Ktoś mnie kocha i uwielbia…

Dziś otrzymałem powiadomienie o nowym komentarzu na na joggerze. Napisała go niejaka Ania (znam co najmniej z 5).

Moim jedynym marzeniem jest poznanie Ciebie!!!!!
Jestes moim idealem!!!!!!!!!!

Fajnie… Nie wiem czy zasłużyłem… (ah ta moja skromność 😉

Uwielbiam Cię!!!!

Ahh…

Musze kiedyś pojechac do Anglii!!!1
Kocham Cię!!!!!!

Do Anglii? Cholera… Ja tam byłem raz. Co ja mam wspólnego z Anglią… chyba pierwszą literę imienia…

W końcu sprawdziłem do jakiego wpisu był ten komentarz… Okazało się, że podmiotem lirycznym wypocin tej Ani był: Christopher Richard Stringini… Taki jeden gość z jakiegoś bojsbendu. Ehh…

Czasami miło jest sobie przypomnieć o czym się pisało jakiś czas temu… Dzięki takim komentarzom jest to strasznie ekscytujące 😉

Troche wikipedyjnej statystyki, ergonomii i sponsoringu

Co piszczy w okolicach wikipedyjnych ostatnio? A różne rzeczy. Na przykład to, że mBank został członkiem wspierającym stowarzyszenie Wikimedia Polska (wcześniej został takim także netsprint.pl). Co z tego ma Wikipedia? Dotację (dokładniej to ma ją stowarzyszenie) oraz promocję na stronach mbanku i w wyszukiwarce netsprint.pl. Czy to dużo? Czy ja wiem 😉 Bank sam zabiegał o to… Chyba dobry bank.

Nie wiem czy to ważne, ale trwa taka niewielka batalia o zmianę menu głównego. Może jacyś zwykli użytkownicy (ale to by musieli być bardzo zwykli) powiedzieli coś na temat jego ergonomii. Obecnie menu (jak i cały wygląd) bardziej jest przystosowany dla edytorów niż czytelników. Starcie „przyjazność dla użytkowników vs przyzwyczajenie” 😉 komentarze można wpisywać na stronie dyskusji menu. Menu już zaczyna się zmieniać…

Przy okazji dowiedziałem sie, że część ludzi myślało, że kontakt do rzecznika polskie wiki to kontakt do „do rzecznika prasowego pana X, firmy Y albo jakiejś instytucji opisywanej w Wikipedii.” 🙂 Nie wpadłbym na to…

Można także sobie przeczytać jaką część edycji w polskiej Wikipedii to wandalizmy (tak około 2 procent). Jeżeli się odliczy edycje botów to co 30 edycja jest wandalizmem… A jak komuś mało statystyk to można przejrzeć sobie listę 600 najaktywniejszy polskich wikipedystów wraz z liczbą edycji. Żywy rekordzista (czyli nie bot) ma ich ponad 37 tysiecy….

Zauważono także statystykę najczęściej otwieranych stron w Wikipedii (nie ma danych dla pl.wiki).

Statystycznie to o tej porze idę spać 😉 Dobranoc…

Adaś i Mała Fatra – długa relacja

Chmura spod Chaty pod Suchym

Pod koniec sierpnia udało mi się w góry pojechać jeszcze. A udało dlatego, że wcześniejszy wyjazd w Tatry nie wypalił. Dlatego chciałem mordować 😉 Wyjazd w Małą Fatrę na Słowację zaproponowano mi w sobotę wieczorem – wyjazd w poniedziałek o 5:37 z Tarnowskich Gór pociągiem.

Jeżeli to kogoś zainteresuje to na Małą Fatrę (albo do Żyliny) z Katowic pociągiem najłatwiej dostać się następująco (tak my zrobiliśmy):

Schody w Żylinie
  • Bilet PKP kupić do Zwardonia – studencki z Tarnowskich Gór kosztuje 11,65 zł (z katowic będzie pewnie 2 zł taniej)
  • Wsiąść do pociągu byle jakiego… znaczy do Zakopanego przez Bielsko (czyli Ornaka) – parę minut po 7 rano.
  • W Bielsku przesiadka na pociąg z Krakowa do Żyliny – po 9 rano. Następnie w pociągu przed granicą należy kupić bilet-przejazdówkę przez granicę (za 4,80 zł). Przez granicę przejechaliśmy autobusem, który czekał na to aż wszyscy kupią przejazdówki w kasie. A autobusem dlatego, że remont torów był na granicy.
  • Po stronie słowackiej trzeba kupić u konduktora (lub w kasie) bilet do Żyliny (my wybraliśmy od razu miejscowość Streczno kilkanaście km dalej – tam zaczyna się główny szlak przez Małą Fatrę). Bilet kosztował nas 56 Sk. Ale kupiliśmy go w Cadcy (przejazd do niej mieliśmy gratis – nie wpadliśmy na to, że pociągu nie będzie w Skalitym – nie wysiedliśmy tam 😉

W sumie koszt dojazdu wyniósł nas ponad 20 zł. A po co takie kombinowanie? Aby nie płacić za taki sam przejazd ponad 50-60 zł (tyle kosztował bilet w polskiej kasie PKP). I jeszcze jedno spostrzeżenie – Słowacka kolej marnuje papier – każda osoba miała swój bilet – w polsce można mieć kilka osób na jednym. Wkurzające to jest gdy w kasie jest jedna drukarka drukująca te bilety przez 2 minuty…

Zamek w Strecznie

W Żylinie zrobiliśmy szybkie przejście przez przepiękne centrum (nadrobione dłuższym w drodze powrotnej). Po całym tym kombinowaniu z biletami (i szukaniu prawidłowej osobówki – Rychlik o nazwie „Streczno” nie zatrzymuje się w Strecznie) dojechaliśmy około 14 do miejscowości Streczno. Znajduje się tam zamek. Ceny 50/30 Sk za zwiedzanie – pani przewodnik nadawała jak nakręcona (niewiele z tego co mówiła zrozumiałem). A z taką „przyjemnością” nas oprowadzała, że miałem ochotę z wieży skoczyć. Ale zamek ładny. I widok na Dolinę Wagu… 🙂

Bałagan w Schronisku pod Suchym

Pierwszy szlak to 3 godziny na Chatę pod Suchym przez Stary Hrad. Schroniskę czyste, względnie tanie (150 Sk za nocleg z własnym śpiworem w pokoju, chyba 210 z pościelą). Ale ma parę wad – prąd z agragatu (o 22 wyłączane), brak prysznica (ale kto by się tam mył…), nie wolno swojego jedzenia jeść w stołówc i brak wrzątku. Tak. BRAK WRZĄTKU! Aby sobie zupkę zjeść to trzeba mieć własny gaz, albo kupić za 15 Sk herbatę. Torebkę można zachować na pamiątkę a wrzątkiem zalać to co chcemy…

W schronisku spotkaliśmy grupę poznaniaków, która dojechała na Fatrę jakimiś dziwnymi połączeniami kolejowymi (stwierdzili, że dworzec w Bielsku mają gdzieś…). Był tam także Dziadek z Krakowa… A właśnie – na szlaku do schroniska dziwiły nas różne części garderowy (koszule, trampki, sweterek czerwonego kapturka…) zostawione w różnych miejscach. Nasze domysły przeznaczenia tych rzeczy były różne („Horska służba to rozwiesza, aby turyści nie zmarzli…”). W schronisku okazało się, że dziadek zabrał za dużo rzeczy i nie był w stanie ich wszystkich wnieść na górę. Podejście do schroniska było ostre i monotonne. No i sie dziadek zmęczył. Ale to nie byle jaki dziadek („od 25 lat się wspinam, od ponad 40 chodzę po górach…”). No i był rozgadany strasznie.

My oraz Dziadek na Białych Skałach

Wieczorem Pyry (czyli inaczej poznaniacy) nastraszyli nas, że nie przejdziemy przez Białe Skałki za Suchym z dużymi plecakami. Nie wystraszyliśmy się i przeszliśmy to następnego dnia (czyli we wtorek). Strasznie nie było. Na skałkach dogonił nas Dziadek – zaczął rozprawiać o współżyciu małżeńskim i innych ważnych dla nas rzeczach. Trzeba było szybko ruszać dalej.

Gdzieś w drodze na Wielki Krywań

Przed Małym Krywaniem dogoniły nas Pyry. Całą grupą weszliśmy na Mały Krywań – gdzie był chleb z dżemem, troche piwa, wspólne zdjęcie… No i Dziadek. Pogoda poprawiła się za Suchym (chmury się podniosły) aby zepsuć się przed Wielkim Krywaniem (zaczeło kropić). Na Wielkim Krywaniu Pyry zdecydowały iść do Stefanowej (jak się później okazało doszli tam po 21). Dziadek szedł z nimi. Uff… Moja grupa chciała wejść na Chleb i z drugiej strony zejść do Chaty pod Chlebem, ale coraz mocniej padający deszcz przeszkodził w tym.

I już o 16 byliśmy w schronisku. Nocleg miał kosztować 150 Sk a kosztował 60 (jakaś promocja?). Na takim strasznie zakurzonym strychu. Tam spotkaliśmy grupę wrocławiaków z ksiedzem wyglądającym podobno jak jeden lekarz z „Na dobre i na złe”. Po obiedzie (też nie mają wrzątku) msza polowa z widokiem na Chleb. A potem śpiewy przy gitarze. Dobrze, że piwa były tanie. Nie wiem czy taką tajemnicę mogę zdradzić, ale jeden z wrocławiaków na szczycie Wielkiego Rozsutca oświadczył się jednej wrocławiance. Piękne miejsce wybrał. Tak o 22 trzeba było się na tym strychu ulokować. Ale tam kurzu było… Psik…

Któreś to moje nogi

Kolejny dzień przywitał nas ulewą i chmurami. Wejście na Chleb nie miało większego sensu (widok bielszy nie będzie) dlatego udaliśmy się z zamiarem przejścia przez Steny, Południowy Groń oraz Stoh (Stóg) do Stefanowej. Schodzenie po błotnistych i kamienistych ścieżkach to było nic z „10-minutowym” podejściem do rozwidlenia szlaków pod Stohem. Po pół godzinie stwierdziliśmy, że ominiemy go żółtym szlakiem. Tam nie było o wiele lepiej. W połowie tego szlaku wyprzedziła nas grupka starszych Niemców – mają zamiar przejść głównym europejskim szlakiem z Santiago de Compostella (to w Hiszpanii) na Krym (to na Ukrainie). Nie wiem czy całym szlakiem, czy tylko wybrane kawałki.

Krowa pod Wielkim Rozsucem

Gdy ich dogoniliśmy okazało się, że jeden się przewrócił i coś zrobił z głową. Ale szedł dalej (plecak niósł mu inny Niemiec). Podobną przygodę mieli poznaniacy dzień wcześniej – jeden z nich przekoziołkował przy schodzenia do Vratnej – plecak 20 kg niósł mu potem Dziadek (i nie chciał oddać). O tym zdarzeniu dowiedzieliśmy się następnego dnia.

Grupa z Wrocławia poinformowała nas o tanim noclegu w Stefanowej u Babci z kozą za 80 Sk. Udało nam się tam trafić ale była tylko koza. Mieliśmy dostęp do prysznica (ale kto by się tam mył…), pieca gazowego no i do łóżek. W jednej z knajp zjedliśmy obiad (vyprażany syr jest pyszny…).

Podejście na Wielki Rozsutec

W czwartek pogoda był piękna i zdobyliśmy 2 Rozsutce – najpierw Wielki a potem Mały. Na szczycie Wielkiego była nalepka Ubuntowa 😉 Tam też rozpościerały się przepiekne widoki na Małą i Wielką Fatrę, Niżne Tatry (Chopok jest bardzo charakterystyczny). Udało nam się też na horyzoncie wyróżnić Babią oraz Pilsko. Podejście od przełęczy Międzyholie jest ciekawe i miejscami trudne. Dobrze, że szliśmy bez wielkich plecaków (tylko były 2 z jedzeniem, kurtkami i piciem). Z zejściem wiąże się przygoda – mieliśmy darmowy masaż wykonany przez kosodrzewinę – ścieżka się skończyła na jednym wierzchołku a nie chciało nam się wracać to zeszliśmy prosto do innej ścieżki.

Na przełęczy Medzirozsutce usłyszałem znajome dźwięki. Tak… To Bono krzyczy:

Łan… Łan…

Ale to nie szedł Bono z U2 tylko grupa strasznie uśmiechniętych Czechów z głośnym radiem i flaszką wódki. Z ich słów można było się dowiedzieć, że chcą wejść na Wielkiego Rozsutca – powodzenia chłopaki….

Mały Rozsutec

Podejście na Małego Rozsutca w jednym miejscu było bardzo ciężkie – prawie pionowo kilkadziesiąt metrów. Zejście z tymi 2 plecakami było jeszcze lepsze 😉 Na szczycie złapałem na komórcę Idee 🙂 Innych sieci nie było. Na Wielkim nikt nie sprawdzał.

Po zejściu z Rozsutca przeszliśmy jeszcze Górne i Nowe Diery (czyli Dziury). Pełno wodospadów, śliskich kamieni, drabinek, kładek… I tam padły mi baterie w aparacie.

Horne Diery

Po poprocie do Stefanowej i zjedzeniu obiadu, postanowiliśmy szukać Pyrów. O tym, że tu są wiedzieliśmy od Dziadka, którego rano Łukasz spotkał na przystanku. Dostał tam od niego kijek – bo drugi już wcześniej oddał jednej dziewczynie z Poznania, więc dlaczego miałby wracać z jednym do domu.

Z namiotów poznaniaków nie wydostawał się żaden dźwięk – tak około 21 w górach to nie brzmiało miło. Szczególnie, że właściciel mówił, że jeszcze nie wrócili… Nie było ich także w żadnej knajpie w Stefanowej. Gdy mieliśmy zamiar już dzwonić do Horskiej Służby (no może przesadzam 😉 pojawili się – wrócili piechotą z Terchowej. Uzgodniliśmy pójście na piwo. Mieli tylko pójść do namiotów, zostawić zakupy i przyjść. Przyszli przed 22 – okazało się wtedy, że wszystko o tej godzinie jest zamknięte w tej wsi (podobno też w Terchowej). No to usiedliśmy na przystanku autobusowym…

Prawie na Wielkim Rozsutcu

Następnego dnia około 9 wyszliśmy spakowani w stronę Białego Potoku – przeszliśmy Dolnymi Dierami i drogą do Terchowej na autobus. Po drodze jednak udało nam sie złapać w piątke stopa, którym dojechaliśmy do Żyliny. W Żylinie przez 3 godziny obeszliśmy całe centrum. Potem pociąg do Zwardonia o 13:36. Po 20 minutach czekania w Zwardoniu był pociąg do Katowic. W Katowicach miała być szybka przesiadka o 19 na pociag do Tarnowskich Gór. Ale nic z tego. Przed Tychami okazało się, że w Katowicach na dworcu miała byc bomba – pociagi tam nie wjadą. No i pociąg z Tychów nie wyjechał. My nie wiele myśląc wysiedliśmy z pociągu i dojechaliśmy do Katowic autobusem (to był głupi pomysł). Na pociąg i tak nie zdążyliśmy. Pewnie wielu pasażerów pociągu i tyskiego autobusu linii 1 nas zapamięta z różnych powodów 😉 Część osób pojechała autobusem 820 o 20:50 a ja z Dominikiem pociągiem o 21:37. W domu byłem przed 11 ;). Ale było fajnie…

A może chcielibyście poogladać więcej zdjęć z tego wyjazdu? Jeżeli tak to zapraszam do galerii zdjęć 🙂

Ubuntu było wysoko

Nalepka Ubuntu na szczycie Wielkiego Rozsutca

W tym tygodniu pochodziłem sobie troszkę po Małej Fatrze na Słowacji i robiłem zdjęcia różne. Opis tego wyjazdu oraz zdjęcia pojawią się wkrótce. Teraz napiszę o czymś innym.

Przy przeglądaniu zdjęć z tego wyjazdu natrafiłem na pewną nalepkę z napisem Ubuntu. Na słupku. A słupek znajdował sie na szczycie Wielkiego Rosutca (1610 m n.p.m.). Na szczycie jej nie zauważyłem – były ciekawsze widoki dookoła. Teraz się przyznawać, który to tam nalepił 😉 Polaków dużo tam przechodzi, więc może to ktoś od nas? A może ktoś udokumentował wyżej umieszczoną nalepkę?

Jestem niedobry – będe mordował…

I czemu mnie tam nie ma? No cholera… Bo, miałem być w Tatrach… Miałem, ale nie jestem… No cholera jasna… Jak tylko wróce na studia to wszystkich tam wymorduję. A tak… taki będe niedobry…

Może ta Mała Fatra w poniedziałek wypali. Jeden plus 🙂

p.s. Proszę traktować wpis strasznie niepoważnie 😉 Ci co mają wiedzieć o co chodzi wiedzą. Reszta nie musi…

Writely by Google – znowu (nie) działa…

Writely w Operze

Niedawno narzekałem na Google. No to ponarzekam znowu. Writely – taki internetowy edytor tekstu (bardzo interesujący) jest zablokowany dla użytkowników Opery. Z tym, że po zmianie identyfikacji działa. I to działa prawidłowo.

Tym razem trzeba się więcej natrudzić przy zmianie identyfikacji – Opera nie jest wpuszczana nawet główną stronę (przekierowanie na pustą stronę bez żadnych informacji). Z tego powodu nie można łatwo zmienić identyfikacji w Operze dla serwera writely.com (w menu podręcznym Preferencje dla witryny są zablokowane). Aby to zmienić należy wejść do Preferencji → Karta Zaawansowane → Zawartość → Menedżer preferencji dla witryny. Po kliknięciu na Dodaj, wpisaniu nazwy domeny należy na karcie Sieć ustawić: Maskuj jako Mozilla. I działa.

p.s. Z tym całkowitym działaniem to może przesadziłem – już widzę, że nie działa dodawanie obrazków… Ale czy to powód do całkowitego blokowania? I menu Style się nie rozwija z niewiadomego powodu (inne się rozwijają).

Więcej informacji o Writely po polsku: Google Writely czyli Spreadsheets, GooglePages i GMail w jednym

K-Meleon – Przeglądarka Do Twojej Kontroli

K-Meleon jest niezwykle szybki, customizable, lekka przeglądarka www dla win32 platforma oparta na gekonie silniku układu (składający silnik Mozilla). K-Meleon ma czas, wolne źródło oprogramowania wypuszczone praz GNU General Public License.

Dla szybkich połączeń do głównych części w K-Meleon Wiki, odwiedzać powitalną stronę. Ty również możesz przeszukiwać wiki strony uważać dokumenty które ustosunkują się do twojego konkretnego pytania. Dla tłumaczeń Wiki strony klikają na twój wiejski sztandar po lewej.

Wszystko rozumiem, ale o co chodzi z wiejskim sztandarem 😉 Tak wygląda tekst na stronie projektu K-Meleon (szybkiej przeglądarki dla Windows). Nie wiem czy naprawdę ktoś uwierzył, że programy tłumaczące tłumaczą prawidłowo… Ehh… Może jacyś zapaleńcy spróbują to poprawić – to jest wiki (ale trzeba się zalogować).

Edycja 3 godziny później: Jestem pod wrażeniem 😉 Strona została całkowicie przepisana – czyżbym się do tego przyczynił?

Albumy PicasaWeb w Operze

Wiadomo, że wiele serwisów z metką Google nie współpracuje dobrze z Operą (przynajmniej na początku). Często nie działają, bo Opera nie potrafi ich wyświetlić. Ostatnio częściej google wysyła użytkownikom Opery uboższą wersję swoich serwisów z niewiadomych powodów…

Obecnie jest tak z Gmailem. W Operze brakuje tylko czatu – niewielka strata (przynajmniej dla mnie). Podobnie jest z albumami zdjęć na picasaweb.google.com. Picasa to bardzo dobry program do zwykłego przeglądania zdjęć. A wraz z pojawieniem się możliwości umieszczania zdjęć na internecie jest jeszcze bardziej interesujący. Kilka klików i można łatwo wysłać zdjęcie do własnego albumu fotograficznego. Z tym, że serwis informuje użytkowników Opery o tym, że nie wspiera tej przeglądarki.

Jeszcze bym się może nie obrażał gdyby naprawdę nie działało (w końcu dostęp do zdjęć jest). Ale po zmianie identyfikacji Opery na Maskuj się jako Mozillę (Prawy klik na stronę -> Preferencje witryny -> Karta Sieć) strona działa naprawdę prawidłowo (czyli wygodniej). Wtedy wyświetla mniejszą wersję obrazka w czasie oczekiwania na jego całe ściagniecię, można włączyć pokaz slajdów, miniaturki nie ładują się ponownie przy przejściu stronę wstecz… Jedyną rzeczą, z którą Opera sobie nie radzi to przesuwanie oryginalnej wersji obrazka przy jego powiększeniu.

Napisze ktoś do nich mejla oprócz mnie? Bo chyba taki samotny nie zostanę 😉 A co mnie zmotywowało do jego napisania? Te zdjęcia. Bo piękne, a przeglądanie takie sobie było… (i jest takie dalej dla tych zwykłych użytkowników).

Zbliżają się wybory…

Zbliżają sie wybory… Widać to ulicach mojego miasta. Jakoś dużo remontów dróg było prowadzonych ostatnio. Tak jakby pieniędze zbierano na nie przez ostatnie 4 lata. Baa… nawet wiadukt naprawili – już nie będe w autobusie podskawiwał przy przejeżdżaniu przez niego. 🙂 Fajnie być ucieszonym wyborcą…

Nawet radny mieszkajacy w mojej klatce pierwszy mi mówi „Dzień dobry”. I mówi to z uśmiechem. Wcześniej mi rzadko odpowiadał. W lokalnej gazecie dużo „ważnych twarzy w moim mieście” otwiera „ważne inwestycje”. Przecinanie wstęg i takie tam…

Tylko plakaty wiszą jeszcze z wyborów parlamentarnych w kilku miejscach…