Biblioteka w Tarnowskich Górach przez WWW

Jak tego bloga czytają jacyś tarnogórzanie to poinformuję krótko: Biblioteka Miejska w Tarnowskich Górach dorobiła się katalogu książek dostępnego przez www. 🙂 Aby się do niego dostać trzeba wejść na stronę katalogu, wpisać swój numer karty biblioteczne i hasło (3 pierwsze litery nazwiska + data urodzin). I mamy dostęp do katalogu. Szczegółowe informacje na stronie biblioteki.

Można zamawiać książki tylko takie jakie są obecnie wypożyczone. O dostępne na miejscu trzeba walczyć (rower i w drogę). Co jeszcze? System powiadamia mejlem o zbliżającej się dacie zwrotu książek oraz o pojawieniu się zamówionej książki. Można termin zwrotu przedłużać… No super 🙂 I jeszcze można sobie przejrzeć historię czytanych książek od daty zapisania się w bibliotece.

PS Jakiś dłuższy czas temu Biblioteka na PŚ też się powiadomień dorobiła.

Urodzinowa weekly Opery 9.60

A kto ma urodziny? A jakiś tam mało znanyJon. Można mu po norwesku życzyć „Gratulerer med dagen” 😉 A co w dzisiejszej weekly Opery się zmieniło? Poprawiono synchronizację, poprawiono śledzenie i ignorowanie wątków w mejlach, położenie w panelu zakładek po ponownym włączeniu przeglądarki jest zapamietywane. Można też czyścić historię pobranych plików przy zamknięciu przeglądarki (opera:config#TransferWindow|KeepEntriesDays – wpisz 0). Możesz tam wpisać liczbę dni, po których ściągnięte pliki mają zniknąć z listy (nie z dysku).

Zobacz też jakie zmiany pojawiły się w poprzedniej testowej wersji (synchronizacja wyszukiwarek i wpisywanych adresów, podgląd kanałów RSS, tryb „Słabe łącze” oraz śledzenie wątków w kliencie poczty). Oczywiście ta wersja ma błędy: dotyczą one wyświetlania podglądu kanałów RSS przy ich subskrybowaniu.

Więcej informacji: Opera Desktop Team oraz polskie forum Opery.

Barakowa ciekawostka gazetowa

Serwis gazeta.pl wpadł na pomysł, aby napisać, krótką notkę o Baracku Obamie i o tym, że go w Wikipedii nie lubią… Znaleźli w haśle o nim wandalizm, wiszący 2h. I już notka gotowa. Gratulacje dla dziennikarza. Najprawdziwsze gratulacje. Złoty długopis mu w dłoń! Czy też złotego klawisza mu dać? A może zamknąć w jakimś baraku i kazać poprawiać wandalizmy w Wikipedii?

Aby było strasznie poprawnie politycznie (a co!) powinni dać, też informację, że kontrkandydata też nie lubią… Minuta szukania i mamy link (dzieci nie klikają).

Co z tego wynika? Nic nie wynika. W Wikipedii zdarzają się wandalizmy i pisanie o tym artykułów w serwisach internetowych w taki sposób ja to zrobił mm (taki podpis autora) jest bez sensu. Autor powinien sobie znaleźć jakiś inny temat. Nie ogórkowy. Albo poprawić błąd (zgłosić go). Tyle z mojej strony.

Ps w artykule jest link do innej „inteligentnej wiadomości”. Tym razem ułożono z pierwszych liter jakieś brzydkie zdanie. A o innych rozdzielczościach, szerokościach przeglądarek, włączonych panelach itp. nie słyszano? I o tym, że w zależności od szerokości ekranu artykuły w wikipedii się wyświetlają inaczej też nie słyszano?

Strasburg i Dijon czyli pierwszy kontakt z Francja (relacja autostopowa część 2)

Czytałeś pierwszą część relacji? Nie? Możesz przeczytać, albo chociaż przyjrzeć się mapie 😉 Ten wpis dotyczy kolejnych kilku dni – pierwszy nasz kontakt z Francją, Francuzami, językiem, Marokańczykami, kierowcami autobusów. Od Strasburga przed Dijon do Taize… I to wszystko (no prawie) autostopem w 3 osoby. Więcej wpisów z autostopu po Europie w kategorii Autostop na tym blogu.

Strasburg – bonżur bagietka

16 lipca – dojechaliśmy z rodziną Moniki za most w Strasburgu. I idziemy piechotą w stronę jakiegoś centrum. Powitały nasz krzaki, nierówne ścieżki rowerowe, brak chodników. Krajobraz taki trochę PRL-owy. Niemiło. Jeszcze z nieba coś kropiło – czyli pierwsze francuskie wrażenia średnie. Dochodzimy wreszcie na przystanek tramwajowy. Jaki ten tramwaj dziwny i do tego jeździ po torowisku na murawie… Krótka walka z automatem biletowym: aby wybrać bilet kręci się gałką, a miejsce na wrzucanie monet było niewidoczne dla nas – dziękujemy pierwszej napotkanej Francuzce za wskazanie odpowiedniej dziury 😉 Kupujemy bilet za 3,3 Euro – ważny przez 24h dla 3 osób. Super!


Wsiadamy i jedziemy do centrum w poszukiwaniu informacji turystycznej – chodzi o zostawienie bagaży. Tam nas odsyłają na dworzec kolejowy. Tramwaj przejeżdża prze jakiś tunel i… wjeżdża pod ziemię. Takie metro. Na dworcu prześwietlają nam bagaże. Żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia monitora z bebechami naszych plecaków. Dworzec w Strasburgu to stary dworzec (zabytkowy pewnie) zasłonięty przeszkloną, wielką kopułą/jajem/dżdżownicą… Kilka dworców w Polsce powinno się tak zasłonić.

Ruszamy zwiedzać centrum. Nocleg mamy w samym centrum u Johanna z hospitalityclub.org a umówieni jesteśmy z nim około godziny 20, więc zostało kilka godzin. Uliczka tu, piekarnia – wchodzę i próbuję kupić bagietkę. Podobno najlepiej wyszło mi słowo „Bonjour” wypowiedziane takim tonem, że nawet sprzedawczyni gotowa by była mi kasę oddać. A podobno to trzeba wymawiać tak miło i przyjaźnie 😉 Potem idziemy tą uliczką, tamtą i się zgubiłem. Znaczy kierunki mi się pokręciły. Chwila studiowania mapy i już wiemy gdzie jesteśmy. Jak można to wchodzimy do kościoła protestanckiego. Przy wejściu kartki w kilkunastu językach (w tym polskim) z opisem wnętrza kościoła. Przechodzi mostem nad kanałem, robimy jakieś zakupy w spożywczaku i siadamy na ławce nad kanałem i jemy 🙂 A co? Można na ławce jeść?

Co dalej? Mamy bilet dobowy to jedźmy do dzielnicy instytucji europejskich. Wsiadamy w jeden tramwaj, na pierwszym przystanku (Plac Republiki?) przesiadka. Według tablicy świetlnej do najbliższego tramwaju mamy 24 minuty. Tak rzadko tam tramwaje jeżdżą? Aaa… Pewnie wszyscy tam limuzynami podjeżdżają. No to robimy rundkę po placu. W międzyczasie przejeżdża nasz tramwaj nie zapowiedziany na tablicy świetlnej. „O ty niedobra tablico!”. Czekamy parę minut i nadjeżdża kolejny tramwaj – nie pamiętam czy zapowiedziany. Przy okazji – tramwaje w Strasburgu są inne niż gdzie indziej. Są szersze (przypominają pociąg), drzwi jak w dostawczych samochodach (duże, przesuwane), niska podłoga.

Wysiadamy naprzeciwko Parlamentu Europejskiego. Wchodzimy… W środku tego okrągłego budynku jest… dziura, plac. Monika: „ale muszą tu energii zużywać na ogrzewanie tego budynku” oraz „straszne musiały być obliczenia projektowe zapotrzebowania ciepła i strat – OZC Purmo to im chyba milionami błędów rzucało”. Zboczenie zawodowe 😉

Wychodzimy na plac przed i przechodzimy pod masztami z flagami. I… na jednej z nich tabliczka „Stocznia Gdańska”. A na innym: „Gdańsk, City of freedom”. Nawet był wpis o tym parę dni temu. Przechodzimy z drugiej strony Parlamentu, karminy łabędzie, patrzymy na kajakarzy, barkę („tam płyną terroryści chcący rozwalić parlament!”). Powrót tramwajem do Centrum. Zdążyliśmy przed zamknięciem Katedry wejść do środka. Po drodze w jednym ze sklepów z piwem natrafiliśmy na piwo Tyskie. Tyskie ponad wszystkie – na najwyższej półce stało. Następnie uliczką w poszukiwaniu noclegu. Znaleziony. Teraz tylko po bagaże i miejmy nadzieję, że nikt nas w bambuko nie zrobił.

Halo Johann! Nocny spacer po Strasburgu

Podchodzimy pod dom przed 8 a Johann (tak nasz gospodarz się nazywał) stoi przy drzwiach. Pytanie „czy ty jesteś Johann?”, przywitanie itp. Przechodzimy jakimś długim korytarzem (w ścianie jakieś stare piece). No i wchodzimy do mieszkania. A tam… Jakiś jeszcze jeden gość i Chinka/Japonka, 2 fotele z TGV, stół nie pasujący do niczego, telewizor jakieś szafki oraz bałagan. Chociaż bałagan najpierw 😉 Johann okazuje się informatykiem – to wszystko wyjaśnia?

Dostaliśmy miejsce w living roomie na materacu. Mieliśmy też do dyspozycji kuchnię, łazienkę oraz ubikację. Pogawędziliśmy trochę, podszkolono nas we francuskim, dowiedzieliśmy się, że Johann był kiedyś w Polsce (u ludzi z hospitality)… Następnie otrzymaliśmy klucze i informację, że możemy wrócić kiedy chcemy. Skorzystaliśmy z tej możliwości i ruszyliśmy nocą pozwiedzać Strasburg. Najpierw kierunek Katedra. Około 22 miała odbyć się jej iluminacja w rytm muzyki. Przepięknie było. Kilkaset (kilka tysięcy?) lamp. Potem dzielnica kanałów Petite France. Pod jednym z mostów właśnie do snu układa się grupka prawdopodobnie autostopowiczów. A my z wysepki na wysepkę, z uliczki w uliczkę. I tak do północy. Powrót do Johanna i sen na materacu… Ale cóż to za materac był 😉

Lingwistyczne popisy

Wstajemy rano aby (tak jak się dogadaliśmy wcześniej) pojechać z Johannem na autostradę. Jechał do pracy tamtędy. Około 10 już na stacji i zaczynamy łapać. Pierwszy jest Fireman czyli strażak. Znał to jedno słowo po angielsku 😉 I dojeżdżamy na dużą stację pod Selestat. Z widokiem na zamek, bociany pomiędzy samochodami, supermarket…

W samochodzie strażaka były pierwsze próby nawiązania kontaktów po francusku. Nikt z nas wcześniej do czynienia z francuskim nie miał. Rozmówki w dłoń i mamy nasz wierszyk:

Bonżur,
Wu parle angle?
Że słi Polone.
Wuzale a … (kartka z nazwą miejscowości)?
Za me pel Ana, Że ma pel Monik, Że ma pel Adam

Potrafimy liczyć (ę, du, tła), wiemy, że sien to pies i może jeszcze potrafimy przeprosić (pardą lub eksjuzemła), podziękować (mersi)… I to by było na tyle. No i mieliśmy jeszcze rozmówki 😉

Ślepej kurze ziorko numer 2

No koniec tych lingwistycznych popisów. Wracamy na stację. Czekamy tam w słońcu długo… Samochodów przejechała obok nas straszna ilość. Wszystkie z prędkością 20km/h. Część jeszcze stała na skrzyżowaniu przed nami. I nic. Jacyś nieczuli. Dopiero zatrzymał się Uwe – Niemiec mówiący po francusku i angielsku. Jak to powiedział: „zrobiło mi się was żal”. No i jedziemy VW Transporterem (prawie 300 km) do Dijon.

Po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy na parking. Uwe wyskakuje zza kierownicy, biegnie na tył samochodu, otwiera drzwi i szuka… I… znajduje zagłówki dla mnie i Moniki (siedzieliśmy na siedzeniach bez nich). Genialne. Co nie? I jak to potem powiedział: „to dlatego aby było Wam wygodnie”. Byliśmy jego pierwszymi autostopowiczami.

Dijon – najpiękniejsze miasto we Francji

Uwe wybiera trasę do Dijon (jedzie pomóc znajomym przy winobraniu) nie autostradami, więc jakichś wielkich prędkości nie mamy. Po południu w piątek dojeżdżamy do centrum Dijon (jakieś 100km od celu na niedzielę). Robimy wycieczkę z plecakami po mieście, znajdujemy informację turystyczną (a tam mapę z kempingiem), sklep (tu dowiadujemy się, że półsłodkie są tylko szampany).

No i idziemy na pizzę do restauracji 😉 Nasze wejście do restauracji zostało pewnie zapamiętane przez kelnerów. Zaprowadzili nas jak najdalej, tak aby nas (i naszych plecaków) nie było widać. Zamówiona pizza, ale coś do picia by się przydało, ale nie wydamy 3 Euro za wodę… Małą na dodatek. Na szczęście przynoszą nam kranówę 😉 Po fakcie wyczytaliśmy informacje o wodach w rozmówkach. Woda kranowa jest gratis, mineralna nie. Jakby ktoś odwiedził kiedyś taką restaurację to mu się ta informacja przyda.

A wraz z pieniędzmi za pizzę zostawiamy kelnerowi naszą wizytówkę. Haa… Mieliśmy własną wizytówkę, stworzoną po jakiejś imprezie w Solarisie – burza mózgów, kombinowanie z obsługą Gimpa i wyszło co wyszło. Dostawali ją od nas kierowcy, kelner, ludzie w Taize i inni. Czasami dostawaliśmy wizytówki na wymianę. Mamy dzięki temu zniżki w paru firmach 😉 A jak się udało to rozdawaliśmy też polskie grosze. Kilka razy ludzie kategorycznie odmawiali ich przyjęcia. Trzeba było tłumaczyć, że to „na szczęście z Polska”.

Recepcja kempingu w Dijon już oczywiście zamknięta, ale rozbijamy się gdzieś na kawałku wolnego miejsca. Pijemy nasze wino (jeden korkociąg się ułamał). I sen. Rano ruszamy na dworzec zostawić bagaże i już bez obciążenia zwiedzamy miasto dokładniej. Moim zdaniem Dijon było najpiękniejszym miejscem gdzieś byliśmy. Kilka starych kościołów, kamienice, fontanny, place, pałac, łuk triumfalny… Pięknie. I nie było tłumów. Można się pobawić fontannami. Obok to samo robiły jakieś małe dziewczynki.

Marokończycy wiozą nas…

Spod dworca ruszamy autobusem na granicę miasta (w końcu to miasto ponad 200-tysięczne). I łapiemy naszego pierwszego Marokańczyka w sportowym wozie. Zrozumiałem tylko, że samochód super, ale musi uważać na policję. 😉 Potem kolejny samochód z… Marokańczykami. Tutaj mieliśmy już trochę obaw. Ale wsiedliśmy. I dojechaliśmy przy dźwiękach arabskiej muzyki na kraniec Chalon-sur-Saone. Tego miasta nie polecamy. Czuliśmy się tam mało bezpiecznie. To taki irracjonalny lęk gdy myślisz, że wszyscy Arabowie cały czas się na ciebie gapią. Naszym celem stało się jak najszybsze wyjechanie stamtąd. Wsiadamy do autobusu: kieruje biała kobieta, obok niej stoi arabski chłopak: tłumacz, bodyguard, przewodnik po dzielnicy?

Wysiadamy w centrum. Może i ładnie. Ale mamy klapki na oczach i lecimy na kolejny przystanek aby wyjechać na jakąś wioskę z winnicami (już wieczór się zbliża a mamy mapę burgundzkich winnic ;). Autobus znaleziony, wsiadamy i kupujemy bilet do Buxy, takiej miejscowości kilkanaście kilometrów do Chalon. A płacimy 15 Euro za bilety. No ej… Coś jest nie tak. Ale wsiadamy bo nie mamy lingwistycznych możliwości dogadania się z kierowcą. Siadamy na miejsca, autobus rusza, patrzymy na bilety a tam: Chalon → Taize. Znak? Dyskutujemy czy wykorzystać bilet do końca czy też wysiąść w tym Buxy. Decydujemy i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy w Taize. Dzień przed planem. I tutaj skończę drugą część relacji. 🙂

Cudne śląskie hałdy


Pewnie się zastanawiacie gdzie taki przepiękny widok można zobaczyć… A oto hałda w Łaziskach Górnych. Parę lat temu jeszcze płonęła. A teraz na szczycie jest przepiękny staw… A co za widoki… Widać było Beskidy, okoliczne miasta Śląska, hałdę w Rydułtowach – najwyższą w Europie.

Rydułtowską Szarotę (tę na drugim zdjeciu) widziałem kolejnego dnia z hałdy Pszowie… Takie 2 dni hałdziane… Zapraszam do galerii.

Ps Tarnowskie Góry też maja swoje hałdy. Jednej (chemicznej) kiedyś też robiłem zdjęcia

Opera 9.60 – testowa numer jeden

Oo… Parę dni temu wydano testową wersję przeglądarki Opera. Wersja 9.60, a w niej kilka nowych bardzo fajnych funkcji 🙂

  • Po pierwsze: Synchronizacji podlegać mogą teraz własne wyszukiwarki (WOW!) oraz adresy wpisane w pasek adresu. Ale na razie są jakieś problemy z synchronizacją.
  • Po drugie: przy próbie subskrypcji kanału RSS pokazuje się podgląd tego kanału (coś takiego jak w Firefoksie).
  • Po trzecie: parę zmian w M2. Tryb „Słaba łącze” – pobierze załączniki w mejlach dopiero jak tego zażądasz. Nowy widok: „Śledzenie i ignorowanie wątków” – zaznaczasz, że dany wątek ma być śledzony i masz do niego łatwy dostęp w panelu poczty (przydatna np. w grupach czy listach dyskusyjnych). Oraz opcja „przejdź do wątku”.

Więcej zmian w tej wersji nie zostało udokumentowanych. Znane błędy: synchronizacja czasami nie działa, śledzenie wątków może niektóre wiadomości pomijać. No i nie ma polskiego tłumaczenie w plikach instalacyjnych. No i to tyle 😉

Więcej informacji: blog Opera Desktop Team oraz polskie forum Opery (tam jest przetłumaczona lista zmian).

Bilety strefowe PKP na Śląsku

Informacja może być przydatna mieszkańcom Śląska. Od pierwszego września będzie można jeździć pociągami po Śląsku taniej – PKP PR będzie sprzedać bilety strefowe. Obszar GOP-u został podzielony na 3 strefy i na każdą ze stref można kupić bilet 2-godzinny z możliwością dowolnych przesiadek. Cena takiego biletu na jedną strefę to 3zł, na dwie 4zł a na 3 strefy 7zł. Są także bilety miesięczne (odpowiednio: 80, 100 i 170zł). Zniżki studenckie są, ale to jest wtedy 37% – czyli nie za miło.

Podział na strefy pokazuje mapka. Dzięki tej zmianie można będzie podróżować taniej niż autobusami. Ale… Nie wszędzie pociągi są wygodniejsze: trzeba się dostać na stację, ilość pociągów wcale nie jest za duża… Więc ten bilet może się przydać dla jednorazowych przejazdów. Na dojazdy do pracy czy szkoły już mniej.

Np. z Tarnowskich Gór do Gliwic za 3zł/1,89zł (z przesiadką w Bytomiu) – czasowo wychodzi podobnie. Ale częstotliwość jest o wiele mniejsza. Podobnie jest na trasie do Katowic z TG. Na trasie Gliwice-Katowice bilet kosztuje 4zł, więc tyle co KZK GOP, ale jedzie szybciej i już jest w miarę normalna częstotliwość. Ten bilet strefowy może być przydatny w wyjazdach poza Śląsk. Mogę wtedy kupić bilet na 2 strefy i oraz zwykły na trasę Tychy-Żywiec i jestem parę złotych do przodu 😉

W całej tej ofercie 2-godzinna ważność biletu jest dziwna. Jeżeli przy jednej, dwóch strefach rozumiem, to przy bilecie na 3 strefy już nie. W wypadku biletu na 3 strefy lepiej kupić bilet za 4zł oraz drugi za 3zł (ważny od godziny, w której będziemy przekraczać granicę strefy). Czyli z Jaworzna Szczakowej bilet 2-strefowy do Rudy Chebzia a od Chebzia bilet za 3zł. Może się uda jeszcze wrócić kawałek na tym bilecie 😉 Ale to już takie kombinowanie. Kolejne kombinowanie rozpoczyna się przy krótkich przejazdach przez granicę strefy (Ruda-Chorzów). Wtedy opłaca się kupić zwykły bilet na dana trasę.

Dokładne warunki tej oferty oraz artykuł na wpk.katowice.pl

Opera 9.52 wydana

Wydana została Opera 9.52. Wreszcie wpadli na dobry pomysł – wydali wersję RC, poczekali parę dni na jej przetestowanie. Tak… wersja oficjalna jest taka sama jak ostatnie RC2 z my.opera.com/desktopteam.

Ze poprawiono? Oficjalnej listy zmian na razie nie ma, ale patrząc na zmiany w testowych wersjach można napisać, że:

  • poprawiono wyświetlanie filmów w kilku serwisach (BBC, Youtube…)
  • poprawiono obsługę serwerów pocztowych POP3 (a także drobne poprawki do IMAP-a)
  • Engine Init() Failed dorobił się przycisku „Pokaż pomoc” 😉
  • Poprawki w skórce
  • poprawki w IRC-u (niektóre komendy nie działały)
  • poprawki stabilności – cokolwiek znaczą 😉

Czy jakieś błędy pozostały? Nie wiem. Ja nie widzę… Albo nie pamiętam…

Pobrać tę wersję można na razie z my.opera.com/desktopteam oraz z serwerów ftp Opery. Gdy zostanie ogłoszona oficjalnie to dajcie znać.

Taka uwaga: czasami po aktualizacjach Opery przestają działać niektóre skrypty. Wtedy trzeba poszukać nowszej wersji tam gdzie się dany skrypt znalazło wcześniej.

Relacja autostopowa (część 1)

4400 km, 25 dni, 3 osoby – autostopem. Noclegi w namiocie na stacjach, przy moście, na kempingach, w Taize, bez namiotu na plaży, u gościa z hospitalityclub, u 2 rodzin Moniki oraz w naczepie TIR-a. Kilkadziesiąt samochodów od staroci po limuzyny, 12 narodowości kierowców, kilka różnych języków w użyciu… Osoby biorące udział to: Anna/Andzia, Monika/Żaba oraz Adaś/Adaś 😉 Więcej w kategorii Autostop na tym blogu.

Gliwicki start

Początek 14. lipca na naszej uczelni: chwila oczekiwania na korytarzu i rozmowa ze sprzątaczką: „A wy przyjechaliście z wakacji sprawdzić czy się na studia dostaliście?”. Widocznie strasznie młodo wyglądamy. Ale to dobry znak – kierowcy nie będą się nas bać. Następnie przejazd z rodzicami Moniki na zjazd z autostrady (Rybnicka w Gliwicach). Chwila pożegnań i Golf odjeżdża obrzucając nas błotem spod kół.

Pierwsza kartka (a jest już godzina 12:30): Wrocław. Piąty samochód i jedziemy z maturzystą z Wałbrzycha (przyszłym architektem) wracającym z jakiegoś konwentu gier fabularnych na Śląsku. Jesteśmy jego pierwszymi stopowiczami w jego niewielkim samochodzie. Słuchamy Trójki – może to właśnie dzięki niej nas zabrał (konkurs Wielki Wyścig właśnie trwał).

We Wrocławiu suszymy plecak Żaby wrzucony przez nią do rowu z wodą. Robimy też wejście do hipermarketu w celu skorzystania z ubikacji. Do tych samych toalet udały się 2 inne autostopowiczki (z plecakami w wózku sklepowym). Stacja benzynowa przy A4 na Bielanach w remoncie. Jakaś para w związku z tym stoi na autostradzie (niebezpieczne trochę). My wybieramy miejsce przed stacją (kawałek zakreskowanego asfaltu). 10 minut i zatrzymuje się samochód na nie polskich rejestracjach, z kierownicą po prawej stronie. Czyżby już trzeba było po angielsku nawijać?

Kierowca okazał się Polakiem mieszkającym w Oksfordzie. Jedziemy cały czas 100-105 na godzinę. A wszystkich wyprzedzamy. Po pewnym czasie dotarło do nas, że na liczniku są mile… A w radiu eska leci sobie piosenka: Manchester – Dziewczyna Gangstera. A spiker w radiu na jej koniec: „To był polski Coldplay…”. Wraz z Andzią jak na zawołanie parsknęliśmy śmiechem.

Wysiadamy na skrzyżowaniu w Krzywej (A4/A18). I przed stacją benzynową jemy „obiad” kanapkowy. Na stację wjeżdża VW Transporter na niemieckich tablicach. „On będzie nasz!”. No i się zatrzymał. Andzia po niemiecku pyta się czy potrafią mówić po angielsku. Oni po polsku odpowiadają, że po polsku też potrafią. 2 mężczyzn z Tarnowskich Gór 😀 (dla mniej zorientowanych – ja mieszkam w TG). Jedziemy do Drezna.

Drezno

Około 19 wysiadamy na stacji koło centrum handlowego Na stacji rytuał: oglądanie mapy i robienie jej zdjęcia. Wsiadamy w tramwaj i jedziemy na kemping po drugiej stronie miasta w celu zanocowania. Ale przejeżdżając przez centrum postanowiliśmy jednak wysiąść licząc, że gdzieś zanocujemy 😉 No i zrobiliśmy sobie ponad półtoragodzinny spacer po centrum miasta. Miasta przepięknie odnowionego po nalotach dywanowych w czasie II wojny światowej. Ciekawostką w Dreźnie były wyświetlacze na przystankach autobusowych i tramwajowych z informacjami o najbliższych przyjazdach.


Po spacerze trzeba było dojechać na kemping. Tramwaj → przesiadka → autobus → i jesteśmy na kempingu. Recepcja zamknięta… Ktoś po niemiecku wskazuje, gdzie możemy się rozbić. Nie mamy żetonów na prysznice – trudno. Pozostaje umywalka. Kafelkarze w łazience nie byli zbyt dobrzy, bo woda stała w innych miejscach niż kratki odpływowe 😉

Halo Jola, Halo Hof (błądzenie po okolicach autostrad)

Wstajemy rano… Hmm… 9? I ruszamy autobusem o 10:30. Autobus → przesiadka koło dworca kolejowego → tramwaj → jesteśmy w miejscu, które wydawało mi się dobre do łapania stopa. Wydawało mi się. Robimy spacerek wzdłuż drogi, przestawiamy jakieś słupki drogowców, aby ewentualny samochód miał gdzie się zatrzymać. Nic z tego – idziemy dalej. Dopiero zatrzymuje się nam kobieta w Citroenie C3 z małym dzieckiem na przednim siedzeniu. Odważna, ale nie mówiąca po angielsku. Dowozi nas do Freibergu. Miasto obchodzimy piechotą na drugą stronę. Ktoś się zlitował i wywozi nas na zjazd na autostradzie. Ale na marny zjazd.

Dodam, że w mojej nomenklaturze stacje oraz zjazdy dzielą się na:

  • stacje i zjazdy
  • stacje i zjazdy lekko do dupy
  • badziewne stacje i zjazdy

To był badziewny zjazd. W dodatku z tablicą na Hof – miejscowość ta utkwiła nam głęboko w pamięci. Musimy łapać po przeciwnej stronie drogi – z braku lepszego miejsca. Jeden samochód zatrzymuje się ale po chwili odjeżdża. Czyżbym wystraszył? W końcu po wypróbowaniu kilku różnych kartek zabiera nas ktoś do Chemnitz – mały odcinek, ale zawsze to coś. Chemnitz to zjazd lekko do … niczego. Bo mieszkańcy Chemnitz jadący w naszą stronę (HOF!!) wjeżdżają innym zjazdem po drugiej stronie miasta. A nuż się uda. Udało się tylko na kolejny zjazd w okolicy Zwickau. Zjazd poza moją nomenklaturą – 1 samochód na minutę. W okolicy 2 domy a przy płocie jednego stoi dziadek z lornetką i gapi się na nas. Jest to kolejne dziwne miejsce na łapanie stopa – wysepka na skrzyżowaniu 😀

Ślepej kurze ziorko

Rezygnujemy – idziemy szukać noclegu. W okolicy jest stacja benzynowa (tzw. Autohof). Znajdujemy miejsce w lasku w okolicy stacji. Namiot rozbity i kobiety idą się obmyć. Na stacji spotykają Polkę, która proponuje nocleg w naczepie jej TIR-a. Polka i jej mąż mieszkają w Zabrzu. Andzia też 😉 No to jak adaś wewnątrz naczepy pozamiatał to można nocować. Pierwszy raz w TIR-ze 🙂

Rano idziemy ponownie na ten niemiły zjazd. No i nic. Zmieniamy plan. I łapiemy coś do centrum Zwickau. Zatrzymuje się pierwszy samochód. Tfu… limuzyna. W środku starszy mężczyzna z wielkim Roleksem na ręku. Pokazuję na mapie wjazd, na który chcemy się dostać. Zabiera nas do tej wioski. Okazuje się, że tam nie ma wjazdu. Moja mapa jakaś dziwna 😉 A że potrafił tylko po niemiecku to się nie dogadaliśmy aby nas tam wysadził – mielibyśmy troszkę bliżej. Zawiózł nas z powrotem na nasz ukochany wjazd na Hof. A dokładniej na skrzyżowanie 300m od tego zjazdu.

No nic. Łapiemy autobus do Centrum Zwickau i piechotą wychodzimy na drugą stronę miasta… Ach ten mój GPS w głowie 😉 Zatrzymuje się nam Turek i podwozi nas kilkaset metrów do komisu. Mówi, że za „jakiś czas” będzie jechał na autostradę. Na razie dziękujemy i próbujemy łapać coś innego. Jeden niemiecki kierowca z rodziną przejeżdża obok nas 3-4 razy (chyba się zgubił). Za każdym razem pokazywaliśmy mu kartkę – oni i my się pouśmiechaliśmy do siebie 😉

Po pół godzinie zatrzymuje się nam terenowe Audi Q7. Z niego wyskakuje ten nasz Turek. No i jedziemy w okolice Plauen. Po drodze nie ma stacji benzynowej – wysiadamy na zjeździe. Jak zwykle badziewnym. Tam tablica kierunkowa na… oczywiście, że Hof. Tutaj zaczynamy sobie śpiewać (zmieniając imiona na Helga, Hans itp.) wierszyk:

Halo Jola, Halo Helmut. Das ist Jola. Das ist Helmut.

Nie jedzie nic, więc wyciągamy butlę gazową i przy autostradzie robimy sobie ciepłą herbatę, jakiś gorący kubek czy kisiel. Zmieniamy miejsce na inne aż w końcu wystawiamy kartkę do centrum. Pierwszy samochód się zatrzymuje (nowe BMW) i wywozi nas nawet na dobre miejsce za miastem (nadrabia drogi dla nas, bo inna droga była w remoncie).

Tam stoimy chwilę i zatrzymuje się zielony samochód Ford Fiesta zawalony zakupami. W środku uśmiechnięta Niemka pyta czy się zmieścimy. Daliśmy radę się zmieścić pomiędzy zgrzewkami napojów. Nawijała i się śmiała mimo, że ja i Monika nic nie rozumieliśmy a Andzia piąte przez dziesiąte 😀 Wysiadamy przy zjeździe autostradowym. Robię szybki bieg w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Gdy wracam widzę z daleka TIR-a stojącego obok dziewczyn i mężczyznę zapinającego spodnie i pasek… O co biega!? Gość wyskoczył z rozpiętymi spodniami i mówiąc:

„Das ist szajse plac nach Sztutgart” (pisownia zasłyszana).

Po kilkunastu minutach jedziemy z parą aż 100km za Stuttgart. Chyba się Tirowiec pomylił 😉 A my nazywamy tego stopa: „Ślepej kurze ziorko cz. 1”. Po tej jeździe zachorowałem – cały czas przeciąg, więc się nie dziwię. To samo tyczy się klimatyzacji ustawionej na kilkanaście stopni niżej niż temperatura na zewnątrz… Zachęcam kierowców do postudiowania instrukcji klimatyzacji.

Zostajemy wysadzeni w lesie w okolicy miejscowości Horb. W miejscu gdzie pojawienie się ludzi pieszych powinno dziwić. I dziwiło przejeżdżających kierowców. Wyglądaliśmy jakby nas UFO wysadziło… Ruszamy pieszo w kierunku miejscowości. Po drodze łapiąc. Po kilkuset metrach jedziemy już z jakąś kobietą, która także nadrabia kilka kilometrów i zawozi nas do Lossburga. Tam mieszka rodzina Moniki – celem było odwiedzenie ich. Mamy adres, więc trafiliśmy.

Potem zostaliśmy nakarmieni, napojeni i ochrzczeni pątnikami: „Nam by się tak nie chciało…. Jesteście szaleni”. Dyskusje prowadzone po polsku, niemiecku, śląsku i angielsku. Po angielsku dlatego, bo była tam też kuzynka Moniki z Kanady. Jej konstrukcje zdaniowe łączące 3 języki były genialne 🙂 Jej ulubione słowo po polsku: durne. Stamtąd był napisany krótki wpis na bloga. Rozmowy, śpiewy a sen dopiero o 2. Rano szwarcwaldzkie śniadanie a po nim zostajemy podwiezieni do Strassburga przez góry Szwarcwaldu (jakieś 70km).

Czyli to już Francja…. Czekaj na dalszą część… 🙂 W międzyczasie można obejrzeć zdjęcia z całej wyprawy w albumie Picasaweb. Dokładniejszą relację, spisała już Andzia. Marki samochodów, ilość samochodów itp 😉