Z nową (zaokrągloną) skórką – Opera 10^9.80

Hmm… Weekly Opery w środę? Z nową skórką? No no… Wygląda, że zbliżają się do wydania pełnej wersji (bo skórka się pojawiała jakiś czas przed nową wersję – o ile mnie pamięć nie myli). No i to wersja nie 10 a 9.80 – szczegóły niżej.

Opera 10 w nowej skórce

Skórka (przedstawiona na zrzucie obok – w brązowym schemacie kolorów) przypomina poprzednią w większym stopniu niż przy poprzednich zmianach skórek. Przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie.

Pierwsze co się rzuca w oczy to bardziej zaokrąglone krawędzie przycisków, kart itp. Także bardziej widoczna aktywna karta (m.in. większy kontrast). Oprócz tego pełno nowych grafik przycisków, ikonek itp. No i ikonki w domyślnej skórce są ponownie… wielokolorowe. 🙂

Czy się będzie podobać? Jak zwykle kwestia gustu. Można sobie podyskutować o skórce na forum Opery. Zgłoszono tam już pełno błędów w wyglądzie skórki – więc jak coś zauważycie to pewnie ktoś to zgłosił wcześniej…

Co nie działa:

  • wygląd szybkiego wybierania jest… brzydki. Tzn. nie skończyli skórki dopracowywać – w paru miejscach mogą się też ikonki nieprawidłowe/nieaktualne pojawiać.
  • W nagłówku listów pojawia się tylko adres mejlowy zamiast imienia i nazwiska nadawcy (dotyczy tylko osób, których nie mamy w kontaktach)

Z innych zmian:

  • Opera przedstawia się teraz jako… Opera 9.80 😀 A to z takiego powodu, że niektóre skrypty traktowały Operę 10 jako… Operę 1. Wykrywanie przeglądarek to złooo… Więcej o sprawie w osobnym artykule.
  • można wreszcie pobrać słownik do sprawdzania pisowni bezpośrednio z menu Opery: prawy klik na pole tekstowe – sprawdzaj pisownie – języki. Pojawi się okno z listą słowników.
  • przy wyszukiwaniu z paska adresu można teraz wpisać „? szukane wyrażenie”. Zacznie wyszukiwać w domyślnej wyszukiwarce. Może to ma na celu przyzwyczajenie, aby nie wpisywać zawsze literki „gie” na początku 😉 Aby się nam nie przyzwyczaiło: „jak czegoś szukasz to znajdziesz tylko w ‚gie'” 😉

Do tego kupa zmian dotyczących wyświetlania stron, stabilności, „mrożenia”, poczty, chatu, trybu Turbo Opery itp… Wszystko opisane w liście zmian dostępnej na stronie Opera Desktop Team.

Od siebie dodam, że wersja linuksowa z qt4 nie zamazuje ekranu przy przewijaniu stron. Ale dalej jest jakaś taka ociężała, więc zostaję dalej przy qt3.

I na koniec jeden cytat:

This build doesn’t include the new features in Opera 10, so one of the reasons for the revised skin isn’t there. All we be clear when the beta comes out!

Czy tą tajną funkcją jest (jak podają na forum) takie coś? A może coś innego?

Więcej informacji: Opera Desktop Team oraz polskie forum Opery

Katarynowanie…

Ostatnio śledzę troszkę sprawę Kataryny. Ci co wiedzą to wiedzą, reszty pewnie to nie interesuje. W całym tym dziwnym zamieszaniu najbardziej rzuca mi się w oczy pomieszanie z poplątaniem. „Dziennik” wrzucił do jednego wora blogerów oraz osoby komentujące wpisy na portalach(przeczytaj list otwarty do obrońców Kataryny).

Czy dziennikarze popisali się jakimś wyczuciem czy też taktem przy ujawnieniu tożsamości blogerki? Śmiem wątpić. Ale o tym już pełno tekstu napisano.

Cała akcja wyglądała najpierw na jakąś próbę sprawienia, aby jedna blogerka pisała „ciszej”. A potem jakimś zręcznym ruchem postarano się do grupy blogerów dorzucić wszystkich komentatorów z forów, dyskusji portalowych itp. No i napisano jacy ci wszyscy niedobrzy, brutalni, nierozgarnięci, chamscy itp. Co do komentarzy pod wpisami portalowymi – racja. Ale przy okazji dostało się blogerom. A w tej grupie takiego chamstwa już jest nie ma przecież.

I w pewnym sensie anonimowości (o której też dyskutowano) nie ma. Jeżeli ktoś wyrobi sobie markę (nawet nie podając nazwiska) to się go czyta. Jeżeli ktoś będzie pisał źle, będzie niewiarygodny – to się go nie czyta. Proste? Patrząc na dziennikarzy – chyba niekoniecznie.

Więc podawanie argumentu, że ujawnienie danych blogerki miałoby zmniejszyć liczbę marnych jakościowo „komentarzy no onecie” jest … Nie wiem czym jest. Słów mi brak.

Przepraszam za taki wpis na blogu, ale musiałem to gdzieś napisać…

Niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej

Człowiek zrobi wiele aby pochodzić po Tatrach. Wstanie o 3:20… Wyruszy o 4:00 (jednakże wcześniej będzie marudził o przesunięcie terminu wyjazdu co najmniej godzinę – snu trza…). Poprowadzi pojazd mechaniczny, który wielkiej mocy do rozpędzenia nie ma. Będzie pomstował na wolniejsze pojazdy (czyt. rowery, maluchy, fotoradary), że znów się trzeba rozpędzać…

Ale ten człowiek będzie silny. Nie da po sobie pokazać słabości. Nawet gdy na dwójce silnik wyje, a oczy mówią: „zmruż powieki”…

W weekend przedmajowy udało się zorganizować (dzięki Pani ŚUM-owatej) wyjazd na niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej… Start z TG o 4 rano, potem Mikule, Glajwic i Tychy. Z Tychów 3 wehikuły ruszyły w stronę słońca i gór. Trasa wiodła przez Pszczynę, Bielsko (chyba co skrzyżowanie fotoradar…), Żywiec i Korbielów (musieliśmy się rozpędzić, a ktoś nowym samochodem tarasował nam drogę
jadąc 40…) Potem chwila przez Słowację, obok jeziora Orawskiego, ponownie przez granicę do Chochołowa. Aż wreszcie wita na Witów i wlot do Doliny Chochołowskiej. Okazało się, że najsłabszy samochód przyjechał pierwszy 😀 (bo na nas czekali na granicy ;).

Śniadanko o 9. W mocnym słońcu. Jakub terrorysta prezentował się nad
wyraz „ciepło” w polarze i zimowej kurtce… Ruszamy do kolejki po
bilet do parku. Tam patrzymy jak wygląda traktoropociąg z pasażerami
upchanymi prawie jak w 820/840/870 KZK GOP. Przekrój turystów bardzo
duży, ale chyba naszymi w miarę dużymi plecakami przyciągaliśmy wzrok.


Już na pierwszej polance krokusy. Kto żyw, ten się rzucił robić „makra-kusy”… Powoli, wśród drzew, płynącego potoku, rzesz turystów doszliśmy około południa do schroniska. Jako, że oprócz mnie były tam same lenie to najpierw trzeba było sobie coś zjeść, posiedzieć na słońcu itp… Dopiero gdy moje marudzenie stało się nieznośne niektórzy zebrali się i ruszyliśmy jeszcze wyżej. W krainę prawie wiecznych śniegów…

Cel nie był ambitny… Pójdziemy na Grzesia i jak się uda („adaś… nie uda się”) to może na Rakoń. Powoli, jak słoń ociężale, ruszyła ta grupa po szlaku powoli, ospale… I jak to to, jak to się stało, że doszli na Grzesia, by zeżreć zająca… A zając był słodki i mówił „Wielkanoc”. A myśmy go tak bez uczuć odarli z odzienia, i jedli i jedli… jak grubasy kiełbasę… Patrząc na szczyty. Mieliśmy tyle dobroci w duszach, że został obfotografowany na polankach i szczytach – w jego ostatniej drodze. A wszystko to przez nią… Przez właścicielkę wcieloną. To ona go na pożarcie nam (i sobie szczególnie) dała.

Koniec tego udawania studenta filologii… 😉 W drodze na Grzesia mijaliśmy różnych ludzi (wszyscy w dół kierowali swe kroki) w niekoniecznie dobrze wybranym obuwiu. A śniegu nie było wcale mało… Widoki przepiękne 🙂 Jak fajnie w Tatrach ośnieżonych… Na Grzesiu po kontemplacji podzieliliśmy się na 2 grupy. Patryk otrzymał harem złożony z 3,5 kobiety, a Barbara harem męski złożony z 4 silnych, odważnych mężczyzn…

Najpierw kosodrzewina. Z jednej strony grzbietu śnieg, z drugiej już nie… Lekko w dół, lekko w górę… „Ooo… patrzcie… tam ktoś z Wołowca na nartach zjeżdża”. Podchodzimy na Rakoń. Tam obiad. Czyli pyszne parówki pyszne + chleb. Siedzimy z widokiem na stronę słowacką. Skupiany swój wzrok na jednym z Rohackich Stawów (zamarzniętym – dziwne, co nie?) oraz wielu szczytach słowackich Tatr Zachodnich
(ośnieżonych lub nie…). „Patrzcie… kilka lat temu zrobiliśmy takie kółko, następnego dnia takie… itp…”

Przy podchodzeniu na Rakoń minęliśmy grupę chcącą zejść do Doliny Chochołowskiej. Czyli tam gdzie my. Wybrali drogę bez szlaku z południowej strony Rakonia. Po obejrzeniu jak wyglądają trasy stwierdziliśmy, że też pójdziemy tam gdzie oni… 2 mężczyzn poszło przodem. A dwóch innych (w tym adaś) zostało sam na sam z Barbarą na tyłach… I 3 kroki – 6 zdań rozmowy… I tak powolutku schodziliśmy i
kontemplowaliśmy widoki na polską część Tatr Zachodnich. Na dole dostaliśmy okrzycz… „Co tak wolno?!” A jakże by inaczej 😀

Potem ponownie spotkaliśmy narciarzy zjeżdżających z Wołowca…
Zazdrościłbym im gdybym się nie bał po stokach z mniejszym nachyleniem
jeździć… Gdy przejechali obok nas okazało się, że to TOPR-owcy. Przy
okazji: Wołowiec już drugi raz nie pozwolił na siebie wejść niektórym
z nas… Trza go kiedyś (za trzecim razem) zdobyć. To kiedy ruszamy?

Po zejściu do schroniska kąpiel, wysępienie od niektórych jednego z
droższych piw w ich życiu. Niektórzy mieli wielką radość z adasia
biegającego po dworze z sandałkach i poszukującego butów. Które
„podobno” wypadły przez okno… I weź tu uwierz kobiecie… Brrr…

Potem przedstawianie filmów – chyba najbardziej utkwiły w pamięci
„Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” czy też
„Pamiętnik nimfomanki” pokazywane bez słów 😉 No i w końcu sen.

Rano podział przez pączkowanie. Część chce wrócić. A druga część
niekoniecznie. No i nasz plan ewoluuje z minuty na minutę. Najpierw
chwalę się swoimi łydkami i stopami w sandałkach na szlaku ze
schroniska w Chochołowskiej (jak nie było słońca było lekko zimno…).
Ale czego nie zrobi człowiek dla opalenizny 😀 Nawet sprawdziłem jaką
temperaturę ma woda w potoku… Oj niską ma… W każdym razie stopy
zostały obmyte. Aha… tym razem wszedłem z zabezpieczeniem, więc
żaden kamień mi w stopę nie wlazł.

Na polanie ostatni rzut oka na krokusy, na Wołowiec i inne szczyty…
I idziemy do Kościeliskiej. Oczywiście doszliśmy do samochodów na
zakurzonym parkingu (i po co myłem samochód przed wyjazdem?). Ale
dalej mamy plan dojechać do Kościeliskiej. My nie krowy…
Jedziemy na Babią – wejdziemy sobie z Krowiarek. Jeszcze tylko
zahaczamy o granicę administracyjną nieznanego miasta na Zakop. i już
jesteśmy w drodze.

Na Krowiarkach. Leżymy. Nic się nie dzieje. Chyba, że uznamy, że kromka pół na pół pasztet/dżem podana z adasiowego kolana jest dzianiem się… Leżymy. No i na Babią nie idziemy. „Eee… Tam jest 3h… Nie zdążymy do domu dojechać… W ogóle spaleni jesteśmy, leniwi, zmęczeni…”. No to co dalej? Jedziemy do domu przez Kalwarię Zebrzydowska.

Po drodze jeszcze fotostop z widokiem na Babią (marny widok – bo z drutami) oraz postój przy budowie elektrowni wodnej w Świnnej Porębie. No i to jest coś co robi wrażenie. Od razu ekipa energetyków zajęła się przeliczaniem mocy, prędkości napełnienie zbiornika (wyszło nam, że wcale to długo trwać nie musi…). Ekipa biologów podważała niektóre wypisane zalety ekologiczne. Jeszcze tylko przejście z
aparatem na teren budowy „no bo tam jest lepszy widok na drugą stronę zapory” i ruszamy dalej.

W Kalwarii najpierw obiad (kierowcy na znak protestu przeciwko piciu piwa przez pasażerów nie popili niczym obiadu). Potem msza (chyba „nikt” nie zasnął… jeśli dobrze pamiętam). Krótkie obejście kościoła oraz klasztoru i zjazd na Rynek w Kalwarii na lody.

Kolejny stop w Tychach – lekkie wymiany pasażerów w pojazdach i przez Gliwice, Zabrze do TG… Wyjazd ogólnie lekko leniwy. Zdjęcia dostępne u adasia, Darii, Maćka, Andzi, Pawła i Patryka.

Ręce wiszą na linie… Palenisko w Chorzowie

W weekend majowy (może za niedługo będzie wpis o nim) w Ogrodzieńcu przechodząc obok parku linowego zacząłem marudzić… „Chodźmy się powspinać… to nawet nie wygląda tak strasznie…”. Dwie kobity (z lekkim lękiem wysokości) odwiodły mnie od tego pomysłu słowami: „Już nie zdążymy z Ogrodzieńca wyjechać”. Ale obiecały, że pojedziemy do Parku w Chorzowie…

Pierwszy termin przełożony, bo jakaś tam „blondyna” powiedziała, że pojedzie, ale ostatecznie nie pojechała (jak zwykle). Na drugi jakoś ludzi też brakowało, ale… pojawiło się w Chorzowie 6 wspaniałych. 2,5 „silnych” mężczyzn, 3,5 pięknych kobiet… Jedna z ładnie zrobionymi paznokciami: „Ja się wspinać nie będę!”.

Po wejściu do parku linowego widzimy jak na jednej z platform stoi dziewczyna (kilkanaście lat) i nie może się zdecydować czy skoczyć na tej linie jak Tarzan czy nie… Instruktor od tego momentu wszedł też na platformę i zaczął ją przekonywać, że da radę… Przejście troszkę trwało.

Poglądowo, jak wygląda Park Linowy „Palenisko” w Chorzowie: 3 trasy (różna trudność), kilka kolejek tyrolskich, różne przeszkody. No i to wszystko w miarę wysoko nad ziemią… Cytat: „Jakbym wiedziala, że tak będzie wyglądać w Chorzowie to bym w Ogrodzieńcu poszła”. A niby się nazywa ten park „Pale-nisko”. One wcale niskie nie są… Ale kij tam z wysokością… Były gorsze rzeczy (przynajmniej w moim wypadku).

Z dołu przejście wyglądało w miarę spokojnie… Niby wiadomo, że tu trzeba nogi postawić, tu zamienić, tu chwycić ręką… „No dobra… Kto idzie?”. 3 mężczyzn idzie. Jako, że nasze ego jest strasznie wielkie to idziemy na trasę trudną… A co! Tamta dziewczynka przeszła to my nie? 😉 Najpierw drabinka. Potem przejście na linie… Do tego momentu było spoko… Potem skok na linie (Tarzan!) na siatkę i wspinanie się po tej siatce. Przepinanie się karabinkami, gdy się wisi na tej siatce, na dodatek z liną od Tarzana między nogami, jakieś bardzo proste nie jest… Siła w rękach by się przydała… Mężczyźni to jednak kruche istoty…

Ciekawym doświadczeniem jest też zapomnienie przepięcia się karabinkami z liny na pętlę i wejście na platformę za szybko… 😀 Wtedy siedzisz na platformie, a lonża ciągnie ciebie w dół… Do tego można poznać po jakim wysiłku zaczynasz cały dygotać (z braku sił). Czas zacząć ćwiczyć jakoś 😉

Kolejna przeszkoda – strzemiona. Czyli wiszące liny z miejscem na postawienie nogi. I tak myśl jak to zrobić aby się nie kręcić. No i aby nie zrobić za dużego szpagatu. Bo potem bolą pachwiny… Oj bolą… Po tej przeszkodzie była możliwość zjazdu. Jeden z silnych mężczyzn stwierdził, że zjeżdża… Pierwszy już jakiś czas temu przeszedł, a ja powolutku… Węzły… Tutaj stwierdzono u osobnika zwanego adasiem brak mięśni rąk… Moje przejście przez tą przeszkodę polegało na zawieszaniu się na uprzęży… Jak się okazało później – złą technikę miałem. W końcu inżynier bez doświadczenia wielkiego 😉 A z dołu krzyki: „Jak nie dasz rady to zjedź tamtą kolejką”. W myślach: „Nie! Ja nie dam rady? Ja?” 😉

Kolejna przeszkoda – jakieś coś prostego, aż tak bardzo, że nie pamiętam co… Chyba chodzenie po linie i pytania z dołu: „Adaś, a czemu ty idziesz przodem, a nie bokiem?”. A któż to wie 😀 Potem drabinka. W poziomie. Czyli znowu ćwiczymy rączki… Brakło mi 2 szczebelków. Poleciałem w dół… Znaczy kawalek bo byłem „zakarabinkowany”. Zaraz kolejna porcja ćwiczeń na mięśnie nóg. I znowu szpagaty. Te latajace belki walą po nogach, ale w miarę leciutku, bo starałem się nie huśtać. Starałem się to nie znaczy, że się nie huśtałem.

Potem taka jeżdżąca platforma. „Uważaj na zęby!”, „Że co? (wyskok) Aaaa…” 😉 Potem rura i zjazd kolejką tyrolską („Uważaj na zająca… kajś w trawie biega…”) I koniec… Wreszcie koniec. Można się walnąć na trawie… Nie wiem ile to trwało ale to nie było 10 minut… Oj nie… Mięśnie bolą do dziś (jak będę na Igrach skakał za chwilę?). Ale było warto. Tylko jakbyście się wybierali to niekoniecznie od razu na trasę trudną…

Cena 20 zł. Wrażenia? Bezcenne. Mięśnie: jednak są… bo bolą…

Więcej informacji: Park Linowy „Palenisko” w WPKiW w Chorzowie.

Testowa Opera 10 z trzynastego dnia miesiąca…

Ja się obijam ostatnio blogowo… Uuu… chyba czytelnikom podpadłem. Minąłęm 2 tygodniówki. O wczorajszej piszę dzisiaj… Pewnie i tak już mnie wszyscy wywalili z RSS-ów…

Ale dla tych co zapomnieli wywalić napiszę, że Opera z wczoraj aktualizować automatycznie się potrafi (od dłuższego czasu coś nie działało). Poprawiono trochę błędów silniku wyświetlania (np. nie przechodzenie do kotwic).

W którejś z nie opisanych przeze wersji cotygodniowych wprowadzono informowanie twórców przeglądarki o jej wywrotkach (wysyłanie crashlogów). We wczorajszej poprawiono to wysyłanie (np. pod linuksem). We wcześniejszej wprowadzono kilka ułatwień dla twórców skórek. Oraz wiele innych zmian (drobnych lub też nie), których nie chce mi się tłumaczyć tak na szybko (szefa nie ma 😀 ).

Rzeczy, które nie działają w tej wersji to… Nic ciekawego 🙂 Nie działa sprawdznie pisowni pod niektórymi dystrubucjami linuksa (pod Ubuntu działa 😉 ), a akceptowanie licencji słownika jest mało użyteczne (bo treści nie wyświetla 😀 ). No i automatycznie słownika Opera nie ściągnie (jeszcze…). Aby tego dokonać, należy udać się na stronę OpenOffice i pobrać plik Spelling, rozpakować do katalogu dictionaries (katalog profilu Opery). To tak gwoli przypomnienia (bo już kiedyś o tym pisałem).

Po szczegóły dotyczące wersji testowych odsyłam na bloga my.opera.com/desktopteam.

Co oprócz tego minąłem? A rocznicę powstania Opery oraz informację o możliwości pomocy przy tłumaczeniu stron Opery. Niedawno też zaproszono osoby do testowania różnych nowych stron serwisu my.opera.com. No i to by było na tyle 🙂