Kurs Turystyki Wszechstronnej z gliwicką Watrą

Jako, że w zeszłym roku udało mi się na tytułowy Kurs Turystyki Wszechstronnej zapisać (i nie żałować potem 😉 to studentom Politechniki (a także osobom, dla których dojazd do Gliwic problemu nie sprawi) polecam. „Ale co chodzi?” Po prostu co tydzień/dwa są „wykłady” (bardziej pokazy slajdów, pogadanki itp.). A do tego w weekendy wyjazdy w różne dziwne miejsca 🙂

Mi się udało m.in. jeździć na nartach po Pilsku z plecakiem i gitarą, płynąć pontonem po Białce Tatrzańskiej (rafting), galopować na koniu (móóój tyłek), popływać na jachcie. Wyjazdy kosztują tyle ile dojazd na dane miejsce i jedzenie – czyli zazwyczaj niewiele. Sprzęt macie dostępny, noclegi zazwyczaj zapłacone, lub darmowe…

Czyli nie obijać się i ruszać w środę, 4 marca, na spotkanie inauguracyjne na Wydziale Budownictwa, Politechniki Śląskiej. Godzina 18:00, sala nr 118.

Więcej informacji na stronie: akt.gliwice.pl.

Walentynkowe Gorce z sercem na tyłku

Pobudka 3 rano. Jeden autobus, drugi autobus… Katowice witają 🙂 Jako, że do pociągu jeszcze chwila to odganiamy jednego kolesia proszącego o złotówkę:

Co będę owijał w bawełnę… Na wino mi brakło…

Potem przechodzi zobaczyć jak wygląda dojście na perony dla osób niepełnosprawnych. Wygląda genialnie – najpierw dzwonek na wysokości głowy. Głowy stojącego człowieka. Potem otwierają bramę i delikwent na wózku przejeżdża przez nieznane otchłanie dworca, wyjechać na powierzchnię windą towarową… Nie mieliśmy odwagi zadzwonić…

Dojeżdża kolejni ludzie z ekipy. Wsiadamy do piętrowego składu i rozpoczyna się poranny śmiech 🙂 Do Krakowa z lekkim opóźnieniem dojeżdżamy – Kuba terrorysta na cały głos oznajmia, że:

Zapomniałem, że tu się wjeżdża do ciemnoty…

Na szczęście Krakusi chyba mają spokojne usposobienie, bo żadnych rękoczynów nie było. Przechodzimy na dworzec autobusowy w poszukiwaniu naszego autobusu. I wyryte zostaje nam w umysłach wyrażenie: „…na dolnej płycie dworcaaaa”. Pasażerowie musieli się dziwić jako pomagaliśmy zwiększyć słyszalność zapowiadającego dopowiadając te słowa do każdej jego wypowiedzi. Z taki długim przeeeeciągnięciem.

Wsiadamy do busika, który gna po śniegu wyprzedzając co wolniejsze pojazdy. Po dojeździe do Lubomierza wita nas sypiący śnieg i biała. główna droga… No to ruszamy 🙂 Kawałek to drogą a po zejściu na szlak wita nasz przyjemny (jeszcze) śnieg w ilościach znacznych. Podeszliśmy pod chatę na Rzekach i gospodarzowi zapłaciliśmy za nocleg w chacie oddalonej o kilka godzin drogi… O my głupcy… A jakby tak nas zasypało? Kasa za nocleg byłaby nie wykorzystana 😀

Na początku jest w miarę fajnie (nie licząc braku widoków, śniegu nie wydeptanego i sypiącego). Kijki okazują się przeszkadzające. Tylko Paweł je wykorzystuję, bo jak mówi „się przynajmniej nie kolebię za bardzo…”. Reszta chodzi jak pijane pingwiny 😉

Śnieg, wszędzie śnieg… Coraz więcej go leży. Po kilku godzinach terrorysta Kuba mówi: „Ja bym był za tym, aby się wrócić”. Został spacyfikowany. Przedzieramy się przez pierwszą dużą polanę… Miejscami po pas. Potem lasem i podejście na Gorc (1226m). Widoki rozległe… na chmury. Z Gorca powolutku schodzimy. Jedna, polanka, druga… odbijamy na inny szlak na kolejnej… polanie. Kaj ten szlak? Aaaa… tam…

Jako, że ruszyliśmy około dziesiątej to około 17 byliśmy już nieźle zmęczeni… Ale trzeba udawać silnych mężczyzn i się nie poddawać – każdy miał jakieś doła… Mój się objawił na jednej polance gdy torowałem na przodzie i zaczynało się robić ciemno… Wyleciałem do przodu, nikt mnie doganiał a ja torowałem, stawałem, torowałem, stawałem… W myślach „musimy cholera tam wejść jeszcze… potem tylko na dół „już” chatka…”.

A jak się zrobiło już całkiem ciemno to wzięło nas coś natchnęło. Latarki w dłoń i w 3 osoby biegamy polankach poszukując śladu szlaku na drzewach… Potem parenaście kroków wstecz, wyciągnięty kompas i idziemy na wschód… Tam musi być cywilizacja. Kawałek przez las i znowu na polankę… JEST! Widać światło (w domyśle chatki). Parę kroków w stronę chatki: „cholera… czy to na pewno światło?”. Pobiegłem… Jest! Wchodzę do chatki, ściągam plecak a tu….

Gapi się na mnie co najmniej 10 par ślepi. No to im odpowiedziałem: „Cześć. Zaraz przyjdzie tu jeszcze 7 osób a ja żadną atrakcją turystyczną nie jestem”. I wyszedłem… I krzyczę: „Jest chatka!”. Odpowiedź: „Uratowani!”. Wysępiłem nawet kilka damskich uścisków 😉

Harcerzy w chatce musiałem nieźle nastraszyć, bo się pozamykali po moim wyjściu 😀 Przyszedł człowiek lasu – trzeba zamknąć chatę.

Aha… Chata, na którą doszliśmy (po 9 godzinach) to Hawiarska Koliba. Chatka zostanie prawdopodobnie od marca zamknięta (obecnemu właścicielowi nie przedłużają dzierżawy). Chata jest fajna, ale zaniedbana… I w pewnym stopniu rozbierana – dobudówkę dzierżawca rozbiera.

Na chacie kominek nie działa, albo działa marnie, piec w kuchni kopci niemiłosierni. Ale harcerze sobie radzą 🙂 Ich sposób na przygrzanie wody do mycia: „otwieramy wszystkie okna, drzwi i palimy w piecu”. W kuchni suszy się pełno butów, skarpetek, kurtek, spodni…. Ale nie przy piecu, co to to nie. Przy elektrycznym grzejniku.

Dostajemy pomieszczenie na nocleg na piętrze… temperatura masakryczna. Robimy pulpę: makaron, mielonka, groszek, kukurydza, ser… (nie pamiętam całego składu). Jako, że zmęczeni to idziemy się myć i spać. Aaa… łazienka 🙂 2 klozety, 2 umywalki, działa prysznice. Działa 50%. Jest ciepła woda – hip hip hura. Jest haczyk do zamknięcia się w klozecie – hura. Do prysznica są drzwi – hura… Tylko dlaczego zostaje tam 40cm szpary? Kąpanie się z widokiem na lustro, w którym widzisz twarz kogoś kto myje zęby jest mało komfortowe…

W nocy zimno. Rano parę razy zostało wypowiedziane takie zdanie: „muszę zainwestować w śpiwór”. Rano = 10. Wychodzimy gdzieś? Coś ty! Na zewnątrz napadało jeszcze więcej śniegu. Harcerze pojechali do Gdyni a my rozpoczynamy porządki – czymś się trzeba zająć. Magistrzy z instytutu techniki cieplnej oraz strażak wzięli się za niesprawny piec – najpierw na komin – stawiamy drabinę… Patryk: „Nie wejdę… na całym dachu jest lód”. No trudno… No to czyścimy piec. „O… śrubki. Ma ktoś śrubokręt?”

Po powrocie z dachu adasiowi strzeliły spodnie na tyłku… No i żebym miał w czym wrócić to się uśmiechnąłem do Agi. Ona pożyczyły od harcerek igłę z nitką i spodnie zostały zeszyte. A że to były walentynki to dostałem także wyszyte serce na tyłku 🙂

Po czyszczeniu sprawdzamy działanie piekarnika na kromkach z serem i papryka – zapiekanki. 🙂 Działa. Nie dymi… Kto zmywa? „Ja nie… ja mam kota”. Po chacie łaziły takie 2 koty. Bardzo lubiły smyranie. A może to smyrający lubili smyrać? Nieważne. W każdym razie, któryś z nich zeżarł nam część sera.

Gramy w totem, potem w króliki/farmera. Ktoś tam układa drewienka z liptona. Gotujemy grzańca, przelewamy do jednego kubka…

– A meningokoki?

– E tam…

Kubek krąży z rąk do rąk. Trzeba mieć jakiś doping przy robieniu pulpy. Wielokolorowej. Para z Warszawy, która się przybłąkała w piątek nocą dostaje od nas tez po porcji 😉 A potem robimy gromkie „Uuuu…” Damska część tej pary gotuje sobie grzańca, wlewa go do kubka i… dolewa wody… Cóż za bezczeszczenie 😀

W międzyczasie przychodzą harcerki. W strojach organizacyjnych – czyli spódniczkach. W śniegu po pas. Niby to wygodne – co się nasypie to od razu wysypie…. A co przyniosły? A pełno żarcia w torbach: jajka, słoiki z sosami, kasze, ryże, princessy itp… Większość harcerek to gdzieś podstawówkowy wiek – może wtedy tyle się je 😉 A to co na zdjęciu to nie wszystko…

Wieczorem półtorej godziny gry w „psychologa” – kto zna ten wie, że można się nieźle ubawić 🙂 I sen. Rano wstajemy, schodzimy do Ochotnicy Górnej (po drodze tarzając się w śniegu). W kościele czujemy jak jesteśmy uwędzeni. A w trakcie ogłoszeń:

Na remont kościoła ofiarę złożyła rodzina x z przysiółka igrek 23, rodzina zet z przysiółka dzeta 56…

O godzinie 12:30 mamy autobus. Coś się nie on pojawia – za to przychodzi parę osób z torbami na kolejny autobus „ten o 12:30 jest zlikwidowany”. Ten drugi też nie przyjeżdża. To co? Stop. Ale jak tu złapać stopa jak tu nic nie jedzie… :/ Przy sklepie proponuje nam przewóz jakiś mężczyzna – podjeżdża pod nas busem i lądujemy w Krościenku (za 80zł).

Poszukiwania obiadu, potem szybki wsiadamy do autobusu do Katowic (trochę rozlatujący się – przez przerdzewiałą ścianę cały czas mi wiało. Autobus robił jeszcze jakieś kółka (jakieś „zdarzenie na zakopiance”) i w Katowicach jesteśmy po 20. No i dom 🙂 Po drodze zaliczamy jeszcze „dolną płytę dworcaaaaa” w Krakowie.

Zdjęcia dostępne na mojej Picasie, a także u Darii, Patryka, Pawła.

Wspólny bilet w GOP-ie – wyślij mejla

Czym jest wspólny bilet na autobusy i pociągi w okolicach Katowic? Marzeniem. Takim nie spełniającym się od dawna. Jest tu tyle linii kolejowych i autobusowych, a połączyć tego „ci u góry” nijak nie potrafią. No i zamiast 35 minut pociągiem z Gliwic do Katowic czy 20 do Bytomia to ludzie jadą pełnym autobusem ponad godzinę… Czadowo…

KZK GOP (wszyscy ten związek uwielbiają 😉 miał plan, że wprowadzi takie super, piękne i niewiadomocojeszczemające karty chipowe (czy też zbliżeniowe). No i obiecał, że będą za 2 lata i że będzie to bilet na autobusy, tramwaje, pociągi, kina, teatry i pewnie szalety miejskie też… Ale się przeliczyli z czasem i zmienili termin (jakie to kazetkagopowe 😉 Na 2013 rok przełożyli (ironicznie zapytam: „a EURO?”). A zwykłego papierowego biletu wspólnego wprowadzić do tego czasu to się nie da? Drzew szkoda na papier?

No a teraz sedno wpisu… Jesteś pasażerem komunikacji? Cieszyłbyś się z biletu wspólnego/zintegrowane/aglomeracyjnego? Wyślij mejla do wszystkich odpowiedzialnych za brak tego biletu. Na stronie kolej.wikidot.com został nawet przygotowany taki list – wystarczy, kliknąć, podpisać i wysłać. Proste? Czy to coś da? Nie wiem… Ale wysłać chyba można.

Walentynkowa Opera + pokonanie aktywacji pluginów

Nowa Opera tylko dla zakochanych? Dla tych już/jeszcze nie pewnie też 😉 Co w niej nowego? A możliwość subskrybowania kanałów RSS do internetowych czytników (aby się pojawił GR trzeba włączyć sprawdzanie dostępności nowej wersji Opery). Chociaż coś pod Linuksem jakoś marnie działa (znaczy nie dodaje 😉 ) Lista czytników będzie zwiększana w przyszłości.

Dodano też możliwość wysyłania mejli z internetowych serwisów po kliknięciu na link mailto: – na razie obsługiwane są tylko serwisy Opera Web Mail, Yandex oraz Fastmail. Fajnie, że jest, ale szkoda, że tylko takie serwisy (na blogu piszę, że z innymi mają jakieś problemy). Może by też zaproponować polskie serwisy do polskiej wersji Opery?

Wersja windowsowa dorobiła się crash-logów 😉 Przydać się może przy zgłaszaniu błędów… Z innych poprawek to: poprawiono „wywrotki” Opery przy RSS z hasłem, wyłączono domyślność znacznika przewijania, poprawiono wysyłanie listów (Opera nie będzie wysyłać pustych mejli). Podkreślanie błędów przy sprawdzaniu pisowni jest mniej rzucające się w oczy, wyłączono pasek postępu dla XMLHttpRequest, poprawiono stabilność oraz automatyczne aktualizacje. No i to by było na tyle 😉

Więcej informacji: Opera Desktop Team

Przy okazji: jak ktoś chce żyć w niezgodzie z patentami (a we własnej własnej wygodzie) to polecam możliwość wyłączenia konieczności aktywacji obiektów na stronach (Flash, quicktime itp.). Jest to patch d.i.z.-a, który trzeba zaaplikować plikowi wykonalnemu (chyba) Opery. Nie wiem czy działać będzie w przypadku tej nowej weekly… Po polsku trochę na forum Opery.

Elektrociepłownia Szombierki murami was zachwyci…

Wstać rano. Wsiąść do autobusu do Bytomia. Po co? Na Kraftwerk 🙂 A dokładniej do Elektrociepłowni Szombierki. W Bytomiu jesteśmy z Pawłem o 9:50, Andzia już czeka na dworcu autobusowym. Teraz ruszamy na dworzec PKP – pierwsze zdjęcie w tunelu, potem statyw i panoramka hali peronowej w Bytomiu – jedna z ostatnich w Polsce.

Przyjeżdża po chwili pociąg z Gliwic. z którego wysiada około setki osób – okazało się, że wszyscy specjalnie na Szombierki. 2 kobiety zamiast iść za tłumem poszły w przeciwnym kierunku 😉 Telefonicznie trzeba je ściągnąć w naszą (dobrą) stronę.

Przechodzimy na przystanek wąskotorówki a tam tłum z aparatami i statywami. Paweł zrobił tylko jedno zdjęcie w czasie całego wypadu, bo: „jak zobaczyłem ile osób ma aparaty to mi się odechciało…”.

Po kilkunastu minutach podjeżdżają 2 wagoniki pchane przez spalinową lokomotywę produkcji rumuńskiej. Powolutku upychamy się w wagonikach – organizatorzy mówili, że liczba osób ich przerosła. Widocznie ludzie są głodni przemysłowych wrażeń. W końcu to ludzie ze Śląska 😉

Po 10 minutach dojeżdżamy pod płot elektrociepłowni – teraz kawałek piechotą i jesteśmy na terenie Elektrociepłowni Szombierki – wielkiego ceglanego budynku z 1920 roku. W 4 około 40 osobowych grupach zaczynamy zwiedzanie – najpierw wchodzimy bramą pod wieżą zegarową na dziedziniec. Brzmi tak jakbyśmy wchodzili na zamek. W pewnym sensie tak to wyglądało. Nad nami góruje wieża zegarowa z 2 największym czterostronnym zegarem w Polsce (zaraz po PKiN w Warszawie). Z tym, że ten nie działa, bo gołębie obs… popsuły mechanizm 😉

Wchodzimy do budynku na „poziom zero” – witają nas koleby – wagoniki na szynie przymocowanej do sufitu. To tutaj odbiera się żużel oraz doprowadzana wentylatorami powietrze. Po drodze mijamy się z drugą grupą. która weszła innymi drzwiami 😉

I już jedna pani fotograf z Knurowa zdążyła się zgubić i wzywała pomocy telefonicznie 😉 Byli też tacy, którzy przewodnika widzieli tylko w pociągu – mieli później tzw. indywidualne zwiedzanie z aparatem i statywem…

Potem klatka schodowa, obdrapane drzwi z napisem „wydział automatyki” i po 4-5 piętrach jesteśmy nad bunkrami na węgiel. Przechodzimy wzdłuż taśmociągu – nie patrzeć w dół. Przez kratki widać bunkry na węgiel. I wylot ich też… Potem wzdłuż drugiego taśmociągu (tym razem pod kątem) i znowu schody w tzw. wieży węglowej w dół. Tutaj trochę węgla leżało pod nogami. A znalazły się kobieta, która musiała ubrać białą kurtkę, aby pochwalić się odrzuceniem z siebie brudu… I nawet jakoś strasznie się nie ubrudziła.

Wychodzimy na halę z kotłami. Dwoma kotłami. A miejsca na kilkanaście 😉 Zdjęcie tu, zdjęcia tam, włożenie głowy do kotła itp. Ciężko zrobić zdjęcie bez fotografa gdzieś w tle. Po hali latają gołębie. Tu złom, tam złom oraz tekst przewodnika „elektrociepłownia jest rajem dla złomiarzy”.

Przechodzimy po schodkach na turbinownie. Wygląda ładnie (nie licząc nieotynkowanych ścian z jednej strony). W turbinowni jak sama nazwa wskazuje powinny być turbiny. No i są. A dokładniej jest. Jedna. I to jeszcze niedziałająca. Tym sposobem można wysnuć wniosek, że elektrociepłownia jest teraz tylko ciepłownią. I to działającą tylko latem 🙂 Zimą działają Miechowice.

Wcześniej wspomniana turbinka jest turbinką Skody (nie Octavia ani Favorit). W latach swojej świetności była bardzo dobrą turbinką 🙂 Ale jak się widziało turbiny (kręcące) w elektrowniach jądrowych to taka wrażenia już nie robi. Co najwyżej wyciska łezkę – jak ta technika idzie do przodu…

Pomieszczeniem obok jest także turbinownia. Z drewnianym dachem. Po co drewniany? Bo jakby coś strzeliło to miał służyć jako „wentyl bezpieczeństwa” aby mury wytrzymały. Mury to by wytrzymały i bez tego drewnianego dachu – „to jest wielka kupa cegieł – druga po Malborku” 🙂

Potem jeszcze zaglądamy do nastawni – oczywiście jak to na każdą szanującą się nastawnię odnajdujemy „kalendarz z panią w stroju roboczym”. Andzia jest dokładna w jakimś pomieszczeniu odnajduję lepszy – „kalendarz z panią bez stroju roboczego”. Może przewieszają jak nie ma wycieczek? 😉 W nastawni akwarium, telewizor, kocher (co by se kartofle można było uwarzyć) no i kupa przycisków służących chyba do już do niczego 😉 W jądrówkach była podobna ilość przycisków 😀

Jeszcze w biurach zaglądamy do szafy dyrektora (umywalka), przechodzimy obok maszyny do pisania marki „Mercedes” oraz drzwi z napisami „Dla kobiet” i „Toaleta dla mężczyzn” (na jednych drzwiach) i wychodzimy na zewnątrz.

Krótki spacerek na wąskotorówkę, 10 minut jazdy i jesteśmy już pod dworcem. Potem spacerek obok Opery Śląskiej, kamieniczek bytomskich w kierunku rynku z Sukiennicami i Wawelem. Ani jedno, ani drugie na bytomskim nie zaobserwowane. Następnie przystąpiono do spożywania posiłku regeneracyjnego połączonego z rysowaniem macierzy sosem do pizzy. Polecam wszystkim zwiedzanie zabytków przemysłowego Śląska 🙂

Więcej zdjęć znajdziesz na mojej Picasie. Interesuje Cię kiedy znowu można się wybrać na Szombierki? Najwcześniej 29 marca 2009 – szczegóły na stronie Górnośląskich Kolei Wąskotorowych.