nie było wcale mało… Widoki przepiękne 🙂 Jak fajnie w Tatrach ośnieżonych… Na Grzesiu po kontemplacji podzieliliśmy się na 2 grupy. Patryk otrzymał harem złożony z 3,5 kobiety, a Barbara harem męski złożony z 4 silnych, odważnych mężczyzn…

Najpierw kosodrzewina. Z jednej strony grzbietu śnieg, z drugiej już nie… Lekko w dół, lekko w górę… „Ooo… patrzcie… tam ktoś z Wołowca na nartach zjeżdża”. Podchodzimy na Rakoń. Tam obiad. Czyli pyszne parówki pyszne + chleb. Siedzimy z widokiem na stronę słowacką. Skupiany swój wzrok na jednym z Rohackich Stawów (zamarzniętym – dziwne, co nie?) oraz wielu szczytach słowackich Tatr Zachodnich
(ośnieżonych lub nie…). „Patrzcie… kilka lat temu zrobiliśmy takie kółko, następnego dnia takie… itp…”

Przy podchodzeniu na Rakoń minęliśmy grupę chcącą zejść do Doliny Chochołowskiej. Czyli tam gdzie my. Wybrali drogę bez szlaku z południowej strony Rakonia. Po obejrzeniu jak wyglądają trasy stwierdziliśmy, że też pójdziemy tam gdzie oni… 2 mężczyzn poszło przodem. A dwóch innych (w tym adaś) zostało sam na sam z Barbarą na tyłach… I 3 kroki – 6 zdań rozmowy… I tak powolutku schodziliśmy i
kontemplowaliśmy widoki na polską część Tatr Zachodnich. Na dole dostaliśmy okrzycz… „Co tak wolno?!” A jakże by inaczej 😀

Potem ponownie spotkaliśmy narciarzy zjeżdżających z Wołowca…
Zazdrościłbym im gdybym się nie bał po stokach z mniejszym nachyleniem
jeździć… Gdy przejechali obok nas okazało się, że to TOPR-owcy. Przy
okazji: Wołowiec już drugi raz nie pozwolił na siebie wejść niektórym
z nas… Trza go kiedyś (za trzecim razem) zdobyć. To kiedy ruszamy?

Po zejściu do schroniska kąpiel, wysępienie od niektórych jednego z
droższych piw w ich życiu. Niektórzy mieli wielką radość z adasia
biegającego po dworze z sandałkach i poszukującego butów. Które
„podobno” wypadły przez okno… I weź tu uwierz kobiecie… Brrr…

Potem przedstawianie filmów – chyba najbardziej utkwiły w pamięci
„Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” czy też
„Pamiętnik nimfomanki” pokazywane bez słów 😉 No i w końcu sen.

Rano podział przez pączkowanie. Część chce wrócić. A druga część
niekoniecznie. No i nasz plan ewoluuje z minuty na minutę. Najpierw
chwalę się swoimi łydkami i stopami w sandałkach na szlaku ze
schroniska w Chochołowskiej (jak nie było słońca było lekko zimno…).
Ale czego nie zrobi człowiek dla opalenizny 😀 Nawet sprawdziłem jaką
temperaturę ma woda w potoku… Oj niską ma… W każdym razie stopy
zostały obmyte. Aha… tym razem wszedłem z zabezpieczeniem, więc
żaden kamień mi w stopę nie wlazł.

Na polanie ostatni rzut oka na krokusy, na Wołowiec i inne szczyty…
I idziemy do Kościeliskiej. Oczywiście doszliśmy do samochodów na
zakurzonym parkingu (i po co myłem samochód przed wyjazdem?). Ale
dalej mamy plan dojechać do Kościeliskiej. My nie krowy…
Jedziemy na Babią – wejdziemy sobie z Krowiarek. Jeszcze tylko
zahaczamy o granicę administracyjną nieznanego miasta na Zakop. i już
jesteśmy w drodze.

Na Krowiarkach. Leżymy. Nic się nie dzieje. Chyba, że uznamy, że kromka pół na pół pasztet/dżem podana z adasiowego kolana jest dzianiem się… Leżymy. No i na Babią nie idziemy. „Eee… Tam jest 3h… Nie zdążymy do domu dojechać… W ogóle spaleni jesteśmy, leniwi, zmęczeni…”. No to co dalej? Jedziemy do domu przez Kalwarię Zebrzydowska.

Po drodze jeszcze fotostop z widokiem na Babią (marny widok – bo z drutami) oraz postój przy budowie elektrowni wodnej w Świnnej Porębie. No i to jest coś co robi wrażenie. Od razu ekipa energetyków zajęła się przeliczaniem mocy, prędkości napełnienie zbiornika (wyszło nam, że wcale to długo trwać nie musi…). Ekipa biologów podważała niektóre wypisane zalety ekologiczne. Jeszcze tylko przejście z
aparatem na teren budowy „no bo tam jest lepszy widok na drugą stronę zapory” i ruszamy dalej.

W Kalwarii najpierw obiad (kierowcy na znak protestu przeciwko piciu piwa przez pasażerów nie popili niczym obiadu). Potem msza (chyba „nikt” nie zasnął… jeśli dobrze pamiętam). Krótkie obejście kościoła oraz klasztoru i zjazd na Rynek w Kalwarii na lody.

Kolejny stop w Tychach – lekkie wymiany pasażerów w pojazdach i przez Gliwice, Zabrze do TG… Wyjazd ogólnie lekko leniwy. Zdjęcia dostępne u adasia, Darii, Maćka, Andzi, Pawła i Patryka.

Jedna myśl do “Niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *