Szombierkowanie w Kraftwerk Oberschlesien – Elektrociepłownia Szombierki zaprasza

Jako, że są ludzie zboczeni na punkcie elektrowni to proponuję im ulżenie swojemu zboczeniu i zwiedzenie Kraftwerk Oberschlesien (Elektrociepłowni Szombierki) w Bytomiu. Nie zboczeni na tym punkcie też znajdą coś dla siebie. Elektrociepłownia jest jednym z ważniejszych zabytków przemysłowych na Górnym Śląsku.

Aby nie być gołosłownym polecam troszkę informacji i zdjęć m.in w Wikipedii, a także w mmsilesia.pl. I taki jeden cytat, mówiący, że to nie jest już taka zwykła elektrociepłownia:

W historycznych murach elektrociepłowni od kilku lat goszczą tancerze, odbywają się spektakle tańca i spektakle teatralne. Tutaj tworzą artyści i plastycy, zawody rozgrywają łucznicy. To również doskonały plener filmowy. Nawet nowożeńcy uwielbiają się fotografować w tych magicznych miejscach. I głównie dzięki temu władze Bytomia pragną przekształcić obiekt w ogromny kompleks kulturalno – wystawowy. Główna hala zakładu ma prawie 200 metrów długości i może pomieścić nawet 1000 osób.

Dodam jeszcze, że to jej kominy zostały wykorzystane na okładce płyty Pink Floyd (ciekawe czy ktoś mnie za ten tekst okrzyczy za chwilkę…) 😀

Co więcej trzeba wiedzieć? Aaa… Termin 🙂 1 lutego (niedziela) o godzinie 10:30 rusza kolejka wąskotorowa z Dworca w Bytomiu do Szombierek. Bilet kosztuje 10zł i obejmuję przejazd tą kolejka oraz zwiedzanie Szombierek z przewodnikiem. Przewidywany czas zwiedzania – jakieś 1-2h. Szczegóły na stronie sgkw.pl. Dodam, że postaram się aby były zdjęcia 🙂

Jako już osoba zwiedzająca kiedyś Szombierki (całe – nawet w pozamykane drzwi właziłem) napiszę, że naprawdę warto. I to polecam nie tylko osobom, którym jest bliska energetyka. Nie wiem czy wszędzie wpuszczą zwiedzających – taśmociągi (oraz podajniki kubełkowe) na górze, wieża zegarowa oraz podziemia z „kołyskami” są chyba najlepsze 😉

Liczę też, że na tą wąskotorówkę będzie można trafić 😉 Bo ostatnio próbując z koleżanką trafić na Flirta do i z Tychów trafiliśmy raz na stary skład, a drugi raz na zwykły autobus 😀 Mieliśmy niezłe szczęście.

Przy okazji polecę też Pakiet Gwarancji Pasażerskich dla podróżujących koleją 😉 Niby wszystko powinno być już dawno wprowadzone, a pewnie jeszcze długo nie będzie… Ale podpis można złożyć…

W Tatry – sylwestrowa, spóźniona relacja

Godzina 3:30 – pobudka. Trzeba zdążyć na pierwszą 19 do Bytomia, a potem na pierwsze 820 do Katowic. A po co tak wcześnie? A po to aby się jeszcze tego samego dnia pojawić na jakimś tatrzańskim szczycie… (niekoniecznie wysokim). Na dworcu w Katowicach spotyka się 5 wariatów i jedna jeszcze nie zwarjaciowała…

Ruszamy do miasta pod ziemią

Wsiadamy do osobówki do Krakowa. Na peronie obok stoi sobie TLK do Zakopca (pociąg jadący wolniej niż osobówka, a na dodatek spóźniona godzinę i jeszcze droższy). Będzie nas gonić… Ale my się nie damy… i uciekniemy ze średnią prędkością 50km/h… W pociągu mamy spokój. Współpasażerowie niekoniecznie go mają jeżeli słuchają naszych inteligentnych rozmów… W Krakowie bieg z peronu na peron („W prawo, a nie w lewo!!”). Na schodach uratowałem komuś spadające jabłko… Ale zdążył mi ten ktoś zwiać, więc nie otrzymał go z powrotem.

Pociąg do Zakopanego pustawy. Można się wygodnie rozsiąść i zasnąć… Nie, my nie zasypiamy… my kontemplujemy wschodzące słońce przemieszczające się po nieboskłonie z zawrotną prędkością (a może to pociąg zmieniał kierunki co chwilę, że „nasza gwiazda” raziła mnie cały czas?).

Zakopane. „Szukacie noclegu? Tanio.” Nie szukamy. Mamy, tanio. Po przemieszczeniu się przez miasto i Krupówki (po co one…) dochodzimy do naszego miejsca noclegowego. Do naszego poddasza. Przy wyjeździe będą nas boleć plecy od ciągłego schylania się. Andzię nie będą boleć bo to silna kobieta 😛

Sarni skok na skałę

Chwila na przebranie i ruszamy. Pierwsza trasa to Dolina Białego – Sarnia Skała – Dolina Strążyska + wodospad Siklawica. Wychodzimy koło 12-13, więc powinniśmy zdążyć przed zmrokiem. Testujemy kijki trekingowe – pomagają przy podchodzeniu i przeszkadzają przy robieniu zdjęć. W dolince Białego pełno białego śniegu, a aparaty uparły się na robienie zdjęć niebieskiego śniegu. Dolinką spaceruje dużo turystów. Im bliżej Sarniej Skały tym ich jednak mniej. Ale za to się zmienia struktura ubieranego obuwia – w lakierkach to się nieźle zjeżdża po szlaku, co nie? No chyba, że ma się sanki próbuje się je wykorzystać do zjazdu pomiędzy skałami i drzewami…

Niebo bez żadnej chmurki, więc zaobserwowano widoki na:

  • pana rycerza przyprószonego śniegiem (parę osób na szczycie)
  • smog typu zakopiańskiego w dole
  • kawałek Tatr Zachodnich (m.in. na Kominiarski Wierch, ale jakiś taki dziwny z tej strony)
  • kawałek Tatr Wysokich i może Bielskich
  • no i oczywiście Babią, Pilsko, Gorce.

Przepięknie. Schodzimy krokiem ślizgowym (telemarkiem lub tyłkomarkiem) do Doliny Strążyska (niektórym nawet trzymanie się poręczy nie pomagało). Tam odwiedzamy wodospad, oglądamy ceny w bacówce na polanie i wychodzimy z doliny. Bo cen nie zdzierżymy. Należy też pamiętać aby nie ślizgać się tam gdzie ja, bo może się to skończyć wybiciem biodra 😉 Co nie, Andzia? 😉

Terror i bunt grzańcowy

W grupie naszej znajduje się pewien terrorysta. Znany studentom wydziału IŚiE baaardzo ostry doktorant. Ostry nie tylko dla studentów – dla znajomych także. Kazał to – robiliśmy to, kazał tamto – robiliśmy tamto. Chociaż po pewnym czasie zaczęły się bunty 😉 Ale za dużo nie wskóraliśmy. No więc kazał nam iść przez całe Zakopane do pewnej chaty gdzie kobietom zabierają staniki, a facetom majtki (chyba, że też mają staniki). Ale, że szczęścia ci u nas dostatek – było za dużo chętnych do pozbycia się bielizny, więc nasze majtki przeżyły. I tak samo było kolejnego dnia… Na szczęście 😀

Kolejny dzień. Dojeżdżają kolejne dwie niewiasty. Niewiasty dzwonią w środku nocy nie do tego mężczyzny co powinny (czyli dzwonią do mnie) i mówią, że „już” dojeżdżają. Zajęło im to prawie godzinę 😀 Poświęcający się odbiorowi niewiast mężczyzna pokonwersował sobie z góralami na dworcu.

Robimy śniadanie. Herbatę do termosów też. Gdy przychodzi do podgrzewania grzańca w butli brak gazu. Dzień wcześniej byłem maltretowany przez terrorystę i nie mogłem stać przy gotującym się grzańcu. Stać i sprawdzać czy już dobry… A jak go nie było w okolicy i już miałem łyżeczkę w ręku to nie było gazu. Fatum…

Rusinowa Polana z pasącą się gąską…

Podążamy w kierunku jakiejś drogi, po której poruszają się busiki. Wsiadamy do takiego jednego. Inspektorat Transportu Drogowego miałbym niezłe żniwo w tym zapełnionym po dach busiku… A jedziemy gdzie? Na Wiktorówki. A dokładnie to na Zazadnią (niezła nanazwa 😉 Podążając na Rusinową Polanę po drodze mamy małe sanktuarium na Wiktorówkach. Przy podchodzeniu niejaki terrorysta terroryzował tyły za zbyt wolną jazdę 😉 I za wygłupy 😉 Ale jak się tu nie wygłupiać w takich przepięknych okolicznościach przyrody.

Rusinowa Polana. Cud, miód i śnieżynki… Widok na Tatry Zachodnie i adaś udaję, że wie co gdzie jest. Może mi wierzą. A nawet jak nie to nie mają wyjścia 😀

Czekolada!! Chyba nawet z rodzynkami (czyli drugim owocem, który jem)!

Po odpoczynku spożytkowanym na kontemplowaniu widoków (takich jak na zdjęciach obok) ruszamy w górę. Na gęgę… Gęsią Szyję. Powoli po śniegu, z potem na skroni. z mozołem na… Z mozołem na niczym 😉 Po dotarciu na szczyt rozpościerają się przed nami kolejne widoki. I znowu udaję, że wiem co gdzie jest. Potem mnie jakiś turysta prostuję… Trzeba kiedyś po tych Wysokich Tatrach pochodzić wreszcie, bo kobiety będą mi nie ufać jeszcze w sprawie panoramkowania 😉

Na gęsiej szyi odbywa się też posiłek 🙂 Kanapki takie, kanapki takie, herbatka taka lub inna, czekolada 😀 I sesja zdjęciowa: np. „Adaś + 3 baby z czego co najmniej jedna zimna i ośnieżona”, „3 baby”, „baba zamyślona z inną babą w tle”. Bo widok też na Babią był 🙂

Gimnastyka daje wiele radości

Rozpoczynamy schodzenie. Szlak wydeptany, więc większych problemów nie było. Dochodzimy do jakiejś polanki, gdzie nam odbiło. I zaczęliśmy po niej biegać (w głębokim śniegu) i się rzucać na siebie itp. Mam nadzieję, że nikt z TPN tego czytać nie będzie 😀

Po lekkiej gimnastyce ruszamy dalej wśród drzew ośnieżonych, mostków drewnianych do Doliny Suchej Wody. Ktoś dostaje informację, że w Tatrach lawina paru turystów zasypała. Trzeba się tłumaczyć, że to nie nas. Że my jesteśmy stateczni i rozważni. Hihih…

W Dolinie Suchej Wody dziwią nas pomarańczowo-czarne kratownice „Uwaga! Lawiny” na szlaku którym przyszliśmy z Gęsiej Szyi. Tylko skąd tam mogło coś zjechać? Można prosić o oświecenie? Po kilkudziesięciu minutach dochodzimy do Topolowej Cyrhli. I tam łapiemy stopa 😉 I tu zaczyna się pewna opowieść z cyklu „Wierzę w ludzi”. No to po kolei.

Wierzę w ludzi, cześć II

Wystawiam łapkę. Stojący przy przystanku otwiera okno i mówi, że podwiezie. No to wrzucamy tam 4 osoby. Później sie okazało, że musiały zapłacić… No cóż. Kolejne 2 osoby i jadą z jakąś rodzinką. A ja i żaba ostatnim stopem z Krakusem. Porozmawialiśmy sobie miło o nartach („Zakopane nic nie proponuję – wolę Słowację”), imprezach sylwestrowych („Nie idźcie na Krupówki chyba, że chcecie dostać szkłem”). Słuchaliśmy Trójki (Top wszechczasów). Kierowca był tak miły, że nas wysadził w miejscu gdzie chcieliśmy (nadłożył trochę drogi).

No i po jego odjeździe olśnienie. Zostawiłem tam plecak od Andzi, a w nim moje dokumenty, jej dokumenty i portfel. Czad. Najpierw ciche minuty, potem rozważania kiedy on otworzy mój portfel i kiedy zobaczy tam numer telefonu. Były też myśli o tym aby do Trójki zadzwonić i prosić o kontakt na antenie 🙂 Ale rozważanie przerwał telefon do mnie. „Ma pan bardzo dużo szczęścia. Proszę się stawić tu i tu” 😉

Po drodze z Andzią myślimy co kolesiowi kupić… W sklepie stanęło na jakimś Stocku. Przy odbiorze nie chciał przyjąć, więc zostaliśmy ze sztokiem, którego za bardzo nie lubimy… Może wymienimy? No to ładnie w sklepie poszukujemy sprzedawczyni, która nam sprzedała to… „Eee… to nie ta… tamta była starsza”. Potem sprzedawczynie odsyłają nas sobie aż do kierowniczki. Następnie doktorantka pokazała, że potrafi dodawać: 16+16=34. Zaopatrzeni w 2 wina idziemy witać nowy rok 🙂

Taniec z Benkiem

Ktoś zagadał do księdza (opiekuna naszego noclegu) o jakieś pomieszczenie na tańce i radio. Udało się – mamy też kominek (technika spalania) i potret zawsze czujnego Benedykta XVI. 😀 I całe pomieszczenie dla naszej ósemki. W termosach grzańce z naszych win. Znaczy wina 😉 Terrorysta + jeszcze nie zwariaciowała dali popis tańca. Potem próbowali innych nauczyć czegoś – oporni niektórzy są 😀

Potem wyjście na Wierszyki czyli pagórek z widokiem i termosem. Tu robi ktoś jakieś bum, tam bum. I tak z godzinę. A to Szymoszkowa próbuję pobić Gubałówke, a to Gubałówka Kościeliśko, a to centrum próbuje pobić Wierszyki. Od razu się pokazał tzw. Zakopiański smog.

Wracając z Barbarą postanowiliśmy popatrzeć na gwiazdy leżąc na śniegu. I duch pomocy w narodzie nie ginie po wpływie. Parę przechodzących grupek pyta się czy nam nie pomóc 😉 A my tylko oglądamy gwiazdy. Kilka osób spróbowało też poleżeć chwilę z nami 😉 Ale i tak nic nie spadło.

Pączkowanie przez podział

1 stycznia. Nowy rok. Od rana trwają przekonywania Andzi do iścia na narty lub snowboad. Negocjacje przegrała sekcja narciarska – Andzia zasila górski Terrorystan. Oni poszli na Wielki Kopieniec oraz Nosal. A sekcja narciarska na Szymoszkową. Autor też… 🙂 Wypożyczenie nart na 4 godziny („Damy radę?”) i karnet. Na początku spokojnie – kolejek brak. Stok ładny. Jak na umiejętności adasia to za ostry na początku a potem jakiś taki za płaski. Ale źle nie było.

Jakoś tak co chwile na mnie jakieś kobiety wpadały – a to na stoku, a to jedna wyłożyła się przede mną na schodach („Czy cały aparat? Uff… Cały. A panu nic się nie stało?”). Jakiś tak przyciągający jestem chyba… (Taaa….). W kolejce do wyciągu język polski ciężko było usłyszeć. Cała Europa jeździ na Szymoszkowej: Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi, Niemcy, Węgrzy, Anglicy i jakieś inne nieznane nam bliżej języki. A Polacy jeżdżą w Beskidach czy Białce? 😉 Ciekawe kiedy szanowna pani Żaba udostępni zdjęcia z nart…

Powrót na nocleg a tam jedzonko 🙂 Były 2 rodzaje pulpy. Każda dobra 😉 Chociaż niezwarjaciowana patrzyła na nie jakimiś strasznie wybałuszonymi oczami 😉 Na jajecznicę zresztą też 😉

Żegnamy się z 2 kobietami, które idą sobie na pociąg. Wieczorem smakujemy różne rodzaje win: hiszpańskie, chilijskie, bułgarskie i węgierskie. Poszukiwania wina (bo nam brakło) zaprowadziły mnie do sklepu w okolicy Krupówek. Po drodze zauważyłem, że połowa bankomatów nie działa. A pomiędzy nimi przemieszczają się ludzie z wypisanym na twarzy pytaniem: „ten też nie działa?”.

Powrót czyli jak to pani konduktor nie wie gdzie Dąbrowa Górnicza.

2 stycznia. Czas ruszać. Najpierw wyprawa do bliziutkiej Dziury – Dolina ku Dziurze. No i trzeba ruszać na pociąg. Na tej wielkiej ulicy bez klimatu poszukuję mojego bankomatu… Jest, ale nie działa. Kilka innych też nie. W 2 działających nie chce mi wypłacić. Dopiero trzeci się nie buntuje. Potem próba zakupu biletu w kasie… Kolejki. Rezygnacja.

Wsiadamy do pociągu, przyjmuję zamówienia i lecę męczyć konduktorkę. 3 bilety w promocji „Ty i raz dwa trzy” do Zabrza, jeden studencki do Gliwic (dla nie zwarjaciowanej), jeden do Katowic + pośpiech do Rybnika no i jeden terrorystyczny do Oświęcimia. Oczywiście, żeby nie było za łatwo wszystkie miały być przez Dąbrowę Górniczą Ząbkowice 😀 Konduktora zaskoczona. Chociaż co się dziwić, że biedna kobieta nie wie gdzie Zagłębie 😀

– Panie… A gdzie to jest… Ja tego nie mam.
– Da mi pani rozkład sieciowy to pani znajdę.
– Dobrze. Ale niech pan policzy jeszcze kilometry…

Trochę to trwało. Ale się w końcu udało. Dowiedziałem, się też biletu na pośpiech nie można kupić u konduktorki osobówki. Przekombinowane. Po udanych zakupach (gdzieś w okolicy Nowego Targu) mogę wreszcie zjeść swojego hamburgera. Czyli obiad. Po drodze już troszkę zmęczeni nie powodujemy uszczerbku na umysłach współpasażerów. Bo obok nas piją wódkę i śpiewają czasami. Są poza konkurencją.

W Krakowie bieg na osobówkę do Częstochowy. Mamy ponad godzinę stania. Wysiadamy w Dąbrowie Górniczej Ząbkowicach i wsiadamy po paru minutach do piętrusa do Gliwic. Pustego piętrusa. I tak oto nasza podróż dobiega końca. 😉

Jak ktoś jest zainteresowany zdjęciami to polecam moją galerię oraz galerię Patryka („Eee… ale on tych zdjęć nie przebrał” 😉 ) Wybaczcie, że relacja kilkanaście dni po wydarzeniu… Bo z relacjami jak z winem… 😉

Pierwsza w 2009 Opera 10 ;) (testowa oczywiście)

Dzisiejsza testowa wersja Opery 10 przynosi nam poprawki głównie stabilności. A także takie (w większości drobne) zmiany:

  • Poprawione ładowanie stron klikniętych w czasie ładowania strony (cóż za karkołomne tłumaczenie)
  • Poprawione „Dodaj wszystkie otwarte strony do zakładek” (ale gdzie taka opcja jest?)
  • Poprawione menu kontekstowe przy tworzeniu wiadomości
  • Poprawione znikanie szkiców wiadomości
  • Poprawione wysyłanie linków mejlem w formacie tekstowym
  • Poprawki dla tekstu RTL (od prawej do lewej) o oknie tworzenia wiadomości
  • Poprawki schematów koloru skórek
  • Ikona „Zablokuj panel” powinna być bardziej widoczna.

Nie jest to jakoś wiernie przetłumaczone – proszę nie bić 😉 Zauważyłem też, że Opera teraz przy sprawdzaniu pisowni ma mniejsze opóźnienie. Wcześniej trzeba było poczekać kilkanaście sekund (jak nie więcej) aby łaskawie podkreśliła na czerwono błędnie wpisane słowa w formularzach.

Więcej informacji: blog Opera Desktop Team oraz polskie forum. O nowych opcjach w Operze 10 możesz przeczytać w poprzednich wpisach (tam też informacje skąd wziąć polski słownik do sprawdzania pisowni oraz jak zaktualizować wersje weekly automatycznie).

Parę dni temu zwrócono mi uwagę, że nie poinformowałem o Operze 9.63 😉 No to informuję teraz – wersja 9.63 została wydana przed nowym rokiem i zawiera oprócz poprawek bezpieczeństwa też:

  • możliwość zamykania kart dwuklikiem
  • Zmianę przycisków w kliencie poczty (przycisk „wątki” zamiast „etykiet” oraz parę zmian skrótów klawiaturowych)

Kto się jeszcze nie „zaktualizował” ma teraz okazję. 🙂

Poczta na gazeta.pl, a ludzie…

Dziś o 12:22 dostałem mejla o treści:

Źle zabezpieczona lista mailingowa…

…Czyli jak rozsyłać spam do wszystkich użytkowników serwera gazety
korzystając z nieudolności ladmina…

Ktoś odkrył błąd w serwisie pocztowym gazety.pl. Każdy mejl wysłany na (na razie tajne)@gazeta.pl dochodzi do wszystkich użytkowników poczty gazety.. Super… Niech to naprawią i będzie spokój.

Ale nie… Po chwili zaczyna się zalewanie skrzynek testami tej „nowej funkcjonalności”. I tak można sobie poczytać teksty „bardzo inteligentnych osób”, które chciały sprawdzić czy to naprawdę tak działa. „Tak, to działa”, „Pozdrawiam Agatę z biurka obok;)”. A potem pierwszy spamerzy z linkami do allegro czy swoich serwisów… Zamiast zgłosić błąd to oni wysyłają mejle do siebie nawzajem. Jak małe dzieci sprawdzają: „czy ten czajnik naprawdę jest gorący?” Wrrrrr….

A gazeta.pl by to mogła chyba po chwili naprawić, co nie? Poprawione zostało na szczęście po godzinie – bo wtedy doszedł ostatni mejl. Jednak nie poprawione – Gmail troszkę oporny jest przy pobieraniu wiadomości z gazety, więc do 16:45 przyszło 120 mejli. już 4 godziny… (nie liczę wiadomości, które same wylądowały w spamie…) Tylko czekać aż moja ciocia dostanie ten cały spam do siebie i zacznie to czytać… Ehh… A potem telefon i pytanie: „ale o co chodzi?” 😉

Na grubie w Bielszowicach

Jako, że uwielbiam zwiedzać różne zakłady przemysłowe to bardzo się ucieszyłem z propozycji zjazdu do Kopalni Węgla Kamiennego „Bielszowice”.

Pobudka na szychtę o 5 rano. Cza dojechać na Ruda z Gór… A to trwa… Parę minut po 7 jestem na miejscu (a stopy mi w autobusie 198 zamarzły). Wchodzimy na teren kopalni, należy się wpisać na listę i podpisać informację, że nie jesteśmy chorzy na: … (dużo różnych chorób).

Informacja od przewodnika jakich ostatnio się zatrudnia pracowników („Mamy piekarzy, stolarzy… I pełno takich tylko po gimnazjum. Na tych to trzeba uważać 3 razy więcej.” „Rekordzista ma 19 lat i 4 dzieci a jednemu 21-latkowi matka przychodzi wszystko załatwiać w biurach…”). Potem przejście do pielęgniarki na pomiar ciśnienia. Z okna widok na cmentarz (taki widok mają górnicy jadący i wracający z dołu). Nieźle…


Budynek, w którym jest łaźnia, szatnie cały okafelkowany w stylu wczesnego PRL – ale nawet czysto. Przejście do szatni i odbiór: kasku, spodni, gumioków, koszuli flanelowej, jakiegoś filcowego (chyba) szaketu (znacie takie słówka? ;)), rękawic oraz onucy 🙂 Onuce to dwie szmatki robiące za skarpety 😀

Przechodzimy dalej: odbiór karty magnetycznej, lampy i aparatu ucieczkowego. Potem chwila instrukcji jak się tym posługiwać… (urwać tu, pociągnąć tam, pociągnąć tu, zatkać nos, wepchnąć do ust…). No to idziemy na nadszybie (po drodze podbijamy karty). Wchodzimy do tzw. Titanica (bo mokro) i zjeżdżamy z prędkością 15m/s na poziom 845. Po jakiejś minucie jesteśmy na miejscu, tzn. głęboko jesteśmy.

Wieje. Przechodzimy przez dworzec („Uważać na kabel jezdny ten nad głową – bo was przypiecze”). Idziemy najpierw wzdłuż torów, potem wzdłuż taśmociągu. Po drodze mijamy nielicznych górników („Szczęść Boże”) i różne maszyny. Nad głowami mamy rurę doprowadzającą powietrze, szynę do przewozu różnych rzeczy, pełno kabli („Ten kabel ma 6000V”, „Ostatnio mamy plagę kradzieży kabli… próbują je przecinać pod napięciem”).

Mamy tylko jedną drogę ucieczki – jakby tąpnęło to klapa… Dochodzimy na przodek przy kombajnie. Najpierw jeden z nas wchodzi na kombajn i mierzy stężenie metanu pod stropem. Potem uruchamiają kombajn i atmosfera staje się zapylona oraz głośna. Plujemy gdzie popadnie.

Na dzień mają zrobić 9m chodnika. A kombajnista przy uruchomianiu bawi się pękiem drutów i coś tam łączy… Nie wzięli kluczyka?

Samo dojście do przodka to jakieś parę kilometrów – po stabilnym podłożu, błocie, wodzie wlatującej do gumiaków… Tu trzeba się schylić, tam przeskoczyć, tu przejść po drabinie nad taśmociągami, po drabinie ułożonej w bajorze… Raz wieje chłodem, za kawałek ciepłem. Ogólnie wrażenie kopalnia robi mocne…

Po wyjeździe na powierzchnię zrzucamy buty, onuce, szaket i siadamy przy Żywcu, sznitach z tustym i ciastach… I nasz przewodnik opowiada różne opowieści. Nie będę ich tutaj przytaczał, ale napiszę, że rozmowy na dole dotyczą zazwyczaj „pewnej części kobiecego ciała”. I tyle 🙂 Tematu rozwijać nie będę…

Potem prysznic (3 razy wchodziłem pod prysznic, bo na klacie brudno, na szyi brudno itp…). A oczów nie miałem jeszcze nigdy tak zalotnie pomalowanych… Potem do szynku („Chłopcze… ty się nie przyznowej, żeś jest ze Sosnowca…”).

Więcej zdjęć w moim albumieoraz kogoś tam innego. Przepraszam za jakość zdjęć, ale nie mam iso 3200 a zapylenie też swoje robiło 😉